Czarnobyl znów płonie. Jeden czynnik jest groźniejszy, niż się wydaje

1 godzina temu

W Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia ogień wybucha dziś znacznie częściej niż przed rosyjską inwazją. W ostatnich tygodniach przez Strefę przetoczyły się największe od lat pożary. Jak relacjonuje nasz rozmówca, żywioł wybucha w zamkniętej Zonie zdecydowanie częściej od momentu rozpoczęcia pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę.

Wszystko, co związane z Czarnobylem, jest podatne na tego typu narracje. Trudno się temu dziwić. Wiele osób dobrze pamięta przełom kwietnia i maja 1986 roku, atmosferę niepewności na temat skali katastrofy, próby tuszowania sprawy przez komunistyczne władze, gorzki smak płynu Lugola. W przypadku pożarów w Strefie Wykluczenia należy jednak podkreślić, iż dym nie spowodował zagrożenia radiacyjnego choćby w niedalekim Kijowie, a co dopiero w Polsce. W niebezpieczeństwie byli wyłącznie strażacy, którzy gasili ogień.

  • Czytaj także: Jakie są prawdziwe skutki awarii elektrowni jądrowych w Czarnobylu i Fukushimie?

„Ryzyko istnieje i nie zniknie”

Gdy zaczynam zbierać informacje do tego materiału, Czarnobylską Strefą Wykluczenia wstrząsają największe od lat pożary. Kiedy siadam do pisania, wciąż tlą się pojedyncze źródła ognia.

– Pierwszy raz w trakcie wojny byłem w Czarnobylu zaledwie miesiąc po tym, jak uciekli stamtąd Rosjanie – wspomina Krystian Machnik, popularyzator wiedzy o radioaktywności, autor portalu Napromieniowani.pl. – W tym czasie palił się las na południu, w okolicach wjazdu do Strefy. Wóz strażacki musiał tam wjechać, żeby ugasić pożar. Przejechał tylko kilka metrów, bo wybuchła pod nim mina przeciwpancerna – relacjonuje.

Ciężarówka została całkowicie zniszczona, a załodze życia uratowało tylko to, iż używali starego ZiŁ-a, gdzie oś przednia jest odsunięta od kabiny. – To pokazuje ponurą rzeczywistość czarnobylskich strażaków. Wiadomo, saperzy jadą przed nimi, ale sprawdzanie drogi zajmuje dużo czasu, a pożar na nich nie czeka. Nie można więc oczekiwać, iż wszystko będzie zabezpieczone na sto procent. Ryzyko istnieje i nie zniknie choćby przez wiele lat po zakończeniu wojny.

Niedawno minęło 10 lat odkąd pierwszy raz udzieliliśmy pomocy w Czarnobylu. Zaczęło się od jednej babuszki a skończyło na wszystkich samosiołach. W ostatnich latach rozszerzyliśmy naszą działalność także o pomoc pracownikom Strefy Zamkniętej.

Rosyjska okupacja oraz… pic.twitter.com/HE4vS7zTLo

Napromieniowani.pl (@napromieniowani) July 11, 2026

Tereny wokół czarnobylskiej elektrowni jądrowej, zamknięte po wybuchu reaktora w 1986 roku, to miejsce wyjątkowo podatne na występowanie pożarów. To ogromne terytorium (ponad 2600 km2) czterdzieści lat temu zostało niemal całkowicie opuszczone. Poza pracownikami naukowymi, wojskiem oraz nielicznymi samosiołami (takim mianem określa się osoby, które zostały ewakuowane bezpośrednio po katastrofie, ale na własną rękę postanowiły wrócić do domów) Strefa jest wyludniona. Płomienie mogą się więc rozprzestrzeniać przez dłuższy czas, zanim na miejscu pojawią się strażacy.

Tak było na przykład w 2020 roku, kiedy ogień strawił w Zonie ponad 11 tysięcy ha. Pożary w okolicach Czarnobyla nie są więc niczym wyjątkowym, ale przez ostatnie cztery lata stały się zjawiskiem zdecydowanie częstszym.

Pożoga z zestrzelonych dronów

Dlaczego tak się dzieje?

– Odpowiedź znajdziemy bardzo łatwo, jeżeli spojrzymy na radary anomalii termicznych i porównamy czarnobylską strefę zamkniętą po stronie ukraińskiej i białoruskiej. W części białoruskiej tych pożarów praktycznie nie ma – jeżeli się pojawiają, to są pojedyncze i bardzo małe. Zdarzają się tam, gdzie pracują ludzie mogący zaprószyć ogień.

Za to, jak tłumaczy, po stronie ukraińskiej występują bez przerwy, po kilka naraz i w całkowicie losowych miejscach. Często głęboko w lasach, kilometry od najbliższych dróg. – Łosie czy wilki raczej ognisk nie rozpalają. Powodem jest oczywiście wojna. Mamy potwierdzenie, iż przynajmniej cztery pożary w tym roku zostały wywołane przez upadek rosyjskiego drona.

Strefa Wykluczenia nie jest już oczywiście miejscem aktywnych walk. Rosjanie pojawili się tam jedynie w pierwszych dniach pełnoskalowej agresji – przez Zonę przebiegała jedna z tras najazdu rosyjskiej armii na ukraińską stolicę. Agresorzy kontrolowali wówczas tereny wokół elektrowni przez nieco ponad miesiąc. Nad Strefą przez cały czas regularnie pojawiają się jednak drony, zwykle lecące w stronę Kijowa, oddalonego od Czarnobyla o niecałe sto kilometrów w linii prostej.

Wyludnienie i turystyczny boom na Czarnobyl

Strącone przez ukraińską obronę przeciwlotniczą drony spadają na odludne tereny Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia. A gdy są ku temu odpowiednie warunki – jak przy fali upalnych, bezdeszczowych dni, zestrzelony Geran czy Shahed potrafi momentalnie wzniecić ogień.

– Największy pożar mieliśmy na przełomie czerwca i lipca – mówi Machnik Jednocześnie paliło się kilka miejsc, a dym dotarł nad Kijów.

Warto tutaj zauważyć, iż dym znad Czarnobyla mógł być wprawdzie dla mieszkańców ukraińskiej stolicy uciążliwy, ale nie niósł ze sobą poważnego zagrożenia – wskaźniki promieniowania w Kijowie pozostały w normie. Zresztą wyobrażenie o Strefie jako wymarłym regionie, do którego albo wchodzi się w odzieży zabezpieczającej, albo wychodzi się w czarnym worku, to od dawna fantazje miłośników postapokaliptycznej popkultury.

Fakt, przez cały czas istnieją miejsca, gdzie promieniowanie jest bardzo wysokie, ale większość terenów wokół zamkniętej elektrowni jest całkiem bezpieczna. Aż do wybuchu pandemii COVID-19 Strefa Wykluczenia przeżywała choćby turystyczny boom, związany z ogromną popularnością serialu Czarnobyl. W 2019 roku odwiedziło ją ponad sto tysięcy osób.

Fake newsy

Brak zagrożenia radiacyjnego w niczym nie przeszkodził jednak miłośnikom teorii spiskowych.

– jeżeli chodzi o pożary w Czarnobylu, narracja jest każdorazowo dokładnie taka sama. Kilka razy do roku mamy fałszywe informacje, powtarzane zawsze przez te same osoby, twierdzące, iż nad Polskę kieruje się radioaktywna chmura. Jak tylko wylatuje ze Strefy, to nie atakuje innych krajów, od razu wściekle kieruje się do nas, choćby jak ma pod wiatr.

– Trafia to na podatny grunt, bo my, Polacy, lubimy takie historie. A iż przy okazji jesteśmy krytyczni do władz, to ma to sens, iż nikt o tej radioaktywnej chmurze za bardzo nie mówi (na pewno coś ukrywają) – mówi nam z nieukrywanym zmęczeniem sytuacją.

Za każdym razem, kiedy są pożary, informuje o kolejnych radioaktywnych chmurach. Jak zauważa Machnik, żadna z nich ostatecznie do nas nie dociera. – To naprawdę bardzo tępa propaganda, w którą niestety wiele osób wierzy. Fani teorii spiskowych myślą, iż wiedzą lepiej niż ludzie, którzy są na miejscu, bo przecież oni wyłączyli telewizor i włączyli myślenie.

Tłumaczy, iż gdy płonie skażona radioaktywnie ściółka, radionuklidy, czyli pierwiastki promieniotwórcze, w sposób naturalny uwalniają się do atmosfery razem z dymem. Istnieje więc zagrożenie wchłonięcia ich do płuc, skąd nie da się ich wypłukać. – A taki C-137, pierwiastek sztuczny, który powstaje wyłącznie w reaktorach jądrowych, może wywołać szkody w organizmie. To wprawdzie już nie są te czasy, kiedy ktoś po tygodniu czy miesiącu umrze w okropnych męczarniach, takie przypadki mieliśmy w 1986 roku. Ale jeżeli teraz nawdycha się radionuklidów i z tego powodu umrze na nowotwór za 10 lat, to czy to też nie będzie choroba popromienna? – pyta retorycznie Krystian Machnik.

Była nastolatką podczas II Wojny Światowej, miała 60 lat, gdy doszło do katastrofy czarnobylskiej a zmarła w wieku 100 lat w wiosce uznanej za skażoną radioaktywnie.

Maria Uljanowna Czała była najstarszą samosiołką w Czarnobylu. Urodziła się w wiosce Kupowate, która w 1986 roku… pic.twitter.com/YcG6rWQTyS

Napromieniowani.pl (@napromieniowani) July 28, 2026

Bezdroża i martwe drzewa

Akcję gaszenia pożarów w Strefie Wykluczenia w oczywisty sposób utrudnia fakt, iż to miejsce cztery dekady temu oddano we władanie przyrodzie. Drogi niszczeją, infrastruktura nie jest rozwijana. Gdy ogień rozprzestrzenia się wewnątrz głębokiego lasu, pełnego martwych drzew, trzeba się do niego przebijać przez gęstwinę. Machnik wspomina, iż do tego typu działań przez cały czas wykorzystuje się maszyny jeszcze z czasów sprzed katastrofy. Dzisiejsze ciężarówki radzą sobie dobrze na drogach, ale gdy trzeba dotrzeć w środek zdziczałej puszczy, odkurza się radzieckie KrAZ-y i ZiŁ-y. Dodatkową komplikację stanowi odległość od zbiorników wodnych. Strażacy często muszą jeździć po wodę ponad 20 kilometrów, co znacząco spowalnia akcję.

Problem stanowi także militaryzacja Zony. Gdy rosyjskie wojska miały kontrolę nad terenami wokół nieczynnej elektrowni, rozrzuciły w okolicy ogromną ilość min. Według moich informatorów z którymi teraz to właśnie one, a nie promieniowanie, stanowią największe zagrożenie.

  • Czytaj także: „Przedwcześnie ogłoszony sukces”. Czarnobyl znów płonie, a Kijów dusi się od smogu

Skażenie, wojna i ogień. Obraz Czarnobyla

Ze względu na rozrzucone miny, ale także sytuację klimatyczną, można się spodziewać, iż choćby w czasach pokoju do pożarów będzie dochodzić częściej. To z kolei stwarza zagrożenie dla wspomnianych samosiołów. Dziś jest ich co najwyżej kilkudziesięciu. To osoby w podeszłym wieku, schorowane, pozbawione dostępu do najpowszechniejszych usług. W ostatnich latach ich sytuacja, chwilowo poprawiona otwarciem Zony na zwiedzających, znacznie się pogorszyła. Najpierw pandemia COVID-19 wykończyła turystykę, następnie wybuch wojny jeszcze bardziej utrudnił dostarczanie im pomocy humanitarnej. Pożary są dla nich tylko kolejnym ciężarem.

– Już tego lata rozważano ewakuację wioski Kupowate na południu zamkniętej strefy, gdzie żyje kilku samosiołów. Ich chaty są drewniane, otoczone lasem. W tym roku płomienie nie zbliżyły się do wioski, zabrakło paru kilometrów, ale ryzyko, iż ogień kiedyś tam dojdzie, jest niestety duże – przyznaje Machnik. – My cały czas staramy się im pomagać, ale nie jest to łatwe. Cywile nie są w tej chwili wpuszczani do Czarnobyla. Wjeżdżamy na wyjątkowych zasadach, bo pomagamy i jesteśmy zaufani, ale choćby nam trudniej jest uzyskać przepustkę.

Zauważa, iż wojska ukraińskie stąd prędko nie znikną, bo przez Czarnobyl prowadzi najkrótsza droga do Kijowa, a to jest pogranicze. – Białoruś wprawdzie nie walczy przeciwko Ukrainie, ale już raz udostępniło swoje terytorium Rosji, więc Ukraińcy postrzegają swojego północnego sąsiada jako agresywnego wroga. Jest gorzej i lepiej nie będzie.

Zdjęcie tytułowe: In Green/Shutterstock

Idź do oryginalnego materiału