Lewica próbuje nam wmówić, iż Współlokator+ to związki partnerskie. Nie pozwalajmy politykom się okłamywać – zwłaszcza na Paradzie Równości

mnw.org.pl 6 godzin temu

W tegorocznej Paradzie Równości w Warszawie jak co roku maszerowali politycy i jak co roku zabierali na niej głos. Kurozialną rzecz powiedział w rozmowie z Oko.press marszałek Włodzimierz Czarzasty z Lewicy: wymienił jako sukces przepchnięcie przez Sejm ustawy o związkach partnerskich, a gdy dziennikarz Anton Ambroziak poprawił go, iż to ustawa o statusie osoby najbliższej, nie związkach partnerskich, Czarzasty odpowiedział mu: „to pańskie zdanie”.

Ta dziwna wypowiedź to tylko jedna z wielu, w której politycy Lewicy używają określenia „związki partnerskie”, mówiąc o ustawie o statusie osoby najbliższej i umowie o wspólnym pożyciu, wobec której przyjęło się też nasze uszczypliwe określenie „Współlokator+”.

Po przegłosowaniu ustawy przez Sejm Katarzyna Kotula mówiła na konferencji prasowej, iż „to historyczny moment, bo Sejm po raz pierwszy przyjął rządowy projekt ustawy o związkach partnerskich”. W oficjalnych postach Lewicy czytamy o „ustawie o związkach partnerskich Pełnomocniczki Rządu ds. Równości Katarzyny Kotuli”. „Związki partnerskie” pojawiają się w opisie posta z wypowiedzią marszałka Czarzastego z Parady Równości, w której również pada to określenie.

Podkreślmy to bardzo wyraźnie: 29 maja Sejm przyjął rządowy projekt ustawy o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu. Chodzi o umowę cywilno-prawną podpisywaną u notariusza, nie o związek partnerski zawierany w urzędzie stanu cywilnego. Według ustawy podpisanie umów nie zmienia stanu cywilnego, ale uniemożliwia parom osób tej samej płci zawarcie małżeństwa w jednym z 38 krajów, w których jest to możliwe. Dlaczego więc Lewica w swojej oficjalnej komunikacji używa tych dwóch określeń naprzemiennie?

Nasuwa się nam odpowiedź, iż to reakcja na oznajmienie przez prezydenta Nawrockiego, iż zawetuje ustawę, co było od samego jej początku oczywiste. Kiedy Lewica wspólnie z PSL przedstawiała w 2025 roku projekt ustawy, stanowisko Miłości było bardzo krytyczne. Mówiliśmy – tymi słowami – o chowaniu osób LGBT+ do szafy i zastąpieniu ich na potrzeby konferencji „osobami w związkach nieformalnych”, krytykowałyśmy też strategię upokarzającego naszą społeczność okrajania ustawy, która i tak miała zerowe szanse na wejście w życie. Przypomniało nam się to, gdy podczas Parady Kotula mówiła w rozmowie z Oko.press, iż bardzo jej zależy, by „pan prezydent nie chował osób LGBT do szafy, opowiadając, iż jest to ustawa przede wszystkim dla osób heteroseksualnych”. Przecież do szafy zapakowano nas w trakcie konferencji prasowej świętującej „kompromis” Lewicy i PSL-u, żeby nie drażnić Kosiniaka-Kamysza. Nie zrobił tego Nawrocki.

Lewica zachowuje się dziś, jakby po roku dotarło do niej, co zrobiła. Opłaca się jej więc, żeby ludzie zapamiętali tytaniczny wysiłek włożony w przyjęcie ustawy o „związkach partnerskich” przez niezgodny poglądowo rząd i parlament, aby finalną porażką obciążyć prezydenta i jego weto. Nie jest Lewicy na rękę, aby zamiast tego społeczność LGBT+ wciąż pamiętała, co czuła, słuchając o tym, jaka „godnościowa” jest ustawa odsyłająca nas do notariusza, a na hasło „związki partnerskie” myślała o pierwszym projekcie, który ze względu na PSL poleciał do kosza. Lewica chce, by jej przegrana ustawa była zapamiętana jako lepsza, niż była w rzeczywistości, a jej kapitulacja wobec homofobów z PSL – zapomniana. To prawda, iż Lewica jest wciąż największym proponentem praw osób LGBT+ w rządzie, ale nie zmienia to faktu, iż takie podejście jest nieuczciwe.

To frustrujący wniosek tym bardziej, iż przez sytuację polityczną w Polsce nasza społeczność nie oczekuje od Lewicy i reszty rządu jakichś cudów. Wszyscy wiemy, iż prezydent nie podpisze ustawy, więc przyjęłybyśmy ze zrozumieniem projekt naprawdę godnościowy, pełnoprawny, przegłosowany przez Sejm w symbolicznym geście bez perspektywy na wejście w życie. Przyjęłybyśmy brak rządowego projektu i złożenie przez klub Lewicy projektu ustawy o równości małżeńskiej, tak jak to zrobiła w 2020 roku z projektem przygotowanym przez Miłość Nie Wyklucza. Przyjęlibyśmy też szczerą komunikację bez propagandy sukcesu i rozmydlania pojęć w imię krótkowzrocznego politycznego interesu. Zamiast tego mamy poczucie, iż jesteśmy traktowani jak idioci.

Nie wszystkie posty Lewicy i wypowiedzi jej polityków są o „związkach partnerskich”, adekwatne określenie też się pojawia. Nie ma to jednak znaczenia, skoro lider ugrupowania wmawia queerowemu dziennikarzowi na Paradzie Równości, iż nie wie, o czym mówi, bo fundamentalne różnice między ustawą o związkach zawieranych w urzędzie a umową cywilno-prawną to wyłącznie kwestia opinii. Lewica odpowiada za tę ustawę i powinna dbać o rzetelność przekazu na jej temat. Zamiast tego w najgorszym wypadku manipuluje, a w najlepszym wykazuje się rażącą niedbałością w kwestii, w której powinna dochowywać rzetelności. Bez względu na intencje wprowadza w błąd opinię publiczną i media. Pojawiają się kolejne nagłówki o procedowaniu ustawy, której tak naprawdę nie ma w Sejmie. Ludzie ulegają złudzeniu, iż na stole jest więcej niż w rzeczywistości.

Związki partnerskie to archaiczny postulat, do którego robiono już w Polsce kilka nieudanych podejść. Od lat społeczność żąda równości małżeńskiej – prawa do wzięcia ślubu z drugą osobą niezależnie od płci, ze wszystkimi prawami i obowiązkami, jakie wynikają z małżeństwa. Instytucja związku partnerskiego zawsze jest ograniczona w porównaniu z małżeństwami, przez co sama z siebie wskazuje na nierówność części społeczeństwa wobec prawa. W krajach, w których funkcjonują obok równości małżeńskiej, zachowano je jako lżejszą opcję dla par, które nie chcą małżeństwa, ale wciąż mogą je zawrzeć. Mimo to związki partnerskie i tak wypadają dobrze na tle umowy cywilno-prawnej, która wymazuje jakiekolwiek skojarzenia z miłością i rodziną, wypraszając pary z urzędu i pozbawiając wydarzenie uroczystego, oficjalnego charakteru. To kluczowa różnica. Musimy zgodnie z prawdą nazywać to, czego potrzebujemy i żądamy oraz to, co jest nam proponowane. Musimy bez wyrzutów sumienia rozliczać sojuszników, bo inaczej oddamy swoją sprawę i obudzimy się zdziwieni, iż miało być inaczej.

Obecność polityków na marszach równości, zwłaszcza kiedy aktywnie sprawują władzę, wcale nie jest oczywista, choć w Polsce mało kto się nad tym zastanawia. Przyzwyczailiśmy się, iż na warszawskiej Paradzie Równości przemawia Rafał Trzaskowski, prezydent stolicy niepopierający adopcji przez pary osób tej samej płci. Przywykłyśmy do tego, iż ani on, ani inni obecni politycy nie są w stanie niczego zrobić z obrzydliwą kontrmanifestacją w środku tłumu, tuż pod sceną. Przez lata zerowego progresu prawnego tak bardzo potrzebowałyśmy w polityce zadeklarowanych sojuszników, iż ich uczestnictwo w marszach dawało naszym postulatom legitymację, a nam samym nadzieję na zmianę. W chwilach nagonki miałyśmy i mieliśmy poczucie, iż ktoś jednak jest po naszej stronie. Nie należy o tym zapominać. Jednak w „czasach pokoju”, gdy nasze sojuszniczki i sojusznicy są u władzy, wypada wymagać więcej, zanim zaprosimy ich na scenę.

Kiedy nasz Pride zmienia się w poklepywanie się po plecach z ludźmi, którzy z porażki na siłę robią sukces albo boją się tęczowej flagi na pulpicie, chyba nie zostało w nim za wiele dumy.

Idź do oryginalnego materiału