– Aleksander Miszalski uległ presji środowiska, które zachłysnęło się zwycięstwem i uznało, iż „teraz miasto ma być już całkowicie nasze”, ale także presji tych, którzy pomogli mu wygrać te wybory. To niestety znajdowało odzwierciedlenie w mnożeniu różnych funkcji, obsadzaniu stanowisk i w częstym przyznawaniu bez specjalnych merytorycznych powodów etatów i kontraktów – mówi Bogusław Sonik w rozmowie z Wojciechem Muchą.
Jak Pan jako krakowianin ocenia to, co się dzieje w mieście? W końcu sam prezydent Aleksander Miszalski mówił, iż jego rządy będą „ewolucją” z tego, co zostawił po sobie profesor Jacek Majchrowski. No i jak widać, to ewoluuje…
W pańskiej książce („Kampania. Jak wygrać wybory i nie dać się złapać” – red.) jest trafna analiza dwudziestu lat rządów Jacka Majchrowskiego. Z jednej strony był to okres, kiedy Polska przystępowała do Unii Europejskiej, w związku z czym miasta mogły korzystać ze środków finansowych, co pozwoliło okres ten jakoś pozytywnie wykorzystać. Natomiast dziś jaskrawo widać przestrzeń, którą pozostawiono samej sobie lub dokonano złych wyborów. Taką przestrzenią jest np. nastawienie się na turystykę przyjazdową wszelkiego rodzaju, co zresztą każdego roku było triumfalnie ogłaszane jako sukces. Kłopot w tym, iż to był sukces pyrrusowy, bo turystyfikacja Krakowa spowodowała wyczyszczenie Starego Miasta oraz Kazimierza z mieszkańców, zamianę parterów kamienic i zielonych niegdyś podwórek w knajpy, restauracje i puby, a także zniknięcie rzemiosła i małych sklepów. Zlekceważono doświadczenia miast zachodnich, nie zwracano uwagi na pierwsze symptomy, wykpiwano ostrzeżenia, w rezultacie Kraków zaczął zamieniać się w Disneyland.
To prawda. W tym roku może czekać nas kolejny „rekord” odwiedzających. Ale to przecież nie wszystko co trapi Kraków.
Do tego doszła presja deweloperów, żeby zabudować każdy skrawek terenu w dowolny sposób i jednocześnie brak myślenia o tworzeniu nowego centrum. Kiedyś był przecież nagłaśniany pomysł, żeby w Nowej Hucie stworzyć rodzaj przyjaznego, alternatywnego centrum. To wszystko była pewnego rodzaju…
Propaganda?
Może nie propaganda, ale swoisty triumfalizm, który powodował, iż miasto finalnie dryfowało i było usypiane tym, co nazywamy „siłą spokoju”, co zresztą było hasłem prezydenta Francji Françoisa Mitterranda, który właśnie tak prowadził Francję, przy okazji skutecznie obezwładniając tym opozycję. To w Krakowie także nastąpiło, bo przecież prezydent Jacek Majchrowski praktycznie nie miał opozycji, a na dodatek rozłożył na łopatki obóz polityczny z którego się wywodził rozdając im funkcje, czyli skupiając wokół siebie.
To prawda, stąd w 2024 roku można było wyczuć oczekiwanie, iż po tych wieloletnich rządach nastąpi nowe otwarcie Krakowa.
Tak, takie otwarcie, które pozwoli odzyskać dynamikę Krakowa z miasta dryfującego, poruszającego się siłą inercji. Natomiast nic się nie zmieniło, bo z jednej strony obóz polityczny, który wygrał te wybory i wyniósł Aleksandra Miszalskiego do władzy, przez lata rządów Majchrowskiego Krakowem współrządził. Brał udział w budowaniu tej polityki, zadowalając się obsadzaniem różnych funkcji i etatów (także przez takich polityków, którym nie udawało się wygrać wyborów). W rezultacie ten rodzaj bezwładności jest w tej chwili kontynuowany.
Przed wyborami prezydenckimi powiedział Pan, iż Rafał Trzaskowski „nie spełnia kryteriów” i nie jest gotowy na wyzwania, które przed nim. Wówczas zdecydował się Pan poprzeć Karola Nawrockiego. Sądzi Pan, iż w skali lokalnej Aleksander Miszalski również nie spełnia oczekiwań mieszkańców i podoła wyzwaniom, które stoją przed miastem?
Cóż, tutaj dochodzi jeszcze jedna rzecz. Kraków przyzwyczaił się do urzędu Prezydenta Miasta jako czegoś niezwykle godnego i poważnego, rodzaju konserwatywnego spojrzenia na rolę zarządcy miasta. Nieprzypadkowo ostatnie dwie prezydentury – Andrzeja Gołasia i Jacka Majchrowskiego – to prezydentury „profesorskie”. W tym kontekście Aleksander Miszalski nie sprawdził się, nie sprostał po prostu temu oczekiwaniu.
Dlaczego?
Bo postawił na wizerunek kolegi z klubu, z pubu, polityka ‘środowiskowego’, dla którego funkcja prezydenta Krakowa jest czymś miłym i… przygodnym. W takim założeniu wystarcza ten rodzaj PR-u, który sprawia, iż można funkcjonować tak, jak dotychczas. To pierwsza sprawa. Druga jest taka, iż jeżeli się obejmuje urząd po kimś, kto rządził przez dwadzieścia parę lat, to powinno się zacząć od zdefiniowania i nazwania wszystkich problemów, po to by się z nimi zmierzyć. A to nie nastąpiło. I nie chodzi o polowanie na czarownice, czy cyrki prokuratorskie, ale o konieczne korekty albo nowe polityki. Przykładem dryfu niech będzie los Wesołej, czyli terenów sąsiadujących z ulicą Kopernika. Wspaniałe zabytkowe kliniki, kościoły i mnóstwo zieleni. 9 hektarów w samym centrum należy do miasta. I co? Nic. Przegadano tysiące godzin i wyszło na to, iż ten skarb trzeba przekazać w użytkowanie tym, co gadali. Ale kto ma płacić, skoro zabytkowe pałacyki i piękne poszpitalne budynki trzeba konserwować, bo już się zaczynają sypać? Przecież to jakaś niesłychana figura gimnastyczna oczekiwać by zadłużony po uszy Kraków finansował tej wielkości park artystyczno-rozrywkowy. Maluje się na konferencjach prasowych świetlane perspektywy a rzeczywistość skrzeczy i kwiczy.
To prawda. Tych problemów było sporo, by wspomnieć choćby zadłużenie i budżet. Jak Pan myśli, dlaczego tak się stało?
Aleksander Miszalski uległ presji środowiska, które zachłysnęło się zwycięstwem i uznało, iż „teraz miasto ma być już całkowicie nasze”, ale także presji tych, którzy pomogli mu wygrać te wybory. To niestety znajdowało odzwierciedlenie w mnożeniu różnych funkcji, obsadzaniu stanowisk i w częstym przyznawaniu bez specjalnych merytorycznych powodów etatów i kontraktów.
I to się – mówiąc delikatnie – wymknęło spod kontroli.
Wymknęło, bo przecież gdy się chce rządzić miastem, które jest zadłużone, to trzeba zrobić audyt i zobaczyć, gdzie są oszczędności, gdzie można zredukować wydatki. Podam zresztą przykład: ostatnio słuchałem mera Nicei, który przejął po wielu latach rządy od lewicowego burmistrza. W ciągu kilku miesięcy dokonał radykalnych cięć w wydatkach eliminując narosłe latami bzdury, również na tak zwaną promocję, co objawiało się m.in. tym, iż wydawano 600 tysięcy euro na miejską gazetkę.
W Krakowie od początku roku wydano prawie 2,4 mln, a więc niemal tyle samo…
Właśnie to dryfowanie i brak bilansu spowodowały, iż mieszkańcy Krakowa uznali, iż coś tu poważnie się mija z ich oczekiwaniami. I przystąpili do zbierania podpisów referendalnych. A ponieważ spotkali się z arogancją a choćby groźbami wobec tych, którzy rozpoczynali akcję referendalną i tych, którzy chcieliby ją poprzeć, narastała złość i frustracja. W miarę lawinowego przybywania podpisów postawy ewoluowały. Fani obecnej sytuacji w dalszym ciągu prowadzą w social mediach wściekłe ataki na zwolenników referendum, natomiast sam prezydent Miszalski każdego niemal dnia ogłaszał zmiany dotychczasowej linii. I to w wielu sprawach. Ale też udał się do szkalowanego Macieja Szczygła, żeby zatuszować atak przeprowadzony na krakowskiego przedsiębiorcę przez warszawskiego radnego…
Ostatecznie jednak na takich pojedynczych gestach się skończyło.
Tak, nie podjął rękawicy. Nie usłyszeliśmy od prezydenta Miszalskiego czegoś w stylu: „Zrobiłem wszystko, co mogłem. Mam coś na swoją obronę i chcę wygrać referendum, głosujcie przeciwko mojemu odwołaniu”. W zamian za to wezwał do bojkotu. Bojkot jest taktyką większości samorządowców zagrożonych odwołaniem. Tylko Prezydent Sopotu Jacek Karnowski podjął rękawicę i zmierzył się z wyborcami.
I Karnowski wygrał. Referendum w 2009 roku było wiążące i z pozytywnym skutkiem dla prezydenta Sopotu – 60% głosujących zdecydowało, iż chcą by pozostał.
W Krakowie oczekiwałem czegoś podobnego, a tymczasem wybrano chowanie głowy w piasek połączone z zasypywania mieszkańców opisami jakichś sukcesów, które odnosi miasto w różnych dziedzinach. Czasami zresztą na wyrost, tak jak z tym placem zabaw, którego otwarciem oficjalnie się chwalono, podczas gdy wciąż był zamknięty.
Nawiązując do tego, co powiedział Pan o wzywaniu przez Aleksandra Miszalskiego do „niepójścia” na wybory: Marek Jurek twierdzi, iż takie „wzywanie do bojkotu” to jest nie tylko strukturalna „kradzież głosów”, ale też łamanie jawności głosowania, bo władza jednocześnie piętnuje tych, którzy przekroczą próg wyborczy.
To jest w ogóle odwrócenie kota do góry ogonem, bo gdy są wybory, to się robi tak zwane kampanie profrekwencyjne, które są de facto ukrytym sposobem promowania własnych kandydatów. Tymczasem przy referendum robi się dokładnie odwrotnie – obrzydza udział w nim. Zgadzam się z Markiem Jurkiem, iż w takiej atmosferze strach iść do lokalu wyborczego. Dlatego w Szwajcarii referenda są bezprogowe. To znaczy, iż ich rezultat jest wiążący, niezależnie od frekwencji. Oni wychodzą z założenia, iż nieobecni nie mają racji. Stara łacińska zasada absens carens wymusza aktywność obywatelską: jeżeli czegoś chcesz, to głosuj! Tak lub nie, ale zajmij stanowisko.
W jednym z wywiadów powiedział Pan, iż nie żałuje odejścia z Platformy Obywatelskiej. Ona rzeczywiście się różni od tej, którą Pan zakładał. Wówczas w Krakowie mieliśmy osobowości takie jak Pan, jak Jan Rokita, jak Ireneusz Raś, ale choćby szersze środowisko – ludzie Unii Demokratycznej czy Unii Wolności – to była w dużej mierze de facto centroprawica. kilka z tego zostało i trudno nie odnieść wrażenia, iż Aleksandrowi Miszalskiemu bliżej do awanturników w typie Sławomira Nitrasa, niż do Pana i Pana kolegów.
Pan mówi o okresie romantycznej polityki. Był taki, pomijając oczywiście tych, którzy już wtedy wykorzystywali politykę do uwłaszczania się. Tak, był taki nurt, który wierzył w to, iż polityka jest sprawowaniem władzy, która ma służyć obywatelom. W przypadku Platformy to było określenie samej siebie jako centroprawicy, która nie chciała ulegać szaleństwom światopoglądowym i bronić tradycyjnych wartości. Natomiast potem, jak Pan wie, również pod wpływem Donalda Tuska, zmienił się sposób uprawiania polityki.
Co Pan ma na myśli?
Wszystko ewoluowało w kierunku socjotechniki, sprawowania władzy na podstawie sondaży wyborczych, pobudzania emocji, wskazywania wroga i organizowania hufców do nieustannej walki z dowolnie zdefiniowanym przeciwnikiem. To poskutkowało tym, iż polityka stała się tylko sposobem na zdobywanie władzy.
I utrzymywania jej. Jest taka teoria, iż Platforma – Koalicja Obywatelska – stała się dziś wyłącznie typową „partią władzy”, iż Tuskowi i jego ludziom nie chodzi o nic innego, tylko o to, żeby władzę sprawować.
Zgoda. I na poziomie samorządowym to widać szczególnie. Trudno mówić o jakiegoś rodzaju programie, pomysłach czy choćby kontaktach z wyborcami. To jest trwanie od wyborów do wyborów i bazowanie raczej na popularności ogólnopolskiej, niż na zdobywaniu własnego elektoratu lokalnego.
Co w takim razie z demokracją? Tracimy ją? Jest fasadowa? A może ma się dobrze mimo wszystko?
Demokracja oczywiście jest, tylko ona jest w tej chwili opanowana przez algorytmy, systemy propagandowe i manipulację doprowadzoną do pewnej perfekcji, także przez Donalda Tuska i jego medialną drużynę. Natomiast wracając do kwestii referendum i odniesienia się to przecież zasadnością rządów w takim mieście jak Kraków jest sprawowanie władzy w oparciu o mieszkańców – to obywatele powinni mieć decydujący głos w sprawach samorządowych.
W jaki sposób to uzyskać?
To zależy już od tych, którzy wygrywają wybory i to między innymi system referendalny zmusza rządzących do ćwiczenia umysłu, jak to zrobić. Widzimy przecież, iż choć atakują inicjatywę referendalną, to pod wpływem krytyki i otrzymywanych w kampanii referendalnej razów, przypominają sobie, iż trzeba z wyborcami rozmawiać ludzkim głosem.
Ludzie związani z Komitetem Referendalnym, prosili, bym spytał, czy Pan widzi (oczywiście przy wszystkich różnicach) w ich inicjatywie jakieś echa Pana działalności opozycyjnej z okresu PRL – społecznego sprzeciwu i niezgody na bycie ignorowanym.
Ten rodzaj „bitew o demokrację” nawiązuje do tamtych czasów w taki sposób, iż myśmy też domagali się swoich praw i tego, by nas wysłuchano. Obserwuję co dzieje się wokół referendum i odnoszę wrażenie, iż to (niestety) skuteczny sposób, żeby zdyscyplinować władzę lokalną. To także sposób, by wyrazić zarówno swoją wolę, jak i swój bunt.
Poza wszystkim trzeba pamiętać, iż – niezależnie od wyniku referendum – władza już nie będzie taka sama. To jednak był elektroszok. Rodzaj elektrowstrząsowej terapii, która najpewniej przyniesie zmiany – teraz władza będzie musiała skończyć z arogancją dzielenia fruktów i myśleniem, iż „nikt nam nie zagrozi przez najbliższe pięć lat, więc będziemy robić, co chcemy”.
No chyba, iż frekwencja będzie poniżej 10%, ale na to się raczej nie zanosi.
Ostatnie pytanie – przed kilkoma dniami byliśmy wspólnie na ulicy Szewskiej w 49. rocznicę śmierci Stanisława Pyjasa. W przejmujących słowach opowiadał Pan o tamtym czasie i tym, co stało się później – o powołaniu Studenckiego Komitetu Solidarności. Ale na uroczystości nie było ani władz Krakowa, ani władz Uniwersytetu Jagiellońskiego, o reprezentacji władz centralnych choćby nie mówię. Co Pan o tym sądzi?
Od razu mam korektę – dziekan Wydziału Historii UJ złożył wieniec w drugim miejscu, przed pomnikiem Stanisława Pyjasa na skwerze obok Domu Studenckiego Żaczek.
Natomiast tak, to na pewno jest przykre, choć my nigdy nie nastawialiśmy się na to, żeby być hołdowanymi przez władze. Natomiast brak gestu pamięci jest nie tylko przykry ale przede wszystkim niemądry. W maju 1977 roku w Krakowie, zmieniliśmy świat opozycji, która do tego momentu była wąską głównie warszawską grupą znajomych. Po Czarnym Marszu i powołaniu Studenckiego Komitetu Solidarności w działalność opozycyjną zaangażowały się już setki a za chwilę tysiące ludzi. Głównie młodych, myślących studentów. Czy władze Krakowa wiedzą, iż to tutaj wymyśliliśmy słowo ‘Solidarność’, jako hasło wspólnego oporu? Nie wiem czy wiedzą, bo gdyby wiedzieli, powinni -jako krakowianie – być dumni. Przecież związek zawodowy „Solidarność” – z naszym słowem w nazwie – powstał trzy lata później.
To rzeczywiście bardzo smutne. By nie kończyć takim akcentem zapytam prowokacyjnie: Jan Rokita, Pana dawny partyjny kolega uciekł na wieś i stamtąd komentuje rzeczywistość. Pan zostaje, jak rozumiem, z nami w Krakowie?
Ostatecznie urodziłem się i wychowałam przy Floriańskiej, a to rodzi konkretne obowiązki. Jak mówią Francuzi jestem „w rezerwie Republiki”.
Rozmowa pierwotnie ukazała się w “Co dalej z Krakowem”.
Fot. Envato Elements

11 godzin temu












