We współczesnej polskiej polityce nie ma ani jednej partii, która realnie chciałaby zwalczać imigrację. Nie „nielegalną”, nie „niekontrolowaną”, ale właśnie imigrację jako taką, która z biegiem czasu zyskuje charakter masowy. Pomińmy z oczywistych względów lewicę. Problem ten dotyczy przede wszystkim prawego skrzydła naszej sceny politycznej.
Newsletter
Dołącz do grona zawsze poinformowanych! Zapisz się na newsletter i otrzymuj cotygodniowe podsumowania naszej działalności oraz informacje o nadchodzących wydarzeniach.
Dziękujemy za zapis do naszego newslettera!
Całkiem niedawno wszyscy mogliśmy usłyszeć o aferze, która miała miejsce w związku ze spotkaniem Grzegorza Brauna z delegatami z Indii. Zdaje się, iż Korona Konfederacji Polskiej chciała zaangażować się w jakiegoś rodzaju współpracę międzynarodową, a iż alternatywy dla wpływów zachodnich jej przedstawiciele szukają w BRICS, to padło na Indie.
Tak mogłoby się przynajmniej zdawać. Dociekliwi internauci bardzo gwałtownie wytropili, iż może tu chodzić o kwestię imigracji. Kontakty Brauna z przedstawicielami Indii miały wiązać się m.in z kwestiami współpracy gospodarczej. W cały interes zamieszana jest szemrana organizacja Pathway Global Alliance, której zainteresowania zogniskowane są choćby na sprawach siły roboczej, a w to wszystko dodatkowo zamieszany był Ryszard Czarnecki. Dodatkowo kongresy programowe KINGS, które środowisko Brauna organizowało, były sponsorowane przez niejakiego Cezarego Sygockiego – właściciela agencji pracy i wielkiego entuzjastę importu egzotycznej siły roboczej oraz innego pro-imigracyjnego działacza – Rafała Forysia.
Taka analiza nie pokazuje Korony w zbyt korzystnym świetle. Liczne powiązania z pro-imigracyjnymi lobbystami, jak panowie Sygocki, Foryś czy ta dziwna organizacja z Indii, mogą sugerować, iż ewentualna polityka publiczna, którą brauniści mogliby prowadzić, gdyby doszli do władzy, byłaby pro-imigracyjna.
To taki klasyczny antysystemowy, prawicowo-populistyczny motyw, przeniesiony prosto z Zachodu. My, wyborcy, mamy dostać antyimigracyjną narrację, być może względnie radykalną. Za to sponsorzy partii, najczęściej reprezentujący wiecznie pokrzywdzony polski biznes, dostaną to, czego chcą, czyli imigrantów, a my przy okazji też ich dostaniemy. Jakiś nowy, fikuśny system wizowy albo uproszczenia w zatrudnianiu? Może nowe systemy sprowadzania zagranicznych studentów? Coś się znajdzie.
Buduj z nami Nowy Ład!
Twoje wsparcie to inwestycja w rozwój Polski. Pomóż nam budować niezależny portal opinii broniący polskiej suwerenności i wartości narodowych.
Nie tylko Braun
Nie chodzi tu o samego Brauna, bo kwestia konkretnych polityków jest wtórna. Politycy demokratyczni są jak skarpety – mają służyć, dopóty nie są dziurawe, no i warto je od czasu do czasu zmieniać, żeby nie raczyć siebie i innych nieprzyjemnym zapachem. Chodzi tu o pewne zjawisko i problem systemowy, który w kontekście masowej imigracji występuje u nominalnie antyimigracyjnych partii.
Niezależnie od publicznych nastrojów i słusznych obaw co do katastrofalnych konsekwencji, które przyniesie masowy import egzotycznej ludności, cały system polityczny działa na rzecz imigracji. Unia Europejska podpisała niedawno tryumfalnie umowę z Indiami, która ma m.in ułatwić ruchy ludności. Nasz rząd postanowił jakiś czas temu dać imigrantom z Indii prawo do emerytur, co jest kompletnym absurdem i zbrodnią na polskim składkowiczu. Pamiętajmy, iż Indie to kraj gigantycznych zasobów demograficznych zupełnie obcej nam ludności. Mogą zalać nas masami swoich ludzi, zasiedlić nasz kraj i choćby tego nie odczuć. To całkiem dosłowna inwazja, która w wielu krajach Zachodu już się dokonała.
We współczesnej polskiej polityce nie ma ani jednej partii, która realnie chciałaby zwalczać imigrację. Nie „nielegalną”, nie „niekontrolowaną”, ale właśnie imigrację jako taką, która z biegiem czasu zyskuje charakter masowy. Pomińmy z oczywistych względów lewicę. Problem ten dotyczy przede wszystkim prawego skrzydła naszej polityki. Całe osiem lat rządów Prawa i Sprawiedliwości było okresem otwarcia drzwi na imigrantów, co potwierdzają liczby z tych lat. Zwolennikiem imigracji „legalnej” jest przecież choćby Przemysław Czarnek. To ex-PiS-owiec – Sławomir Zawiślak, tłumaczył już elektoratowi Korony istotę legalnej imigracji. Konfederacja też nie wygląda lepiej, jako iż jest to partia dość otwarcie działająca z ramienia skrzydła biznesowego, w ramach tzw. prawicy wolnościowej. Czy powinniśmy stwierdzić, iż sprawa jest przegrana?
Czym tak naprawdę jest teoria Wielkiej Podmiany?
Czy prawica ma monopol na krytykę migracji? O duńskiej Socjaldemokracji
Systemowy problem
Chcąc stawić czoła tej inwazji, tej podmianie etnicznej, trzeba woli i siły politycznej, ale jednocześnie trzeba rozumieć to zjawisko. Masowa imigracja nie jest wyłącznie kwestią woli naszych elit. Jest nią w wąskim ujęciu, ale działania rządzących stanowią tylko część szerszego obrazu. Musimy myśleć o tym zjawisku systemowo. Rozbierzmy to na czynniki pierwsze.
Rzecz polega na tym, iż jednym z kosztów rozwoju gospodarczo-społecznego jest spadek dzietności. Wszędzie tam, gdzie pojawiła się industrializacja, rozwój i podniesienie poziomu życia, dzieci przestają się rodzić. Nie mamy tu miejsca, by dokładnie opisać to zjawisko, ale możemy ubrać je w dość dobrze obrazujący problem sposób myślenia.
Rozwój gospodarczy i społeczny wiąże się z rozrostem struktur czegoś, co można nazwać społeczną technologią. Nowoczesna gospodarka i aparatura państwowa to szeroko zakrojony system wielkich instytucji – korporacji i biurokracji. Instytucje te z jednej strony podnoszą poziom życia, działając na szeroką skalę, optymalizując efektywność gospodarczą i generując mierzoną w PKB wartość, która przekłada się na dobra materialne.
Z drugiej jednak strony, jak każda forma technologii, instytucje drenują zasoby. Głównym zasobem technologii społecznej jest człowiek – zasób ludzki – i bardzo podobnie jak w przypadku węgla czy ziemi, drenowany przez hiperefektywną technologię, ulega wyjałowieniu – duchowemu i witalnemu. Ludzie tracą połączenie z religią swoich przodków, struktury społeczne ulegają dezintegracji, role obu płci zostają rozmyte. Tak właśnie rozwój powoduje bezpłodność. Ludzie stają się jak myszy z eksperymentu Calhouna.
Problem dla narodu w takiej sytuacji jest taki, iż państwo i gospodarka, które w myśleniu wielu nacjonalistów są bardzo często celem samym w sobie, zaczynają działać same dla siebie. Gdy system wyjałowił już swój naród, zaczyna zasysać masy ludzkie z tych regionów świata, do których jeszcze nie dotarł. Prawie wszędzie tam, gdzie w ostatnich dekadach doszło do industrializacji i rozwoju, proces ten miał miejsce. Rozwój, industrializacja, spadek dzietności, starzenie się i zasysanie mas ludzkich z krajów, gdzie młodych ludzi jest względnie dużo.
Systemy społeczne działają w oparciu o bodźce i zachęty. Imigracja jest realizowana przez nasze elity polityczno-gospodarcze przez system bodźców. Przedsiębiorcom opłaca się sprowadzać imigrantów, bo dzięki temu otrzymują tanią siłę roboczą. Podobny bodziec towarzyszy naszej klasie menedżerskiej. Biurokraci, zarówno z sektora prywatnego, jak i publicznego, mogą dzięki temu rozbudowywać swoje organizacje. Dochodzą do tego politycy, którzy mogą realizować w ten sposób interesy lobbystów lub wykorzystywać imigrantów jako nową podklasę społeczną, dzięki której mogą zwiększyć swoją władzę oraz trzymać rdzenną populację kraju w żelaznym uścisku.
Czy da się powstrzymać inwazję?
Jak widzimy, sytuacja nie jest kolorowa. Przez wzgląd na sytuację systemową partie prawicowe, w tym te populistyczne, z reguły są wobec imigracji absolutnie bezzębne. Najczęściej ograniczają swoje działania do narracji. Mądrze brzmiących wypowiedzi, którymi motywują i uspokajają swój elektorat. Gdy jednak guma opony spotyka się z asfaltem, okazuje się, iż powstrzymanie inwazji nie jest proste. Spójrzmy na to, co się dzieje z ICE w Stanach Zjednoczonych.
Brzmi jak wyzwanie? To wizja gigantycznego wysiłku, którego podjęcie się wymagałoby zupełnie nowej perspektywy na politykę. W zakresie technikaliów pewne rozwiązania już istnieją. Niektórzy wskazują choćby na kwestię wzmocnienia działalności państwa w zakresie prawa pracowniczego czy agencji pracy i jest to generalnie prawda. Niektórzy identyfikują taką politykę z hasłem „rozsądnej polityki migracyjnej”, głoszonym przez Partię Razem. Jednocześnie program Razem w zakresie imigracji pokazuje podstawowy problem, który czyni każdy wysiłek antyimigracyjny nieskutecznym. Na stronie Razem czytamy:
„W Polsce brakuje wizji i pomysłu na politykę migracyjną i azylową. Kolejne rządy, zarówno obecne, jak i poprzednie, nie zapewniły ani ich podstaw, dokumentów politycznych czy strategii, ani skutecznego funkcjonowania. Zamiast tego, w ramach prób zbijania kapitału politycznego, partie te prowadzą opartą na ksenofobii kampanię i uskuteczniają propagandę strachu. Tak nie może wyglądać polityka państwa. Zamiast festiwalu etnocentryzmu, potrzebujemy dyskusji nad odpowiedzialną polityką migracyjną i azylową”.
Towarzysze Zandberga deklarują tutaj, iż zamiast etnocentrycznego podejścia chcą realizować dość mgliste technokratyczne projekty w tym zakresie, później rozpisując się o przemocy służb wobec nachodźców na granicy z Białorusią. Prawdą jest, iż głośne pokrzykiwanie bez realnych działań jest puste. Realne działania naszych władz są raczej dość pro-imigracyjne.
Dzieci nie będą rodzić się w narodzie, który nie uznaje własnego istnienia, nie odczuwa dumy, w nic nie wierzy, nie domaga się własnej obecności na świecie. Taki naród zawsze padnie ofiarą materializmu, a to droga do wymarcia i podmiany. Polityka kraju, która będzie kierowana czysto materialistycznymi motywacjami lub dążeniem do abstrakcyjnego rozwoju, nieuchronnie wpędzi nas w sidła masowej imigracji.
Istnieją sposoby, dzięki którym już dzisiaj moglibyśmy odwrócić kierunek, w jakim zmierza nasz kraj. Rzecz w tym, iż byłyby to sposoby uderzające w podstawy naszego skażonego liberalizmem i progresywizmem rozumienia świata. Bardzo dużo cennej „wolności” zostałoby zaprzepaszczone. Wymagałyby władzy silnej, zdolnej do przełamania prymatu rządów pieniądza. Docelowego produktu prawicowego populizmu – cezaryzmu. Trzeba by było tylko znaleźć kogoś, kto będzie w stanie, ale i będzie chętny przekroczyć Rubikon.
Ponadto rozwiązania te wymagałyby maksymalnego skrętu w nacjonalizm. choćby nie w jakiś abstrakcyjny nacjonalizm pro-państwowy, endecję w wersji coca-cola zero. Mam na myśli silny nacjonalizm tożsamościowy i etniczny. Temat, którego z różnych względów boją się w tej chwili wszyscy polityczni aktorzy, co nie dziwi, jako iż dyskryminacja jest w naszym społeczeństwie największą zbrodnią.
To właśnie jest problem. Żeby przetrwać, nie tylko musielibyśmy przełamać interesy i władzę biznesu. Jego bezwzględne dążenie do zysku. To samo w sobie byłoby sporym wyzwaniem. Do tego będziemy musieli dyskryminować. Czy Polska naszych czasów, ze swoimi elitami i społeczeństwem, jest do tego zdolna? Nie traktujcie tego jako porady hazardowej, ale swoich pieniędzy bym na to nie postawił.
Ten tekst przeczytałeś za darmo dzięki hojności naszych darczyńców
Nowy Ład utrzymuje się dzięki oddolnemu wsparciu obywatelskim. Naszą misją jest rozwijanie ośrodka intelektualnego niezależnego od partii politycznych, wielkich koncernów i zagraniczych ośrodków wpływu. Dołącz do grona naszych darczyńców, walczmy razem o podmiotowy naród oraz suwerenną i nowoczesną Polskę.

5 dni temu












