Kneblowanie Polski krok po kroku

goniec.net 3 godzin temu

Chodzi o ustawę z 4 września 2026 r., którą prezydent Karol Nawrocki podpisał 25 września, w ostatnim dniu na decyzję. Wdraża ona część unijnego aktu o usługach cyfrowych (DSA). Najbardziej kontrowersyjny mechanizm — administracyjne usuwanie treści uznanych za nielegalne — rząd wydzielił do osobnego projektu (druk sejmowy nr 2693), nad którym Sejm wciąż pracuje. Podpisana ustawa i tak przesuwa granicę między sądem a urzędem w sprawach mowy.

To nie jest abstrakcyjna debata o „regulacji internetu”. Chodzi o to, kto i w jakim trybie decyduje, iż czyjś wpis ma zniknąć, oraz czy autor ma realną drogę odwołania, zanim decyzja stanie się faktem.

Co weszło w życie, a co jeszcze nie

Podpisana ustawa nie wprowadza — poza wąskim wyjątkiem — samodzielnego, urzędowego blokowania treści. Tworzy krajowe ramy stosowania DSA: Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej zostaje koordynatorem ds. usług cyfrowych, powstaje Krajowa Rada ds. Usług Cyfrowych, a za złamanie obowiązków z DSA grożą kary do 6 proc. światowego obrotu. Ustawa wejdzie w życie 30 dni po ogłoszeniu.

Styczniowe weto dotyczyło właśnie administracyjnego usuwania „treści nielegalnych”. Rząd nie porzucił tego pomysłu — przeniósł go do druku 2693. Ordo Iuris słusznie wskazuje, iż batalia o wolność słowa rozegra się przede wszystkim tam. Podpisana ustawa nie jest jednak neutralnym „tylko wdrożeniem”.

Kontekst polityczno-prawny jest prosty: w maju 2025 r. Komisja Europejska złożyła skargę do TSUE o niewykonanie DSA. Podpisanie ustawy instytucjonalnej było więc w dużej mierze wykonaniem obowiązku wynikającego z prawa UE. To jednak nie rozstrzyga, czy polski ustawodawca nie poszedł dalej, niż DSA wymaga.

Gdzie leży zagrożenie dla wolności słowa

Cztery mechanizmy z podpisanej ustawy są istotne właśnie z punktu widzenia wolności słowa, nie z punktu widzenia „walki z dezinformacją”.

Urzędnik, nie sędzia, wyznacza granicę mowy. jeżeli użytkownik pozwie platformę za usunięcie wpisu, a organ administracji wszczął w tej samej sprawie postępowanie, sąd ma obowiązek zawiesić proces, a ustalenia prawomocnej decyzji urzędu go wiążą. To odwrócenie klasycznej kolejności: w sporze o legalność wypowiedzi pierwsze słowo należy do administracji, a sąd jest związany jej oceną. DSA w art. 51 ust. 3 zastrzega ograniczenie dostępu do treści raczej dla sądu, z gwarancjami procesowymi. Polska ustawa tę kolejność rozmywa.

Autor wpisu nie jest stroną. Organ może nakazać dostawcy „uniemożliwienie dostępu do treści”. Stroną postępowania jest platforma, nie człowiek, którego słowa się blokuje. Nie ma więc prawa do wysłuchania w sprawie własnej wypowiedzi. Przy mowie publicznej to nie detal proceduralny, tylko rdzeń prawa do sądu z art. 45 Konstytucji i art. 10 Europejskiej konwencji praw człowieka: ingerencja w wypowiedź ma być przewidywalna, proporcjonalna i poddana kontroli niezawisłego sądu, a nie załatwiona między urzędem a firmą.

Zaufane podmioty sygnalizujące (trusted flaggers). Ich zgłoszenia platformy rozpatrują priorytetowo. Ustawa odsyła do art. 22 DSA (wiedza fachowa, niezależność od platform, staranność), ale nie stawia konkretnych kryteriów niezależności, także finansowej. Status mógłby uzyskać podmiot utrzymywany w całości z pieniędzy publicznych. Brakuje trybu, w którym autor treści kwestionuje działania takiego podmiotu. Dodatkowo polska ustawa — czego DSA nie przewiduje — pozwala tym podmiotom wytaczać powództwa i wstępować do procesów o moderację. Ten sam aktor może więc zgłaszać treść do usunięcia i występować w sporze sądowym. To nie jest „oddolna kontrola społeczna”. To uprzywilejowany kanał, który przy szerokiej definicji treści nielegalnej łatwo staje się narzędziem selektywnej presji.

Kara 6 proc. obrotu działa jak cenzura prewencyjna. Platforma, której grozi kara liczona od światowego przychodu, będzie usuwać wątpliwe treści „na wszelki wypadek”. Efekt mrożący nie wymaga, żeby urzędnik kasował każdy wpis. Wystarczy, iż koszt błędu po stronie zostawienia treści jest nieporównanie wyższy niż koszt błędu po stronie usunięcia. Autor dowiaduje się o zniknięciu wpisu po fakcie, a droga sądowa jest zawieszana, gdy tylko urząd wejdzie w sprawę.

Ordo Iuris przywołuje wybory na Węgrzech, gdzie — według tej narracji — działania tzw. zaufanych podmiotów wpłynęły na obieg treści przed głosowaniem, i pyta, czy podobny mechanizm nie pojawi się w Polsce przed wyborami do Sejmu i Senatu. To nie jest dowód, iż tak będzie. To jest strukturalne ryzyko: system priorytetowych zgłoszeń plus kara od obrotu plus wiążąca decyzja administracyjna daje narzędziom politycznym dźwignię dokładnie wtedy, gdy stawka jest najwyższa.

Czego ta ustawa nie robi — i dlaczego to nie uspokaja

DSA nie wymyśliła usuwania treści nielegalnych. Platformy moderują od lat, często nieprzejrzyście i pod presją reklamodawców. Część obowiązków (procedura zgłoszeń, uzasadnienie usunięcia, skarga) może choćby poprawić pozycję użytkownika wobec firmy. Treści w rodzaju pornografii dziecięcej nie są wypowiedzią chronioną.

Problem leży gdzie indziej. W polskim prawie „treść nielegalna” to nie tylko oszustwo czy CSAM. To także zniesławienie, zniewaga, część przepisów o mowie nienawiści — kategorie szerokie, ocenne i politycznie sporne. Gdy o ich zastosowaniu do konkretnego wpisu przesądza urząd, a sąd jest związany jego ustaleniami, spór światopoglądowy przenosi się z sali sądowej do postępowania administracyjnego, w którym autora może w ogóle nie być.

Druk 2693, według samego Ordo Iuris, jest łagodniejszy niż projekt zawetowany w styczniu: odpadł między innymi obligatoryjny rygor natychmiastowej wykonalności wobec części przestępstw z Kodeksu karnego. Projekt przez cały czas jednak milczy o tym, co się dzieje, gdy sąd karny później uzna usuniętą treść za legalną. Brak ustawowego odszkodowania od Skarbu Państwa oznacza, iż błędne usunięcie zostaje bez realnej sankcji dla państwa i bez naprawienia szkody dla autora.

Z punktu widzenia wolności słowa podpis z 25 września nie jest „końcem cenzury”, tylko jej instytucjonalnym przygotowaniem. Rząd wyjął z ustawy to, co było głównym powodem weta, i zostawił maszynerię: koordynatora, kary od obrotu, zaufanych sygnalistów z uprawnieniami, których DSA nie wymaga, oraz związanie sądu ustaleniami urzędu.

Testem nie będzie tekst ustawy, tylko praktyka: komu UKE nada status zaufanego podmiotu, czy będą to organizacje niezależne finansowo, czy podmioty żyjące z dotacji, oraz czy druk 2693 wróci z urzędowym kasowaniem treści bez udziału autora i bez skutku odszkodowawczego, gdy sąd uzna wypowiedź za legalną. Dopóki o granicach słowa przesądza urząd, a autor nie jest stroną, formalny brak „cenzury prewencyjnej” w podpisanej ustawie kilka zmienia.

Idź do oryginalnego materiału