Donald Trump, który od różnych „brudnych” gałęzi przemysłu dostał na swoją kampanię setki milionów dolarów, po raz kolejny odwdzięcza się darczyńcom. Tym razem jego administracja uderza w regulacje chroniące zdrowie i życie ludzi przed zanieczyszczonym powietrzem.
Okazuje się, iż Amerykańska Agencja Ochrony Środowiska przestanie uwzględniać finansową wartość korzyści zdrowotnych — takich jak uniknięte przedwczesne zgony, ataki astmy czy hospitalizacje — przy regulowaniu emisji zanieczyszczeń. Zamiast tego w analizach kosztów i korzyści regulacji mają być brane pod uwagę wyłącznie obciążenia finansowe dla przemysłu. To — zdaniem ekspertów — stoi w sprzeczności z misją EPA i może prowadzić do pogorszenia jakości powietrza w USA.
Normy chronią nasze zdrowie
Nikogo chyba nie zaskakuje to, iż brudne powietrze nie jest dobre dla zdrowia. Mało kto zdaje sobie jednak sprawę, jak bardzo szkodzą nam zanieczyszczenia, a zwłaszcza drobne pyły (PM2,5). Narażenie na pyły ma wiele udowodnionych konsekwencji, od astmy i chorób serca po nasilone procesy neurodegeneracyjne i przedwczesną śmierć. Problem jest na tyle poważny, iż często porównuje się oddychanie zanieczyszczonym powietrzem do palenia papierosów. Nie jest to porównanie idealne, ale uzasadnione.
Dlatego od wielu dekad w każdym cywilizowanym kraju obowiązują jakieś normy jakości powietrza. Mówią one, jakie mogą być maksymalne ilości (stężenia) pyłu PM2,5, ozonu, dwutlenku azotu czy innych zanieczyszczeń, w powietrzu, którym oddychamy. Żeby zanieczyszczeń było jak najmniej, ustala się też limity emisji zanieczyszczeń dla elektrowni węglowych, rafinerii ropy naftowej, hut oraz innych instalacji przemysłowych.
Tak jest też w Polsce, choć z czystością powietrza bywa u nas kiepsko (przemysł nie jest tu jednak głównym winowajcą).
- Czytaj także: Trwa smogowy armagedon. Alerty RCB w pięciu województwach
Tak było też przez lata w USA, gdzie powietrze było zwykle dużo, dużo mniej zanieczyszczone niż w naszym kraju. To może się jednak niebawem zmienić. Z dość przyziemnych powodów, o których więcej za chwilę, administracja Donalda Trumpa od samego początku jego drugiej kadencji robi wszystko, by rozmontować wszelkie regulacje środowiskowe. W tym właśnie te, które chronią czystość powietrza, a zatem i ludzkie zdrowie.
Ile dolarów warte jest ludzkie życie?
Z wewnętrznych dokumentów, do których dotarł „The New York Times”, wynika, iż Amerykańska Agencja Ochrony Środowiska (Environmental Protection Agency, EPA) zapowiada radykalną zmianę w podejściu do kwestii jakości powietrza. Mianowicie, finansowa wartość korzyści zdrowotnych — takich jak uniknięte przedwczesne zgony, ataki astmy czy hospitalizacje — nie będzie już brana pod uwagę przy regulowaniu emisji zanieczyszczeń z zakładów przemysłowych.
Koszt hospitalizacji czy leczenia astmy nie jest trudny do policzenia i nie budzi kontrowersji. Z kolei pomysł, aby uniknięte zgony – czyli uratowane istnienia ludzkie – przeliczać na pieniądze, może wydawać się wątpliwy. Jest to jednak konieczne, bo same argumenty moralne (takie, iż po prostu nie należy szkodzić ludziom) okazują się często za słabe. Za słabe, by skutecznie walczyć z trucicielami o należne nam prawo do oddychania powietrzem, które nie niszczy naszego zdrowia.
W USA przez ostatnie cztery dekady kolejne administracje różniły się co do wyceny pieniężnej ludzkiego życia w takich analizach. Nigdy jednak nie uznawano jej za równą zeru.
Za administracji Joe Bidena EPA zaostrzyła normy emisji pyłów PM2,5 dla przemysłu. Szacowano, iż nowe regulacje zapobiegną choćby 4500 przedwczesnym zgonom oraz 290 000 dni absencji chorobowych już w samym 2032 roku. Agencja wyliczała wtedy, iż każdy dolar wydany na ograniczenie PM2,5 przynosiłby choćby 77 dolarów korzyści zdrowotnych.
Administracja Trumpa podważa jednak wiarygodność tych szacunków i zamierza przestać uwzględniać skutki zdrowotne w analizach kosztów i korzyści niezbędnych do wprowadzania regulacji dotyczących czystego powietrza.
Zamiast tego EPA ma liczyć wyłącznie koszty ponoszone przez przedsiębiorstwa. Bo oczywiście ograniczanie emisji kosztuje: trzeba zainstalować różne urządzenia odpylające, oczyszczające spaliny lub choćby modyfikować procesy technologiczne. I nie są to koszty jednorazowe – urządzenia służące do ograniczania emisji potrzebują energii, przeglądów, napraw i wykwalifikowanej kadry. Jednak są to wydatki, które – w szerszej perspektywie – bardzo się opłacają. Niezależnie od konkretnego sposobu przeliczenia kosztów zdrowotnych na pieniądze.
EPA się broni, ale niezbyt przekonująco
Rzeczniczka EPA, Carolyn Holran, twierdzi, iż agencja przez cały czas będzie brać pod uwagę wpływ pyłu i ozonu na zdrowie. Podkreśliła, iż nieprzeliczanie zdrowia i życia na dolary nie oznacza, iż wpływ na zdrowie nie jest brany pod uwagę ani ceniony. Jednak z maila wysłanego 11 grudnia wynika, iż polityczni nominaci Trumpa w EPA planują wprowadzić do wszystkich nowych regulacji język podkreślający „niepewność” korzyści wynikających z ograniczania stężeń pyłów i ozonu. Ma on znaleźć się w tzw. ocenach skutków regulacji, dołączanych do nowych przepisów.
Jak wskazują eksperci, pomysł, by EPA nie brała pod uwagę korzyści zdrowotnych swoich regulacji, jest zaprzeczeniem samej misji tej instytucji. Wskazują, iż jeżeli bierze się pod uwagę wyłącznie koszty dla przemysłu, ignorując korzyści dla społeczeństwa, to nie da się uzasadnić żadnych regulacji chroniących zdrowie publiczne.
Zmiana ta może ułatwić znoszenie obowiązujących limitów emisji zanieczyszczeń pochodzących z zakładów przemysłowych. Skutkiem byłyby prawdopodobnie niższe koszty dla firm, ale też rzecz jasna bardziej zanieczyszczone powietrze. A w konsekwencji więcej chorób i przedwczesnych zgonów.
Pieniądz nie śmierdzi (spalinami)
Takie argumenty oczywiście nie przekonają raczej Donalda Trumpa. A to, iż woli on ułatwić życie przemysłowi niż zadbać o zdrowie Amerykanów, nie powinno nas dziwić. Chodzi przecież o pieniądze, i to spore. Wiadomo, iż wsparcie tylko ze strony sektora paliw kopalnych na rzecz Trumpa i Republikanów w trakcie ostatniej kampanii prezydenckiej wyniosło ok. 445 mln USD. Ta suma obejmuje bezpośrednie wpłaty na kampanię, ale też wszelkie inne darowizny oraz wydatki na reklamy i lobbing. Jak się państwo domyślacie, branża nie zrobiła tego z dobroci serca – był to dla niej bardzo konkretny i opłacalny deal.
Co ciekawe, przed wyborami Trump sam obiecywał szybsze wydawanie pozwoleń, zniesienie regulacji środowiskowych i utrzymanie ulg podatkowych dla sektora paliw kopalnych w zamian za wpłaty na jego kampanię. Konkretnie, takie obietnice złożył w maju 2024 roku, podczas spotkania fundraisingowego w Mar-a-Lago. Zwrócił się wtedy do szefów największych koncernów naftowych (m.in. ExxonMobil i Chevron) z prośbą o wpłacenie na jego kampanię … sumy 1 miliarda dolarów.
Trump ma, jak widać, bardzo elastyczne podejście do problemu konfliktu interesów i pojęcia przyzwoitości. Trzeba jednak przyznać, iż przynajmniej czasami wywiązuje się ze składanych obietnic. Widzimy, iż właśnie po raz kolejny spłaca swoje zobowiązania.
- Czytaj także: Dlaczego Trump kłamie o zmianach klimatu? Na stole pół miliarda dolarów

4 godzin temu

![Dlaczego biogaz w Polsce potrzebuje promotorów? [WIDEO]](https://magazynbiomasa.pl/wp-content/uploads/2025/12/Wojciech-Nawrocki-Metropolis-10.-Kongres-Biogazu-Duzy.jpeg)



![„Będzie dobrze, ale nie będzie łatwiej”. O przyszłości biogazu mówi prezes HMK Zenon Helbik [WIDEO]](https://magazynbiomasa.pl/wp-content/uploads/2026/01/Zenon-Helbik-HMK.jpeg)
.webp)
![Leon XIV przyjął Wielkiego Księcia Luksemburga z Małżonką [+GALERIA]](https://misyjne.pl/wp-content/uploads/2026/01/cq5dam.web_.1280.1280-2026-01-23T124225.747.jpeg)






