Proces industrializacji i związane z nim kontrowersje rozpoczyna się dwieście lat temu na angielskiej prowincji. To właśnie tam robotnicy znani jako luddyści wystąpili przeciwko właścicielom fabryk, wprowadzającym zautomatyzowane urządzenia, które pozbawiały ich pracy i środków do życia. „Krew w maszynie” została uznana za jedną z najlepszych książek roku przez „The New Yorker”, „Wired” i „Financial Times” (z mat. wydawcy).
Wydawnictwu Bo.wiem dziękujemy za udostępnienie fragmentu do publikacji. Zachęcamy do lektury całej książki.
Co osiągnęli luddyści
Dziesiątki luddystów straciło życie z rąk właścicieli maszyn i przedstawicieli władzy. Wielu kolejnych popadło w biedę. Całe pokolenia obserwowały, jak ich tożsamość, wykonywane zawody, pozycja społeczna oraz godność stopniowo obracają się wniwecz.
Rewolucja przemysłowa zapędziła miliony ludzi do budzących grozę fabryk – świata pracy skonstruowanego tak, aby działał w rytmie maszyn, nie ludzi.
Zaś klasy wyższe dopilnowały, by słowo „luddysta” w kulturze zmieniło się w epitet oznaczający żyjącego złudzeniami malkontenta wojującego z technologią i postępem.
Bazując na tym podsumowaniu, łatwo byłoby wysnuć wniosek, iż luddyści byli ofiarami losu, toczyli z góry przegraną walkę i nie zdołali osiągnąć zamierzonych celów. Ale to nieprawda. Jesteśmy ich dłużnikami: sprzeciwili się naporowi automatyzacji, pierwszemu modelowi systemu fabrycznego oraz najwcześniejszym wcieleniom niepowstrzymanych gigantów technologicznych i korporacyjnego wyzysku. A do tego wbrew oczekiwaniom tych, którzy dzierżyli władzę, nie „położyli się i nie umarli”.
Przeciwko nieuchronności technologicznej. Recenzja „Atlasu sztucznej inteligencji” Kate Crawford Dawid Kujawa
Po pierwsze, luddyści odnieśli realne zwycięstwa na płaszczyznach politycznej i ekonomicznej.
Armie Neda Ludda przyczyniły się do przywrócenia godnych zarobków w regionie, zmusiły kierownictwo do podjęcia negocjacji oraz spowolniły wdrażanie draparek i maszyn do produkcji pończoch – i to w kluczowym momencie, kiedy gospodarka była w zapaści – choć ich zwycięstwo okazało się tymczasowe. Luddyści z Lancashire, którzy dopuścili się najbrutalniejszych ataków na fabrykantów, ugrali jeszcze więcej. To za sprawą ich żywiołowej kampanii musiało upłynąć kilka ładnych lat, zanim wytwórcy zaczęli masowo korzystać z mechanicznych krosien. „Maszyny nie zalały rynku. Mogliśmy zaobserwować pauzę w tym procesie”, pisał historyk Adrian Randall.
„Wróciły do łask dopiero w sytuacji realnego kryzysu zyskowności”. Te opóźnienia nie były bez znaczenia. Niezmordowany lobbing takich grup jak Zjednoczony Komitet Dziewiarzy, jak również pierwszego przedstawiciela związków godnego tego miana – Gravenera Hensona – poskutkował uchyleniem zakazu zrzeszania się. Był to fundament, na którym mogli w przyszłości budować swój opór. „Świat nie zmienia się z dnia na dzień”, stwierdził Randall. Kolejne pokolenie protestujących i reformatorów inspirowało się i czerpało z doświadczeń luddystów, zarówno bezpośrednio, jak i sięgając do ich dziedzictwa. „Mamy tu do czynienia z cechującymi się względną efektywnością działaniami mającymi wyhamować zmiany – czyli wiesz, iż przegrasz, i rzeczywiście tak się dzieje, ale w imię przyszłości dajesz z siebie wszystko”.
Stosowali nowatorską taktykę działania, która doczekała się powielenia. Listy, pisma i pogróżki wyłuszczające żale luddystów oraz zgrane, sugestywne widowiska kostiumowe dały początek memicznemu traktowaniu oporu. Nie schodząc ze świecznika, sformowali wspólny front. Wpływy luddystów możemy dostrzec w późniejszych protestach górników, ruchach reformatorskich i związkowych oraz kontrolowanych epizodach sabotażu przemysłowego.
Piszemy o Ludziach, a nie o władzy
Pokazujemy prawdę o przyczynach, nie o skutkach. Jesteśmy Twoim głosem. Wspieraj niezależność!
Przekaż darowiznę i stań się naszym współwydawcą
W tak zwanych zamieszkach Swinga (Swing Riots) z 1830 roku powielono najskuteczniejsze taktyki ruchu luddystów, i to z jeszcze większą mocą. Pracownicy rolni, cierpiący biedę z powodu grodzeń, zapaści handlu oraz wprowadzenia automatycznych młockarni, połączyli siły pod przywództwem mitycznego kapitana Swinga – słali listy z pogróżkami, ćwiczyli musztrę, a kiedy nikt nie odpowiedział na ich prośby, zaatakowali maszyny. Właściciele ziemscy obniżyli koszt dzierżawy i opłaty, a żołnierze Swinga przygotowali grunt pod reformę z 1832 roku, która poszerzała katalog osób uprawnionych do głosowania o małych właścicieli ziemskich, sklepikarzy, dzierżawców gruntów ornych oraz innych przedstawicieli robotniczej klasy średniej. Do tego na czas przynajmniej jednego pokolenia korzystanie z młockarni uległo znacznemu ograniczeniu. Historyk George Rudé pisał, iż „ze wszystkich dziewiętnastowiecznych ruchów atakujących maszyny najlepsze efekty osiągnął ten złożony z bezradnych, niezorganizowanych pracowników rolnych. Prawdziwe imię Króla Ludda brzmiało Swing”. Również wpływ luddystów na kulturę okazał się zwodniczo znaczący.
AI i automatyzacja: zabezpieczyć interesy pracowników Roman Rostek
Pomijając Frankensteina, który obrodził powieściami z gatunku fantastyki krytykującymi władzę i technologię, zmagania luddystów odbiły się głośnym echem w szeroko pojmowanej sztuce. Pisarze – w tym Charlotte Brontë – ujęli bunt przeciwko przemysłowi w ramy powieści, poeci uwiecznili niedolę powstańców, a malarze odtworzyli konflikt w kolorze. Byron i Shelley podchwycili ludyczne motywy, podobnie jak William Wordsworth i William Blake. Uznany malarz Thomas Cole przedstawił wyniszczające tarcia nieodmiennie towarzyszące rozwojowi kapitalizmu przemysłowego w swoich pracach, między innymi w słynnym, obejmującym pięć obrazów cyklu Dzieje Imperium z 1836 roku. Cole dorastał w Bolton w hrabstwie Lancashire, w czasie gdy luddyści zaatakowali wielki lokalny zakład obróbki bawełny. Badacze uważają, iż malując płomienie na zamykającym cykl Zniszczeniu, autor sięgnął do wspomnień tamtych wydarzeń.
Lecz dziedzictwem luddystów, które przetrwało próbę czasu, był pewien model, język oporu wobec zapędów kapitalizmu przemysłowego i technologicznego wyzysku.
Wyłuskując narzędzia krzywdy i atakując je z całej siły, stworzyli przestrzeń dla wszystkich, kto chciał stawić odpór ekonomicznemu uciskowi.
Z młotami w dłoniach, jeżeli to konieczne. Historyk David Noble przekonuje, iż luddyści nie byli zacofańcami. Z ich perspektywy technologia nie była niosącą posmak przyszłości zagadkową potęgą, ale mechanizmem stosowanym „w czasie teraźniejszym”, który można zaakceptować albo odrzucić. Luddyści kompleksowo ocenili implikacje wdrożenia określonych rozwiązań technologicznych i zareagowali adekwatnie do swoich przemyśleń. Co więcej, zidentyfikowali źródło wyzysku: i nie były nim maszyny, ale klasa fabrykantów. Wywołanie powstania posłużyło wydobyciu na światło dzienne kryzysu zagrażającego wszystkim robotnikom bez wyjątku. To z tego powodu przez pewien czas cieszyli się tak wielką popularnością i poparciem oraz budzili powszechny lęk. Dostarczyli społeczeństwu namacalnego przykładu tak zwanego „pytania o maszyny”, inicjując trwającą po dziś dzień debatę na temat warunków pracy, technologii i wyzysku.
Mit kapitału – rzeczywistość strachu Gracjan Cimek
Luddyści zniszczyli tysiące maszyn i przypuścili ataki na niezliczoną liczbę zakładów, konwojów i fabryk. Żeby stłumić powstanie, państwo musiało przeciwstawić im całą swoją potęgę wojskową oraz wprowadzić skrajnie niesprawiedliwe, okrutne prawo. W międzyczasie luddyści „raz na zawsze zdyskredytowali twierdzenie, jakoby społeczeństwo [przemysłowe] było wspólnotą wartości i celów”, pisał Geoffrey Bernstein.
Wspólne, zakorzenione w naszej naturze dążenie ku postępowi okazało się mrzonką; nikogo nie pytano o zdanie, a lud podzielono na zwycięzców i przegranych.
Był to jasny sygnał, iż rosnące w siłę rzesze klasy robotniczej dysponują siłą, którą najbogatszy i najbardziej rozwinięty technologicznie naród świata będzie chciał za wszelką cenę złamać. W opinii historyków takich jak E.P. Thompson niezłomny opór luddystów przyczynił się do zwiększenia świadomości robotników, którzy pierwszy raz w historii zaczęli postrzegać siebie jako klasę społeczną związaną wspólnymi interesami, wypchniętą poza nawias przez fabrykantów oraz dyrektorów. W The Making of the English Working Class („Narodziny klasy robotniczej w Anglii”) Thompson stawia tezę, iż do jej sformowania w znaczącym stopniu przyczyniło się powstanie luddystów.
S. Beaud i M. Pialoux: Powrót do kwestii robotniczej
Dzięki luddystom przyszli rebelianci mogli korzystać z gotowego katalogu taktyk działania: twórz grupki zżytych, ufających sobie ludzi i dobieraj cele adekwatnie do swoich możliwości.
Wykorzystaj lęk władzy przed przeobrażeniem się niepokojów przemysłowych w polityczne. Buduj zaufanie i solidarność. Pamiętaj: już samo zagrożenie sabotażem skutecznie działa na wyobraźnię. Podkoloruj te groźby; wykorzystaj środki przekazu do nagłośnienia swoich celów i zbuduj struktury, które zainteresują potencjalnych rekrutów.
„Przemoc oraz groźby współgrały z atakami, presją społeczności i drogą prawną”, pisał Kevin Binfield.
Zdecydowana większość luddystów atakowała wyłącznie maszyny, nie ludzi.
„Przemoc stosowano wybiórczo, w sposób kontrolowany, przeciwko konkretnym celom, traktując ją jako uzupełnienie i czynnik potęgujący bardziej konwencjonalne sankcje stosowane przez związki”. Robotnicy mogli być zagniewani, a George Mellor przemawiał kwieciście i z bojowym zapałem – ale przynajmniej do porażki w Rawfolds luddyści dysponowali strategią działania i potrafili wytypować cel oraz czas ataku.
„Od chwili kiedy strategia oparta na rozbijaniu maszyn doprowadziła do zatrzymania działania fabryki, przestała być ona traktowana jako alternatywa dla ataków”, pisał Raymond Boudon, „do tego przyniosła znacznie lepsze efekty”. Może z tego względu w rzeczywistości zrodzonej przez rewolucję przemysłową – gdzie właściciele i kierownicy stopniowo wdrażali technologię do pracy fabrycznej i biurowej – niszczenie maszyn traktowano jako ostateczny akt protestu. Nie sposób nie dostrzec ducha luddystów w fakcie, iż przez ostatnie 200 lat aktom zorganizowanego sabotażu realizowanego przez robotników towarzyszyły strajki. I nie wszyscy zdążyli o tym zapomnieć.
„Strata dla Anglii, korzyść dla nas”, powiedział w latach siedemdziesiątych XX wieku John Baker, były szef jednego z największych australijskich związków zawodowych skupiających pracowników firm telekomunikacyjnych. I tłumaczył, iż od chwili gdy luddyści zostali „przetransportowani” do Australii, mieli ogromny wpływ na kształtowanie stosunku do pracy oraz znaczenia silnych związków zawodowych. Australia znalazła się w czołówce państw walczących o wprowadzenie ośmiogodzinnego dnia pracy, powszechnego uzwiązkowienia i ustroju socjaldemokratycznego. A Bakerowi zależało na podtrzymaniu ich ducha. W 1977 roku, w czasie protestów wobec wprowadzania nowego elektronicznego systemu telekomunikacyjnego, Baker wezwał do okazania „kreatywnego luddyzmu” – a ostatecznie zażądał pięcioletniego moratorium na wszystkie nowe technologie w miejscach pracy.
Świadomość australijskich związkowców rośnie, co ilustruje wyzwanie, przed którym stanęli luddyści walczący z fabrykantami: „nie masz prawa odbierać mi narzędzi oraz umiejętności i dawać ich maszynie, kiedy to ty jesteś jej właścicielem i ty będziesz sprzedawać na rynku towary, które wytworzy”. Ten dawny zarzut przypomina o sobie dzisiaj, gdy ludzie dysponujący technologią i kapitałem wprzęgają umiejętności, doświadczenie i wiedzę milionów pracowników fabrycznych i biurowych w proces, który pozbawi ich wszystkich pracy.
Przyjdzie taki dzień, dodał, kiedy przywódca „odważy się, niczym lord Byron w Izbie Lordów, oddać cześć luddyjskim męczennikom, tak aby godnie upamiętnić ich samoświadomość i poświęcenie”.
Przedsiębiorcy przykleili luddystom łatkę reakcyjnych wrogów technologii, ale nie zdołali zdławić ducha, na którego powołał się Baker.
Kiedy w latach trzydziestych XX wieku w San Francisco podjęto decyzję, aby w sieci kin zastąpić nagraniami orkiestrę grającą na żywo, muzycy odgryźli się bombami z cuchnącym gazem. W Saint Louis „podłożyli bomby zegarowe, które uszkodziły wprowadzany w ich miejsce sprzęt z systemem Vitaphone”, o czym można przeczytać w poświęconej historii sabotażu w miejscu pracy książce Gavina Muellera Breaking Things at Work: The Luddites Were Right about Why You Hate Your Job („Niszczenie sprzętu w pracy: Luddyści rozumieli, dlaczego nienawidzisz swojej roboty”). W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku współczesny model przemysłowej mechanizacji opartej na wykorzystaniu komputerów przyspieszył. Efektem były masowe protesty lat sześćdziesiątych: „w obliczu wprowadzenia kombajnów górniczych typu continuous miner – czy też, jak je nazywano, man killer (»zabójcy ludzi«), górnicy odmawiali pracy”.
W tej samej dekadzie automatyzacja branży motoryzacyjnej pociągnęła za sobą „serię dzikich strajków, strajków włoskich, a choćby aktów sabotażu”, pisał David Noble. „W Detroit tego typu działania dotykały całych fabryk, gdyż robotnicy celowo uszkadzali produkowane dobra”.
M. Suleyman, M. Bhaskar: Nadchodząca fala…
Do historii przeszła wypowiedź przewodniczącego związku Students for a Democratic Society (Studenci dla Społeczeństwa Demokratycznego) Marco Savio, który zwięźle opisał etos luddystów. „Przychodzi ten moment, kiedy maszyna jest ci już tak wstrętna, praca na niej budzi tak wielką rozpacz, iż dłużej po prostu nie dajesz rady!”, wykrzyczał ze schodów Sprout Hall Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley. „Nawet biernie! Wtedy trzeba rzucić swoje ciało na koła zębate i kółka […] na wajchy, cały ten sprzęt i zmusić maszynę, żeby stanęła! A potem powiedzieć ludziom, którzy nią sterują, oraz jej właścicielom, iż maszyna nie ruszy, dopóki ty nie odzyskasz wolności”. Ekonomista William Beveridge, architekt współczesnego angielskiego państwa opiekuńczego, czerpał inspirację z opisu walki luddystów autorstwa Charlotte Brontë – podtytuł jego opublikowanego w 1944 roku raportu Full Employment in a Free Society („Pełne zatrudnienie w wolnym społeczeństwie”) brzmi „Poczucie krzywdy płodzi nienawiść”.
W 1982 roku na łamach magazynu „Processed World” ukazał się artykuł Sabotage: The Ultimate Video Game („Sabotaż: Gra, jakiej nie było”), którego autorka, pracownica sektora technologicznego używająca pseudonimu Gidget Digit, sławiła akty sabotażu: „Kto nie miał nigdy ochoty wylać świeżo zaparzonej kawy na klawiaturę [albo] roztrzaskać słuchawką telefonu szyby w boksie swojego kierownika”. Odpowiedź na to pytanie brzmiałaby chyba „mało kto”, zwłaszcza biorąc pod uwagę nieprzemijającą popularność sceny z filmu Mike’a Judge’a Życie biurowe z 1999 roku, gdy pracownicy, sfrustrowani zwolnieniami, korporacyjną harówką i faktem, iż rządzą nimi ignoranci, rozładowują tłumioną wściekłość na kopiarce.
„Nagła potrzeba zepsucia czegoś w miejscu pracy ma prawdopodobnie równie długą tradycję, co sama praca”, pisała Gidget Digit.
„Funkcjonując w przestrzeni biurowej, człowiek musi znosić bezsensowne procedury, dziecinne zachcianki przełożonych i upokorzenie wynikające z wykonywania czyichś poleceń. […] Komputery, zdalne terminale, telefony do transmisji danych i szybkie drukarki to raptem kilka nowych kruchych gadżetów, które niedługo zdominują przestrzeń biurową. Jako iż skonstruowano je z myślą o kontroli i nadzorze, często automatycznie budzą naszą irytację”. ale autorka podkreśla, iż sabotaż nie ogranicza się do prymitywnego odruchu rozbicia czegoś w drobny mak:
Tu nie chodzi o zwyczajne zamanifestowanie nienawiści do maszyn i nie jest to zjawisko nowe, którego zaczęliśmy doświadczać z chwilą wprowadzenia technologii komputerowej. Kształt, jaki przyjmuje, jest ściśle związany z konkretnym środowiskiem. Sabotaż nowej technologii biurowej odbywa się w szerszym kontekście współczesnego biura, na który składają się warunki pracy, konflikty między kierownictwem a pracownikami, drastyczne zmiany procedur i wreszcie relacje między urzędnikami.
Zapraszamy na staże, praktyki i wolontariat!
Dołącz do nas!(…) Bardzo ważne jest, abyśmy pamiętali, co luddyści sobą reprezentowali i co zdołali osiągnąć, tym bardziej iż elity klasy przedsiębiorców nieustannie rozbudowują swój arsenał technologii wyzysku, zaś systemy, którymi zawiadują, dojrzewają, rozszerzają zakres funkcjonalności i coraz efektywniej zaburzają normy regulujące naszą pracę i tożsamość. Dopóki ulegamy tym samym fundamentalnym uwarunkowaniom gospodarczym, podejściu do technologii i przedsiębiorczości oraz polityce opartej na promowaniu biznesów, które pierwszy raz obserwowaliśmy w czasach luddystów, historia będzie się powtarzać. Wciąż i wciąż na nowo. Robotnicy będą bezwzględnie spychani do narożnika, systemy kontroli staną się bardziej inwazyjne, zaborcze i w coraz większym stopniu oparte na dozorze, zaś tradycyjne metody działania – oparte na solidarności w obrębie społeczności, prawach pracowniczych i sile związków – zaczną tracić na znaczeniu.
„Przyszłość”, pisała Charlotte Brontë w swojej inspirowanej działalnością luddystów powieści Shirley, „niekiedy, łkając, zdaje się szeptać w nasze ucho ostrzeżenia przed wydarzeniami, które dla nas szykuje”.

Brian Merchant, Krew w maszynie. Luddyści i pierwszy bunt przeciwko technologicznym gigantom, Wydawnictwo Bo.wiem, 2025, tłumaczenie Grzegorz Ciecieląg
Przypisy:
* Massachusetts Institute of Technology – amerykańska niepubliczna politechnika o statusie uniwersyteckim (przyp. tłum.).
** Kompleks muzeów i ośrodków badawczych zlokalizowany w przeważającej mierze w Waszyngtonie (przyp. tłum.).

2 tygodni temu











