Wojny, bitwy i przepychanki frakcyjne, to nieodłączny element funkcjonowania każdej partii, dlatego odpowiedzialny partyjny lider powinien być na to przygotowany. Samego zjawiska uniknąć się nie da, natomiast można i trzeba przyjmować optymalne strategie obronne oraz atakujące, żeby utrzymać partię w jak najlepszej kondycji. Każdy przywódca podejmując decyzje polityczne musi sobie przede wszystkim wyznaczyć cel. Dla jednych będzie to przekroczenie progu wyborczego, dla innych utrzymanie władzy, a jeszcze inni będą chcieli władzę zdobyć.
Dziś najgłośniej mówi się o wojnie frakcyjnej w PiS i co za tym idzie konkurencja polityczna od lewa do prawa zaciera ręce, ale po pierwsze zapomina z czym się sama zmagała i zmaga, po drugie zawsze pojawiają się jakieś zwroty akcji. W wyjątkowo dobrym humorze jest Donald Tusk, ten sam Tusk, który musiał zlikwidować swoją partię KLD, by w następnym kroku wyjść z Unii Wolności i założyć Platformę Obywatelską. Z PO wyciął nie tylko dwóch tenorów: Macieja Płażyńskiego i Andrzeja Olechowskiego, ale cała grupę działaczy wyraźnie przewyższających Tuska poziomem wiedzy i inteligencji, dość wspomnieć: Zytę Gilowską, czy Jana Marię Rokitę. Głośne starcie z Grzegorzem Schetyną zakończyło się nieco inaczej, bo upokorzony Schetyna pogodził się ze swoją dwuplanową rolą, choć przez chwile zdobył wszystkie zaszczyty, jakich zazdrościł Tuskowi.
Celem i strategią Donalda Tuska zawsze było utrzymanie lub zdobycie władzy, tej „indywidualnej” i tej „globalnej”, tym celom podporządkowywał wszelkie działania. Przez długi czas w identyczny sposób postępował Jarosław Kaczyński, jednak to się zmieniło i co raz trudniej prezesowi PiS tę zmianę ukryć. Ostatnie zdarzenia pokazują jednoznacznie, iż Kaczyński nie walczy już o nic innego, poza utrzymaniem PiS przy życiu i siebie na stanowisku prezesa partii, którą założył, zbudował i traktuje jak własne dziecko. jeżeli przyjąć tę oczywistą diagnozę za prawdziwą, to od razu pojawia się wyjaśnienie dlaczego Jarosław Kaczyński w partyjnej wojnie stanął po stronie „maślarzy”. Gdy Zbigniew Ziobro był w pełni formy i przede wszystkim był w Polsce ścigającym, a nie ściganym, to zdecydowanie wyższe notowania u prezesa PiS miał Mateusz Morawiecki i jego „harcerze”. Co się zmieniło?
Bardzo wiele rzeczy się zmieniło i wszystkie miały wpływ na zmianę frontu przez Jarosława Kaczyńskiego. Zbigniew Ziobro był jedynym politykiem, który niemal wprost formułował swoje ambicje, on chciał mieć wszystko, od stanowiska prezesa PiS po premiera. W odpowiedzi na te plany, Kaczyński odpowiadał Mateuszem Morawieckim, którego traktował jak pomazańca i było to stricte polityczne zagranie, ulubione zresztą przez prezesa PiS – dziel i rządź. Żonglowanie frakcjami, dyscyplinowanie jednych dzięki drugich, to nieustanna gra prezesa PiS, ale gdy odpadł Zbigniew Ziobro, to Mateusz Morawiecki stał się największym zagrożeniem dla prezesa. Po tej zmianie Morawiecki popadł w niełaskę, za to zostali dopieszczeni „maślarze”, bo to grono pozbawione wyraźnego lidera, a choćby jakiejkolwiek wyrazistej postaci, która może zagrozić nieśmiertelnemu prezesowi PiS.
Celem Jarosława Kaczyńskiego nie jest wygrana z Donaldem Tuskiem, on wprawdzie sprzedaje „ludowi pisowskiemu” legendy o 40 proc. wyniku, ale nie da się utrzymać 25 proc., gdy się doprowadza własną partię do poziomu pośmiewiska. PiS może mieć poniżej 20 proc. i pewnie będzie miał, jeżeli Mateusz Morawiecki z „harcerzami” zostaną usunięci z partii, ale prezesem pozostanie Jarosław Kaczyński, który nie będzie już miał najmniejszej wewnętrznej konkurencji, jak również najmniejszych problemów z utrzymaniem dyscypliny wśród miernych, biernych, ale wiernych. Strategia czytelna jak elementarz Falskiego i alternatywnej diagnozy nie ma sensu stawiać, no chyba, iż ktoś pobiera niezłe pensje za pisanie politycznych bajek.
Nie wierzymy nikomu, nie wierzymy w nic! Patrzymy na fakty i wyciągamy wnioski!

3 godzin temu








