Gest, który nie był przypadkowy. Kłopot Nawrockiego z wiarygodnością

3 godzin temu

Wizerunek prezydenta to nie tylko zestaw oficjalnych przemówień i starannie dobranych fraz. To także – a może przede wszystkim – gesty, symbole i konteksty. Dlatego sprawa przywitania się Karola Nawrockiego z Tomaszem P., znanym w środowisku kibicowskim jako „Dragon”, na Jasnej Górze nie jest błahostką ani „medialną aferą”. Jest testem wiarygodności głowy państwa i jego zaplecza. Testem, który – patrząc na tłumaczenia urzędników – został oblany.

Podczas XVIII Ogólnopolskiej Patriotycznej Pielgrzymki Kibiców na Jasnej Górze, wydarzenia z definicji nasyconego symboliką, prezydent ściskał dłonie uczestników. Wśród nich znalazł się Tomasz P., człowiek wielokrotnie skazywany za poważne przestępstwa, dziś nieprawomocnie skazany na sześć lat więzienia i oczekujący na wyrok drugiej instancji. Fakt, iż wcześniejsze wyroki uległy zatarciu, nie czyni z niego postaci neutralnej. Czyni go postacią problematyczną – zwłaszcza w kontekście gestu wykonanego przez głowę państwa w miejscu tak szczególnym jak Jasna Góra.

Po ujawnieniu sprawy do akcji ruszyła kancelaria prezydenta. Zbigniew Bogucki zapewniał, iż prezydent nie miał świadomości, kim jest „Dragon”. „Ja nie chcę tego człowieka bronić, bo nie znam tego człowieka, nie znam tych zarzutów” – mówił Bogucki, dodając, iż wyrok jest nieprawomocny, a Tomasz P. „nie jest ani członkiem kancelarii, ani współpracownikiem pana prezydenta, ani członkiem PiS”.

To tłumaczenie brzmi jak klasyczny przykład urzędniczej ekwilibrystyki. Formalnie poprawne, politycznie puste, moralnie niewystarczające. Bo problemem nie jest to, czy Tomasz P. należy do jakiejkolwiek struktury władzy, ale to, iż prezydent Rzeczypospolitej wykonuje publiczny, widoczny gest wobec osoby o takiej przeszłości. W polityce symbolicznej – a Jasna Góra jest jej centrum – nie ma gestów niewinnych.

Bogucki przekonywał też, iż wydarzenie nie było organizowane przez Kancelarię Prezydenta, ale przez stowarzyszenie kibicowskie, a spotkanie miało charakter otwarty. „Pan prezydent spotyka się zwykle w miesiącach letnich i ściska tysiące dłoni” – tłumaczył, dodając, iż „nie wszystkie te osoby są sprawdzane”. To argument wygodny, ale całkowicie niewiarygodny. jeżeli prezydent decyduje się na udział w wydarzeniu organizowanym przez środowiska kibicowskie – środowiska, które od lat mają swoje ciemne strony – to obowiązkiem jego zaplecza jest minimalna choćby kontrola kontekstu.

Tymczasem kancelaria zachowuje się tak, jakby prezydent był bezwolnym uczestnikiem tłumu, a nie najważniejszą osobą w państwie. To narracja infantylizująca głowę państwa i zarazem niebezpieczna. Sugeruje bowiem, iż prezydent nie ponosi odpowiedzialności za własne gesty, bo „ściska tysiące dłoni”. W takim ujęciu odpowiedzialność rozpływa się w masie, a symbolika przestaje mieć znaczenie.

Problem Karola Nawrockiego polega na czymś więcej niż jednym uścisku dłoni. Chodzi o konsekwentny brak wrażliwości na standardy, które powinny obowiązywać urząd prezydenta. Tłumaczenia jego urzędników nie tylko nie uspokajają, ale pogłębiają wątpliwości. Brzmią jak próba zagadania sprawy, sprowadzenia jej do formalnych kruczków i proceduralnych wytrychów.

W polityce – zwłaszcza tej uprawianej pod sztandarem „patriotyzmu” i „wartości” – wiarygodność jest walutą podstawową. Każdy taki gest ją uszczupla. A każde tak słabe tłumaczenie sprawia, iż rachunek wystawiany prezydentowi staje się coraz wyższy.

Idź do oryginalnego materiału