Hamlet krakowski. (Nie)Polityczny Kraków

1 godzina temu

Być prezydentem Krakowa, albo nie być? Oto jest pytanie. Tak zdaje się mówić Łukasz Gibała-przed majowym referendum jedyna osoba typowana jako pewny kandydat na prezydenta miasta. Dziś w całym zastępie pewnych kandydatów on wciąż jest tylko typowany. Ten tekst powstaje w czwartek, osiemnaście dni po referendum. Referendum, którego inspiracja bardzo wielu Krakowianom kojarzy się właśnie z Łukaszem Gibałą. Być może kojarzy się słusznie, bo przecież sam Gibała i jego środowisko polityczne zaangażowali się w zbiórkę podpisów i kampanię przedreferendalną. Być może kojarzy się niesłusznie, bo nie ma twardych dowodów, iż finansował tę kampanię. Ale się kojarzy. Nie było pewności, iż referendum będzie wiążące, nie było pewności, czy Rada Miasta ocaleje, ale, gdyby zrobić takie badanie trzy tygodnie temu, pewnie większość Krakowian stwierdziłaby, iż jeżeli ktoś będzie pewnym kandydatem na prezydenta Krakowa w
ewentualnych przedterminowych wyborach, to będzie to Łukasz Gibała. Referendum w sprawie odwołania prezydenta okazało się wiążące, zgłosił się ponad tuzin kandydatów mniej lub bardziej poważnego autoramentu, a Gibała waha się niczym góral ze starego dowcipu. Możliwości tego stanu rzeczy jest kilka. Gibała nieraz pokazał, iż jest niezłym analitykiem, przeanalizował więc pewnie rozmaite „za" i „przeciw". Świadczy o tym choćby
jego apel do Donalda Tuska, opublikowany tuż po referendum, a wzywający premiera, iżby ten od Krakowa raczył się odczepić. Co byłego posła PO mogło przywieść do tak drastycznego wytąpienia? A, no sondaż, który pokazywał, iż co czwarty głosujący 24 maja nie głosował przeciw lokalnym politykom partii rządzącej, którzy w gruncie rzeczy nie przeszkadzali mu aż tak bardzo, ale właśnie, symbolicznie, przeciw gabinetowi Tuska. Czwarta cześć głosujących 24 maja to ponad 40 tysięcy ludzi. Elektorat niebagatelny, więc warto po niego sięgnąć i Gibała swoim adresem do Donalda Tuska spróbował to zrobić. Usunięcie w referendum prezydenta miasta otworzyło duże możliwości, ale pokazało też sporo problemów. Po pierwsze, nowy prezydent zostanie wybrany na pół kadencji, ale zostanie wybrany, a w obecnym porządku prawnym organ wykonawczy w gminie może zostać wybrany dwukrotnie. Co prawda politycy z Wiejskiej odgrażają się, iż zmienią ten przepis, mający położyć kres wiecznym prezydentom, ale na odgrażaniu się kończy. Czyli w obecnym porządku prawnym człowiek wybrany na prezydenta Krakowa w 2026 roku będzie mógł być wybrany jeszcze raz w 2029 roku i tyle. Będzie więc mógł rządzić maksymalnie 7,5 zamiast 10 lat. Po drugie, nie udało się odwołać Rady Miasta, w której większość ma KO i

Lewica, które wszelkimi dostępnymi metodami będą zwalczać prezydentów innych niż z własnego obozu. 2,5 roku handryczenia się z radą nie jest perspektywą zbyt upojną. Po trzecie, Kraków dał przykład, iż da się odwołać prezydenta miasta. Dał go innym gminom, ale sobie też. Oznacza to ni mniej ni więcej jak tylko to, iż powodzenie krakowskiego referendum dało wiatr w żagle wszystkim tym, którzy chcą odwoływać prezydentów u siebie. Ale jedno odwołanie w Krakowie wcale nie musi oznaczać, iż nie będzie kolejnych. Ustawodawca daje wójtom, burmistrzom i prezydentom 10 miesięcy „ochronki" od referendum odwoławczego po rozpoczęciu urzędowania i 8 miesięcy przed jego końcem,
żeby bezsensownie nie wydawać pieniędzy tuż przed wyborami, które i tak mają nastąpić. Ten sam Ustawodawca mówi, iż referendum w sprawie odwołania organu wykonawczego jest wiążące, gdy weźmie w nim udział 3/5 obywateli z liczby, która prezydenta wybrała. „Ochronka" prezydenta, którego wybierzemy najpewniej we wrześniu, skończy się więc w lipcu przyszłego roku, a „ochronka" przed kolejnymi wyborami zacznie się w sierpniu 2028 r. Czas między tymi dwoma okresami ochronnymi to 13 miesięcy. Na kampanię referendalną wystarczy w zupełności. Po za tym, w najbliższych przedterminowych wyborach nie należy spodziewać się gigantycznej frekwencji. Wcale nie jest nierealne, iż pójdzie do nich np. 100 tysięcy wyborców, a wtedy do odwołania włodarza miasta wystarczy jedynie 60 tysięcy głosów. Wreszcie po czwarte, Łukasz Gibała to wciąż główny pretendent do prezydentury Krakowa, a po głównym pretendencie, jak po łysej kobyle, jeżdżą i główni rywale i ci, o których mało kto słyszał, a którzy na krakowskich wyborach chcą sobie wyrobić nazwisko i kontakty. Wynika z tego, iż w Gibałę, jak w bęben będą walić i mali i duzi, co raczej nie ułatwi prowadzenia kampanii. Biorąc pod uwagę powyższe, są minusy, które wcale nie muszą zachęcać Łukasza Gibały do stanięcia w wyborcze szranki. Ale są też plusy, czyli istne tabuny kandydatów, którzy już wypstrykują się z pomysłów i zasobów kampanii, której nie ma, bo przecież nie znamy daty wyborów. Najpoważniejsze kandydatury, czyli te z KO i PiS zostały ogłoszone bez fanfar, trochę półgębkiem i do tego w Warszawie. Pokazuje to, iż najważniejsze partie polityczne w Polsce do wyborów w Krakowie podchodzą z dużą rezerwą i bez przesadnej wiary w zwycięstwo. To ważne pole popisu dla Gibały, a skorzystanie z niego będzie pełniejsze, gdy objawią się już wszyscy kandydaci, a wtedy wejdzie on-cały na biało, albo jakkolwiek inaczej. Tylko wtedy Krakowianie będą już mieli duży przesyt przesileniami politycznymi, którymi żyją od 27 stycznia, czyli od dnia złożenia wniosku o referendum odwoławcze poprzedniego prezydenta.

Gibała licytuje więc wysoko, i może przelicytować, z czego prawdopodobnie zdaje sobie sprawę. Jednak sytuacja, w której znalazł się w tej chwili Kraków jest jedną na tysiąc i niezależnie od tego, czy Łukasz Gibała był inspiracją majowego referendum, czy nią nie był, bliżej prezydentury Krakowa pewnie nigdy nie będzie. Oczywiście, iż przeszkód główny pretendent będzie miał wiele, ale okazji takiej jak obecna już nie. Tymczasem, w polityce, jak w futbolu, niewykorzystane okazję się mszczą i jeżeli Łukasz Gibała takiej zemsty okazji nie chce, musi prędko przestać hamletyzować.

Jakub Olech, politolog, wykładowca akademicki, Krakowianin z importu, obserwator
(bliższy) i uczestnik (dalszy) życia miasta i regionu.

Idź do oryginalnego materiału