Konfederacja chce zagrać o Kraków. (Nie)Polityczny Krakówacja chce zagrać o Kraków.

1 godzina temu

Krakowskie referendum wcale nie ma tak wielu zwycięzców, ani przegranych. Większość obozów politycznych jest w połowie między jednym a drugim. Aleksander Miszalski przegrał na pewno, ale wśród zwycięzców na pierwszym miejscu trzeba wymienić Konfederację.

Tak, największym zwycięzcą referendum nie jest wcale Łukasz Gibała, choćby z prostego powodu, iż nie został zrealizowany cały jego plan, a więc nie udało się odwołać Rady Miasta. o ile więc Gibała, który jest faworytem przyszłego głosowania, zostałby prezydentem, wciąż będzie miał obok siebie nieprzychylną większość radnych, co w rządzeniu z pewnością nie pomoże. Nie mówiąc o tym, iż najpierw te wybory trzeba wygrać, a nie pomogą trudności m.in. w postaci całego tabunu kandydatów, którzy będą uderzać w głównego pretendenta oraz prawdopodobnie małej frekwencji, która pomniejszych kandydatów, o zdyscyplinowanych elektoratach będzie niosła.

Najbardziej, przynajmniej na początku tej burzliwej poreferendalnej drogi, zyskuje Konfederacja, bo to jej głosami udało się przede wszystkim odwołać Aleksandra Miszalskiego. Ponad 50% głosujących 24 maja przyznaje się do bycia elektoratem tej formacji. Pokazuje to, iż ma ona zdolności mobilizacyjne, a właśnie one będą mieć ogromne znaczenie w odbywających się w okresie ogórkowym wyborach w Krakowie. Środowiska związane z Konfederacją z sukcesem narzuciły ważne aspekty narracji przed referendum, a więc przede wszystkim sprawę Strefy Czystego Transportu. Wprowadzenie SCT było według badań najważniejsze dla prawie 30% głosujących w referendum jako okoliczność obciążająca dotychczasowego prezydenta. Jak wiadomo, piszący te słowa, konsekwentnie idei SCT broni, choć nie broni sposobu jej wprowadzenia, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni. Więcej „jaskółek”, mówiących, iż SCT to zło, skutecznie wysłała Konfederacja, czym udało się jej walnie przyczynić do odwołania Miszalskiego.

Elektorat Konfederacji jest więc jak dotąd stabilny w swoich sympatiach i zmobilizowany, by przeprowadzić zmiany. choćby elektorat Łukasza Gibały z ostatnich wyborów samorządowych nie wsparł idei odwołania prezydenta Miszalskiego tak mocno, jak elektorat Konfederacji. Samo więc środowisko Konfederacji może to wydarzenie uważać za swój sukces i w tym właśnie aspekcie uważać się za zwycięzcę referendum.

Stary porządek został zburzony. Jak wiemy z historii, umiemy i lubimy burzyć stare porządki jak mało kto. Dla przykładu, w burzenie komunizmu angażowali się kiedyś ramię w ramie Adam Michnik i Antoni Macierewicz. Z budowaniem nowej Polski nie poszło już tak zgodnie. Teraz przed wszystkimi dużymi graczami potężny test jakim jest zbudowanie czegoś na gruzach. Konfederacja, uważana za środowisko niejednorodne czym zresztą mocno się szczyci przystąpiła do budowania bardzo gwałtownie i już w poreferendalnym tygodniu przedstawiła Bartosza Bocheńczaka jako swojego kandydata na prezydenta miasta. Stanęła więc do wyścigu jako jedna z pierwszych, czym powtórzyła swój manewr z wyborów prezydenckich, kiedy wystawiła Sławomira Mentzena na przeszło osiem miesięcy przed pierwszą turą wyborów, nim jeszcze zgłosili się wszyscy najważniejsi pretendenci. Mentzen miał więc więcej czasu w budowanie swojej popularności, co przyczyniło się do jego znakomitego wyniku w zeszłorocznym głosowaniu oraz do faktu, iż to on i jego elektorat decydowali potem w głównej mierze o tym, kto zostanie prezydentem Polski. Teraz w Krakowie może być podobnie, bo jeżeli mobilizacja wśród konfederatów się utrzyma, to może się przekuć w dobry lub bardzo dobry wynik jej kandydata.

Kandydata nieco niespodziewanego, bowiem od lat najważniejszą postacią Konfederacji pod Wawelem jest poseł Konrad Berkowicz, mocno angażujący się również w kampanii przedreferendalnej. Elektorat Konfederacji jest elektoratem specyficznie emocjonalnym, dlatego trudno stwierdzić, czy słynna swego czasu sprawa z próbą wyniesienia przez posła Berkowicza patelni z jednego ze sklepów przed uprzednim zapłaceniem, czy też wystąpienie przed Sejmem z flagą Izraela, na której gwiazdę Dawida zastąpiła swastyka, przekreśliły jego pozycję w oczach tego elektoratu. Stugębna plotka powtarzana w Krakowie mówi zaś o dobrych relacjach Konrada Berkowicza z Łukaszem Gibałą. Nie każda plotka jest prawdziwa, większość choćby taka nie jest, jednak sam fakt jej pojawienia się każe zadać pytanie, czy kandydat w dobrych relacjach z innym kandydatem będzie miał wystarczająco dużo motywacji, by walczyć w kampanii. Być może podobne pytanie zadali sobie liderzy Konfederacji, którzy postawili na Bartosza Bocheńczaka, szefa sztabu Sławomira Mentzena we wspomnianych wyborach prezydenckich.

Ważnym aspektem rozpoczynającej się kampanii Bocheńczaka był wiec na krakowskim Rynku z udziałem liderów Konfederacji, Krzysztofa Bosaka i Sławomira Mentzena. Został on odnotowany jako ważne wydarzenie polityczne, nie tylko pod Wawelem, co także pokazuje, iż Konfederacja w Krakowie złapała wiatr w żagle. Był on również interesujący programowo, ponieważ liderzy formacji skoncentrowali się nie tylko na krytyce poprzedniego prezydenta, zmniejszeniu biurokracji, czy zniesieniu SCT, a więc apelu, który można było przewidzieć. Skoncentrowali się też mocno na sprawach gospodarczych i propozycji stworzenia z Krakowa ważnego centrum technologicznego, zamiast przeżywającego ewidentny kryzys centrum outsourcingowego. To niewątpliwie interesująca propozycja, która ma szansę przyciągnięcia do Konfederacji części wyborców, którzy w hasłach kandydatów poszukują cienia konkretu.

Ruchy Konfederacji widoczne są nie tylko w polityce lokalnej, ale też na szczeblu ogólnokrajowym. Świadczy o tym propozycja Przemysława Czarnka, by Prawo i Sprawiedliwość i Konfederacja wystawiły wspólnego kandydata na prezydenta Krakowa. Pokazuje ona przynajmniej trzy rzeczy. Po pierwsze, świadczy o słusznej kalkulacji, iż środowiska prawicowe, jeżeli będą zjednoczone, mają szansę na zdobycie prezydentury w Krakowie, większą niż kiedykolwiek wcześniej. Po drugie, pokazują, iż PiS wcale nie ma dobrego politycznie kandydata na stanowisko po Miszalskim. Ci dużo znaczący w polityce krajowej boją się lokalnej porażki, która osłabiłaby ich dalszą karierę, ci mniejsi mają determinację, ale zdaje się, iż nie wierzy w nich centrala. Wspólny kandydat PiS i Konfederacji miałby pewne szanse przełamania lęków jedynych i drugich. Po trzecie wreszcie, PiS też widzi, iż Konfederacja rośnie i jeżeli ma być jego partnerem, to junior partnerem, tym mniejszym. Konfederacja jednak takich sojuszy odmawia czuje bowiem chyba coraz bardziej, iż przestaje być mniejsza, a sierpniowe wybory w Krakowie pokażą ile w tym twierdzeniu prawdy.

Jakub Olech, politolog, wykładowca akademicki, Krakowianin z importu, obserwator (bliższy) i uczestnik (dalszy) życia miasta i regionu.

Idź do oryginalnego materiału