Harce w PiS. (Nie)Polityczny Kraków

1 godzina temu

Od lat w polskiej polityce mamy różne paradygmaty. Część z nich dotyczy największej dziś partii opozycyjnej. Z kolei cześć tej części jest właśnie negowana- i to przez samych członków PiS. A najciekawsze, iż jedno ze źródeł rewolucji bije w Małopolsce. Dwa najważniejsze paradygmaty, które właśnie kruszą się na naszych oczach to: „Na prawo od PiS jest tylko ściana.” oraz „Prezes przemówił, sprawa skończona”. Nad pierwszym nie ma się co dłużej rozwodzić. Przez lata źródłem wyborczego sukcesu Prawa i Sprawiedliwości było całkowite zagospodarowanie prawej strony sceny politycznej. Mógł tam sobieoczywiście bytować plankton oceniany na 1-2% poparcia, ale nic więcej. Teraz jak wiemybytują tam dwie Konfederacje, które w sumie mają ponad 20% poparcia, z którego lwia część należałaby pewnie do PiS, gdyby te Konfederacje nie istniały.
Druga sprawa jest bardziej złożona. Oto przez ćwierć wieku istnienia Prawa i Sprawiedliwości w formacji tej żywa była zasada znana jeszcze z Francji czasów Ludwika XIV- une roi, une foi, une loi (jeden król, jedna wiara, jedno prawo). Królem był oczywiście Jarosław Kaczyński wiarą uznanie nieomylności jego poglądów, a prawem to, co powiedział. o ile więc prezes powiedział, iż premierem, ministrem, marszałkiem ma być ten, a nie żaden inny, to premierem, ministrem, marszałkiem był ten, a nie żaden inny. o ile prezes powiedział, iż członkowie jego partii mają zachowywać się tak, a nie inaczej, to oni zachowywali się tak, a nie inaczej. Koniec, kropka. Aż tu nagle, niemal dokładnie dwa lata temu w naszej Małopolsce zrobiono wyłom w tej żelbetowej konstrukcji. Chodzi oczywiście o słynne na całą Polskę wybory marszałka województwa, w trakcie których cześć radnych PiS nie posłuchała kierownictwa i nie uznała oczywistości wskazania Łukasza Kmity. W partyjnej strukturze poleciało kilka głów, ale po dwóch miesiącach utrząsł się kompromisowy układ, w którym każdy każdego trzyma w szachu. Konstrukcja mało komfortowa dla jej uczestników, ale wciąż funkcjonuje. Jednak zainicjowane wtedy pęknięcie pogłębia się. choćby laik wie, iż otwarte wypowiedzenie posłuszeństwa Jarosławowi Kaczyńskiemu oznacza brak startu z jego list w kolejnych wyborach. jeżeli jednak buntując się powiedziało się „A", to trzeba teraz powiedzieć „B", albo dać się zabić ( oczywiście politycznie). Buntownicy sprzed dwóch lat wybrali ten pierwszy scenariusz i tak narodziło się stowarzyszenie Wspólnota Wartości. Byt niby niepolityczny, a jednak złożony z ludzi, którzy w przeszłości nie odczytali adekwatnie intencji prezesa lub choćby zostali przez niego zawieszeni w prawach członka ugrupowania. A więc jednak polityczny. Stowarzyszenie co i rusz akcentuje swoją obecność, mocno buduje swoje środowisko, zwłaszcza wśród samorządowców, i tak sobie trwa czekając na propozycje, który w naturalny sposób powinny w pierwszej kolejności paść ze strony środowiska, z którego założyciele stowarzyszenia się wywodzą. jeżeli zaś taka propozycja nie padnie, to czyż Wspólnota Wartości nie pokusi się o samodzielny start w wyborach samorządowych? Ma wszak niemałe grono rozpoznawalnych polityków, którzy uzbierają w wyborach sporo głosów. Kto na nich zagłosuje? Nie dotychczasowy elektorat Koalicji Obywatelskiej, Lewicy, czy choćby Polskiego Stronnictwa Ludowego. To będzie elektorat PiS, może w liczbie, która pozwoli Wspólnocie wejść do sejmiku, ale jeszcze bardziej prawdopodobne, iż w liczbie, która zagrozi, lub zgoła odbierze Prawu i Sprawiedliwości ewentualną większość w kolejnym parlamencie regionalnym. Wspólnota Wartości stoi więc skromniutko z boku i komunikuje starszemu bratu w wierze- możecie nas nie lubić, ale nas zagospodarujcie, bo nie mieć nas po swojej stronie będzie dla Was gorzej niż mieć! Kiedyś w PiS takie rzeczy nie miały prawa się zdarzyć, dziś mało kto boi się konsekwencji płynięcia nurtem równoległym do ogólnie przyjętego w partii. Nie ma się zresztą co dziwić, jeżeli spojrzymy na politykę ogólnokrajową, gdzie Mateusz Morawiecki otwarcie wypowiedział posłuszeństwo Jarosławowi Kaczyńskiemu. Powodów miał do tego kilka. Najpierw prezes nie dopuścił go do startu w wyborach prezydenckich, potem publicznie pozbawił złudzeń na bycie premierem kolejnego rządu PiS. Zgodnie ze starodawnym pisowskim zwyczajem Morawiecki miał położyć uszy po sobie i wykonać wolę prezesa. Tak było kiedyś, ale teraz z Małopolski przyszła nowa moda. Mateusz Morawiecki powołał więc stowarzyszenie „Rozwój Plus”, które oczywiście w teorii inicjatywą polityczną nie jest. W Prawie i Sprawiedliwości wiedzieli jednak swoje i budowania stowarzyszenia zabronili. I tu kolejny szok-zakazu nie posłuchano, a stowarzyszenie powołała do życia grupa ok. 40 parlamentarzystów PiS, czyli przeszło 1/5 sejmowego klubu tej partii. Są tam byli ministrowie, osoby rozpoznawalne, które, gdyby startowały z osobnej listy w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych urwałyby PiS sporo poparcia i, jak wskazują pierwsze sondaże, weszłyby do Sejmu. Co z kolei w znaczący sposób skomplikowałoby ewentualne budowanie przez PiS nowego rządu. Mateusz Morawiecki dał więc Jarosławowi Kaczyńskiemu mocny sygnał, iż nie tylko nie da się odstawić na boczny tor, ale ma ambicje, by jechać głównym torem, a w dodatku na czele składu. Oczywiście po powstaniu „Rozwoju Plus” pojawiły się teorie spiskowe, iż jest to ucieczka do przodu całej formacji Kaczyńskiego i Przemysław Czarnek ma zagospodarowywać prawicowych wyborców, a Mateusz Morawiecki i jego stowarzyszenie centrowych. Byłby to machiaweliczny piętrowy plan, na który stać bardzo silną i jednolitą poglądowo partię. Tymczasem, na naszych oczach rozpoczyna się walka o byt polityków, którzy nie są go pewni bez Jarosława Kaczyńskiego. Powoli, choć nieuchronnie, dochodzimy więc do sytuacji, w której kończy się porządek polityczny, który przez ostatnie 20 lat budowało dwóch demiurgów rodzimej sceny politycznej, Jarosław Kaczyński i Donald Tusk. Paradygmatem, który wyznawali zawsze obaj, było wzajemne zwalczanie się, ale przede wszystkim, zwalczanie we własnym środowisku tych, którzy mogą zagrozić ich pozycji. Dziś w Prawie i Sprawiedliwości paradygmat wypłowiał i już widać kogo nie zrzucono z sanek w odpowiednim momencie. Do najbliższych wyborów zostaje więc już jazda razem. Natomiast w ich przededniu Jarosław Kaczyński stanie przed dylematem, zabić (oczywiście politycznie), czy hodować środowiska, które śmiały pokąsać rękę karmiącą. Kiedyś odpowiedź byłaby oczywista, dziś już nie, i to jest argument najlepiej obrazujący, iż w Prawie i Sprawiedliwości tron się chwieje jak nigdy, ale wciąż może się to skończyć jak zawsze, bo choć zmieniły się reguły gry, to rozdający jest ciągle ten sam.

Jakub Olech, politolog, wykładowca akademicki, Krakowianin z importu, obserwator
(bliższy) i uczestnik (dalszy) życia miasta i regionu.

Idź do oryginalnego materiału