Kibol w Pałacu. Jak Nawrocki ośmiesza urząd prezydenta

4 godzin temu

Spór Donalda Tuska z Karolem Nawrockim miał być – przynajmniej w założeniu – rozmową o poważnych sprawach: o roli Polski w NATO, o odpowiedzialności głowy państwa wobec sojuszników, o reakcji na słowa Donalda Trumpa, który bagatelizował znaczenie misji w Afganistanie. Premier napisał w mediach społecznościowych wprost: „Czas wstać z kolan, panowie prezydencie Karolu Nawrocki i Jarosławie Kaczyński. Ludzie patrzą”. Była to klasyczna, polityczna prowokacja – ostra, ale mieszcząca się w granicach publicystycznej debaty.

Odpowiedź prezydenta wykracza jednak daleko poza te granice. „Wolne żarty, Panie Premierze – trzecią dekadę Pan klęczy, od Berlina po Brukselę. W Moskwie też się zdarzało… Naprawdę są takie miejsca na świecie, gdzie nikt nie oczekuje, żeby klękać. To tylko Pana złe przyzwyczajenia” – napisał Nawrocki na portalu X. To nie jest już polemika. To knajacka odzywka, godna kibolskiej trybuny, a nie urzędu prezydenta państwa.

Styl tej wypowiedzi mówi więcej o samym Nawrockim niż o Tusku. Insynuacje o „klękaniu w Moskwie” są nie tylko bezpodstawne, ale też wpisują się w najbardziej prymitywną logikę politycznej walki: nie odpowiadać na argumenty, tylko znieważać przeciwnika. To dokładnie ta sama retoryka, którą przez lata uprawiało Prawo i Sprawiedliwość – każdą krytykę kwitując oskarżeniem o zdradę, uległość wobec obcych czy „brukselską smycz”.

Prezydent, który wchodzi w taki język, przestaje być arbitrem, a staje się jednym z zawodników w partyjnej bójce. Problem w tym, iż konstytucyjna rola głowy państwa polega na czymś dokładnie odwrotnym: na łagodzeniu konfliktów, reprezentowaniu państwa w sposób poważny i przewidywalny. Nawrocki zamiast tego zachowuje się jak lider osiedlowej grupy, który musi „dowalić”, żeby nie stracić twarzy przed własnym zapleczem.

Tymczasem Tusk, niezależnie od tego, jak oceniać jego styl, mówi o realnym problemie. Słowa Trumpa o Afganistanie były nie tylko kontrowersyjne, ale też niebezpieczne z punktu widzenia wizerunku NATO. Milczenie prezydenta w takiej sytuacji rzeczywiście wygląda źle. „Ludzie patrzą” – napisał premier. I to zdanie jest kluczowe. Polacy oczekują od głowy państwa nie ripost z Twittera, ale jasnego stanowiska w sprawach bezpieczeństwa.

Nawrocki mógł odpowiedzieć rzeczowo: wyjaśnić swoją ocenę sytuacji, podkreślić znaczenie sojuszu, odnieść się do słów Trumpa. Zamiast tego wybrał personalny atak, w dodatku oparty na tanich skojarzeniach i sugestiach. „To tylko Pana złe przyzwyczajenia” – stwierdził. To zdanie brzmi jak komentarz spod artykułu w internecie, nie jak wypowiedź prezydenta.

Taka brutalizacja języka władzy nie jest przypadkowa. To konsekwencja długiego procesu, w którym PiS systematycznie obniżało standardy debaty publicznej. Nawrocki jest dziś tylko kolejnym ogniwem tego łańcucha. Gdy prezydent pozwala sobie na insynuacje o „klękaniu w Moskwie”, wysyła jasny sygnał: nie ma już granic, wszystko wolno, liczy się tylko cios.

Na tym tle Tusk wypada paradoksalnie jako obrońca elementarnych standardów. Jego „czas wstać z kolan” to retoryka, ale jednak odnosząca się do polityki, nie do personalnych przytyków. To różnica zasadnicza. Jedno jest ostrą krytyką, drugie – językiem knajpy.

Problem polega na tym, iż prezydent nie jest zwykłym politykiem. Każde jego słowo ma wagę symbolu. jeżeli głowa państwa mówi jak kibol, państwo zaczyna wyglądać jak stadion. A wtedy nie ma już ani dyplomacji, ani powagi – zostaje tylko wrzask i wzajemne oskarżenia. Nawrocki wybrał ten styl świadomie. I właśnie dlatego zasługuje na krytykę, a nie na taryfę ulgową.

Idź do oryginalnego materiału