Huti zabili 58 żołnierzy w Jemenie. Rośnie ryzyko wielkiej eskalacji

dzienniknarodowy.pl 4 dni temu
Zdjęcie: Huti zabili 58 żołnierzy w Jemenie. Rośnie ryzyko wielkiej eskalacji


Co najmniej 58 żołnierzy sił rządu Jemenu zginęło w atakach rakietowych i dronowych Huti na obozy wojskowe w prowincjach Marib i Hadramaut. To jeden z najkrwawszych dni tej wojny od lat. Dla Polski to nie jest odległa ciekawostka z Bliskiego Wschodu, ale ostrzeżenie, jak gwałtownie wojna zastępcza potrafi uderzyć w bezpieczeństwo szlaków handlowych i ceny transportu.

Najkrwawszy dzień od lat

W Jemenie znów przemówiły rakiety i drony. Jak podała agencja BSS za AFP, w czwartkowych uderzeniach Huti zginęło co najmniej 58 żołnierzy sił rządu Jemenu, a dziesiątki zostały ranne. Ataki uderzyły w obozy wojskowe w Marib oraz Hadramaucie, czyli w miejscach ważnych dla sił związanych z uznawanym międzynarodowo rządem.

To liczba, przy której nie ma miejsca na tanią sensację. Zginęli ludzie, a Jemen, państwo od lat rozrywane wojną domową, dostał kolejny sygnał, iż zamrożony konflikt może wrócić z pełną siłą. Wojna, która dla wielu w Europie była odległym tłem do depesz o Morzu Czerwonym, znów pokazuje prawdziwą cenę bezkarności uzbrojonych milicji wspieranych przez regionalne mocarstwa.

Rakiety, drony i uderzenie w obozy

Według relacji AFP ataki przeprowadzono przy użyciu rakiet balistycznych i dronów. Rzecznik wojskowy Huti Yahya Saree twierdził, iż był to odwet za rzekomą koncentrację sił wspieranych przez Arabię Saudyjską. Ta narracja ma usprawiedliwiać eskalację. Fakty są prostsze: rakiety spadły na obozy wojskowe, a bilans ofiar jest jednym z najcięższych od zawieszenia większych walk w 2022 roku.

Associated Press informowała wcześniej, iż ataki na Marib i Hadramaut zabiły co najmniej 30 żołnierzy i raniły co najmniej 50. Późniejsze doniesienia mówiły już o 58 zabitych. Ta rozbieżność pokazuje chaos pierwszych godzin po uderzeniach, ale nie zmienia sedna sprawy: Huti pokazali gotowość do szerokiego uderzenia, a nie tylko do propagandowego komunikatu.

Granica Arabii Saudyjskiej także pod ogniem

Eskalacja nie zatrzymała się na terytorium Jemenu. Associated Press podała, iż w saudyjskim regionie Nadżran, przy granicy z Jemenem, rannych zostało ponad 10 cywilów, w tym czteroletnie dziecko. Saudyjski rzecznik wojskowy Turki al-Malki oskarżył Huti o ostrzał celów cywilnych.

To właśnie tu widać mechanizm groźny dla całego regionu. Lokalny konflikt przestaje być lokalny, gdy rakiety przekraczają granicę, gdy cywile trafiają do szpitali, a państwa sąsiednie muszą liczyć się z dalszymi uderzeniami. Tak działa wojna hybrydowa i zastępcza: przeciwnik formalnie słabszy, ale z rakietami, dronami i politycznym patronatem, potrafi wymusić koszt na dużo większych graczach.

Morze Czerwone to sprawa także dla Polski

Huti kontrolują Sanę i znaczną część północnego Jemenu. Są wspierani przez Iran, a ich działania od miesięcy uderzają w ruch morski na Morzu Czerwonym i w rejonie Bab al-Mandab. Właśnie dlatego wcześniejsze ataki na tankowce i zapowiedzi blokady saudyjskich portów nie były epizodem. To element presji na jeden z najważniejszych korytarzy transportowych świata.

Dla polskiego czytelnika stawka jest konkretna: bezpieczeństwo dostaw, koszt frachtu, stabilność cen energii i towarów sprowadzanych przez globalne łańcuchy dostaw. O tym, jak irańska presja w regionie wpływa na układ sił, pisaliśmy już przy okazji eskalacji wokół Teheranu. Teraz Jemen staje się kolejnym punktem tego samego kryzysu.

Zawieszenie broni było kruche

Council on Foreign Relations przypomina, iż rozejm wynegocjowany pod auspicjami ONZ w 2022 roku formalnie wygasł w październiku tego samego roku, choć przez długi czas utrzymywał względne ograniczenie walk. Ten stan nie oznaczał pokoju. Oznaczał przerwę, którą każda ze stron mogła wykorzystać do odbudowy sił.

Wojna w Jemenie trwa od 2014 roku, gdy Huti przejęli Sanę i wypchnęli uznawany międzynarodowo rząd. Rok później do konfliktu weszła koalicja pod wodzą Arabii Saudyjskiej. Od tego czasu kraj stał się polem regionalnej rywalizacji, a zwykli Jemeńczycy płacą cenę głodu, zniszczeń i rozbitego państwa.

Lekcja twardego realizmu

Polska nie ma luksusu patrzenia na Bliski Wschód jak na mapę z podręcznika. jeżeli uzbrojona formacja może destabilizować szlaki morskie, ranić cywilów po drugiej stronie granicy i jednocześnie uderzać w wojsko rządu uznawanego międzynarodowo, to znaczy, iż porządek siły wypiera porządek prawa. Taki świat jest droższy i mniej bezpieczny także dla nas.

Właśnie dlatego państwo narodowe musi myśleć realistycznie: o własnych zapasach, portach, energetyce, armii i dyplomacji. Nie wystarczy powtarzać formułek o stabilizacji. Trzeba widzieć, kto naprawdę trzyma broń, kto dostarcza technologię i kto płaci rachunek, gdy polityka zamienia się w ogień.

Źródła: BSS/AFP, Associated Press, Council on Foreign Relations.

Idź do oryginalnego materiału