Były prezydent, stara rola. Duda wciąż mówi głosem PiS

2 godzin temu

Choć formalnie nie pełni już urzędu, Andrzej Duda wciąż mówi językiem Pałacu Prezydenckiego z czasów rządów Prawo i Sprawiedliwość. Jego ostatnie wypowiedzi na temat azylu politycznego Zbigniewa Ziobry na Węgrzech pokazują coś więcej niż osobistą opinię byłej głowy państwa. Pokazują trwałą polityczną lojalność – wobec PiS i wobec Jarosław Kaczyński – która przetrwała choćby koniec prezydentury.

Na antenie wPolsce24, w programie „Rozmowa Wikły”, Duda stwierdził, iż decyzja Ziobry o azylu jest „z punktu widzenia politycznego bardzo trudna do zaakceptowania”. To zdanie brzmi jak krytyka, ale tylko na pierwszy rzut oka. Były prezydent natychmiast bowiem przeszedł do narracji, która od lat stanowi fundament przekazu PiS: Polska jako kraj rzekomo represyjny, a obecna władza jako niemalże reżim.

„Z punktu politycznego walczy się z otwartą przyłbicą do samego końca” – mówił Duda, przywołując patetyczne porównania do opozycjonistów z czasów PRL, którzy „szli do więzienia, walczyli znowu, aż do zwycięstwa”. To retoryka dobrze znana, wielokrotnie używana przez PiS: zestawianie współczesnych polityków prawicy z bohaterami antykomunistycznej opozycji. Porównanie tyleż efektowne, co całkowicie nieuprawnione. Ziobro nie jest dysydentem walczącym z dyktaturą, ale byłym ministrem, wobec którego toczą się postępowania w demokratycznym państwie prawa.

Duda oczywiście o tym wie. A jednak konsekwentnie mówi to, czego oczekuje jego polityczne zaplecze. Szczególnie wyraźnie było to w momencie, gdy przeszedł do wątku choroby Ziobry. „Rozumiem, iż Zbigniew Ziobro obawia się prostej rzeczy. Zostanie zamknięty do aresztu, tej terapii nie będzie dostawał” – tłumaczył były prezydent, kreśląc wizję niemal „kary śmierci” wymierzonej przez państwo. To już nie tylko polityczna publicystyka, ale otwarte podważanie intencji instytucji państwowych, których jeszcze niedawno był strażnikiem.

Jeszcze dalej Duda posunął się, komentując wypowiedź ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka, który ironicznie mówił o możliwości przywiezienia Ziobry „w bagażniku” z Węgier. Reakcja byłego prezydenta była brutalna i osobista: „Szkoda, iż nie da się przywieźć w bagażniku pana Żurka, bo jest gruby i się nie zmieści”. Duda dodał, iż to „chamstwo i bezczelność”, ale sam w tej wypowiedzi nie zachował ani godności urzędu, ani elementarnego dystansu.

Kulminacją tej narracji było stwierdzenie, iż w Polsce rządzi „grupa, która łamie prawo”, a kraj zmierza w stronę „kryptodyktatury” – określenia, które Duda w pełni podjął, sugerując, iż Bruksela „udaje, iż tego nie widzi”. To dokładnie ta sama opowieść, którą przez lata snuł PiS: Unia jako hipokryta, Polska jako ofiara, prawica jako ostatni bastion wolności.

Trudno oprzeć się wrażeniu, iż Andrzej Duda – choćby dziś – pozostaje wiernym żołnierzem PiS. Nie pełni już funkcji, nie ponosi konstytucyjnej odpowiedzialności, a mimo to przez cały czas występuje w tej samej roli: obrońcy partyjnych narracji i rzecznika emocji elektoratu Kaczyńskiego. Zamiast refleksji nad własną prezydenturą i jej skutkami, oferuje publiczności znane klisze i polityczne kalki. To smutny finał dla polityka, który kiedyś obiecywał, iż będzie „prezydentem wszystkich Polaków”.

Idź do oryginalnego materiału