Krakowskie wybory jako poligon doświadczalny. Pierwsi pokonani już są. (Nie)Polityczny Kraków

10 godzin temu

Tak jak się spodziewaliśmy, wybory w Krakowie przynoszą wiele zaskoczeń. Przyniosły choćby takie, które rzutują na politykę krajową.

Z 24 teoretycznie chętnych komitetów swoich kandydatów wystawi tylko 8. Nie oznacza to jednak, iż te, którym się nie udało, muszą czuć gorycz porażki. One prawdopodobnie zrealizowały swoje cele, z tym iż na pewno tym celem nie była prezydentura Krakowa. A co? Zależy, ale były dwie główne przyczyny. Te komitety, które miały kandydatów, chciały ich wypromować. Niektórych – politycznie, żeby zdobyć kapitał na przyszłość. Inni, jako celebryci, potrzebowali lajków, followersów i innych charakterystycznych dla współczesności oznak zainteresowania. Oni nie interesowali się polityką, ale przez moment polityka zainteresowała się nimi, zwiększając ich zasięgi w mediach społecznościowych. I o to w głównej mierze szło.

Cel drugiej grupy również był wymierny. Było nim obsadzenie miejsc w komisjach wyborczych z rekomendacji komitetu wyborczego. Komitet zarejestrować znacznie łatwiej, więc niektóre środowiska choćby nie wysilały się, by znaleźć kandydata. Rejestracja komitetu i obsada miejsc w komisjach wystarczyły. Cel został osiągnięty.

Jednak dziesięciu komitetom udało się dostarczyć podpisy konieczne do rejestracji. Słowo „udało” wydaje się tu kluczowe. Bo niektórym udało się ledwo, a części wcale. O tym, iż się udało, może mówić Daria Gosek-Popiołek. Kandydatka partii ocenianej w ogólnopolskich sondażach na 7 proc., mającej rozbudowane struktury, sama zajmująca trzecie miejsce w sondażach, ledwie jest w stanie przynieść 3 tysiące podpisów z niedużą górką. Zbiera je do ostatniego dnia, w zmobilizowanie aktywu partyjnego musi się zaangażować centrala. No, nie jest to recepta na wyborczy sukces, a trzecie miejsce w sondażach może się gwałtownie ulotnić, zwłaszcza iż po lewej stronie sceny politycznej kandydatów wysyp.

Jedną z nich jest Aleksandra Owca. Nie dość, iż kandydatka cieszy się dużym poparciem młodych krakowian, to jeszcze może liczyć na duże wsparcie centralnych władz swojej partii. Nie na krótkim briefingu, nie na kwadrans rozdawania ulotek, ale na długo i intensywnie. W minioną niedzielę, podczas popularnego na południu Krakowa festynu Jesień Kurdwanowa, Adrian Zandberg spędził z kandydatką na rozdawaniu jej materiałów dobrą godzinę. Widzicie Państwo w takich warunkach Donalda Tuska albo Jarosława Kaczyńskiego? No właśnie. Można oczywiście powiedzieć, iż guzik z tego, bo kandydatka nie przekracza w sondażach 5 proc. Tak jak kiedyś Konfederacja Korony Polskiej. Ale to było kiedyś. Proste spostrzeżenie z osiedlowego festynu to tylko kolejny dowód na to, iż kiedy giganci ogólnokrajowej polityki tracą, gdzie mogą, nowe formacje budują się powoli, mozolnie i konsekwentnie i na tym zyskują.

Może nie wszystkie. Bo Konfederacja nie ma z tych wyborów żadnego zysku. Za to wstydu całkiem sporo. Debata o tym, jak bardzo bez sensu jest współcześnie zbieranie podpisów pod kandydaturami, właśnie toczy się w mediach i jest bardzo ciekawa. Jest jednak prawdą, iż jeżeli za czyjąś kandydaturą stoi jakieś środowisko, np. niemała ogólnokrajowa partia, to ma ona siły i środki, by podpisy zbierać i przynajmniej częściowo weryfikować. Polityka nie kończy się (lub przynajmniej nie powinna się kończyć) na spektakularnych kampaniach, ona się tam powinna zaczynać. jeżeli jest inaczej i nie potrafimy dopilnować spraw formalnych, to strach się bać o to, jak tacy kandydaci później rządzą. Wszak każdy urząd to na co dzień wciąż więcej formalności niż kampanii. Oczywiście Sławomir Mentzen zareagował w sposób, w jaki zareagować musiał. Tupnął nogą, porozstawiał wszystkich po kątach i po cichu liczy, iż sprawa gwałtownie przyschnie. Pewnie się doliczy, Bartosz Bocheńczak być może za rok zostanie choćby posłem. Tyle iż w tym samym czasie jego formacja macierzysta będzie już być może formacją współrządzącą Polską, a skoro tak i skoro nie potrafi się ona należycie skoncentrować na zebraniu 3 tysięcy podpisów (do czego TikTok się nie nadaje), to w jaki sposób będzie rządzić ponad 37-milionowym krajem (do czego TikTok nie wystarcza)?

Na koniec Marian Banaś, były prezes Najwyższej Izby Kontroli, który postanowił nie dać o sobie zapomnieć światu polityki. Była to zresztą dla niego ostatnia tego typu szansa. Banaś wyartykułował swoją chęć kandydowania jako pierwszy, a do rejestracji przedstawił sporą „górkę” podpisów, o której Lewica czy Konfederacja mogłyby tylko pomarzyć. Pokazuje to, iż Banaś potrafił zgromadzić wokół siebie środowisko pewniejsze niż mają na zapleczu Gosek-Popiołek i Bocheńczak. To jednak było za mało i spora część podpisów okazała się wadliwa. Dziwi to mniej w przypadku kandydata bez szerokiego wsparcia partyjnego. W tym wypadku, w naszych realiach, może raczej dziwić, iż zaszedł tak daleko.

Ostateczne rozstrzygnięcia jeszcze przed nami, wciąż nie mamy zwycięzców, ale pierwsi pokonani już są, i to wcale nie tylko na lokalnym podwórku. jeżeli w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych Lewica czy Konfederacja chcą zawalczyć o władzę w kraju, to za nimi pierwszy poligon. Niby wciąż strzelają ślepakami, ale już boli jak na prawdziwym polu walki. To zaś otworzy się 27 września.

Jakub Olech – politolog, wykładowca akademicki, krakowianin z importu, obserwator (bliższy) i uczestnik (dalszy) życia miasta i regionu.

Idź do oryginalnego materiału