Berlin w coraz mocniejszych objęciach Pekinu. Amerykanie ostrzegają, Olaf Scholz nie słucha

news.5v.pl 1 miesiąc temu

65-letni kanclerz Niemiec Olaf Scholz debiutował na TikToku.

Niespodziewane pojawienie się Scholza w kontrowersyjnej aplikacji to nie przypadek. Przesłanie kanclerza zaledwie kilka dni przed wizytą w Chinach (skąd wywodzi się TikTok) jest jasne: nadchodzi przyjaciel. W końcu kanclerz potrzebuje Pekinu.

Kolejne wybory w Niemczech odbędą się za nieco ponad rok. Szefowi rządu dawnej europejskiej potęgi gospodarczej kończy się czas. Musi dokonać cudu i poprawić fatalną opinię, jaką ma w niemieckim społeczeństwie. Trzydniowa wizyta Scholza w Państwie Środka, która rozpoczyna się w sobotę, będzie zarówno jego najdłuższą, jak i najważniejszą podróżą zagraniczną od czasu objęcia urzędu pod koniec 2021 r.

Dla kanclerza, nękanego rekordowo niskimi wskaźnikami poparcia i konfliktem w koalicji, wizyta jest czymś więcej niż okazją do przypieczętowania swojej pozycji w globalnej polityce. Przede wszystkim Olaf Scholz będzie chciał pokazać wyborcom, iż zrobi wszystko, co w jego mocy, aby Niemcy rosły w siłę.

Liczą się interesy

A przecież Chiny wydają się miejscem, którego Scholz powinien unikać.

Stany Zjednoczone — wielki sojusznik Niemiec — wywierają presję, by Berlin unikał ryzyka, z jakim wiążą się stosunki z Pekinem. Nie wspominając o ostatnich wyczynach Chin w zakresie praw człowieka.

Pod rządami przywódcy Xi Jinpinga Chiny dokonały autorytarnego zwrotu, tłumiąc ruch demokratyczny w Hongkongu i zamykając ponad milion Ujgurów w „obozach reedukacyjnych” (które niepokojąco przypominają obozy koncentracyjne).

Można by oczekiwać, iż historia nauczyła Niemców wrażliwości na sytuację mniejszości etnicznej, zmuszonej do życia za drutem kolczastym i pilnowanej przez uzbrojonych strażników na wieżyczkach. Nic bardziej mylnego.

Nawet jeżeli niemieccy przywódcy przypominają światu o swoim przywiązaniu do najwyższych standardów moralnych, Berlin wielokrotnie udowodnił, iż nie jest skłonny poświęcić swojego dobrobytu na rzecz praw człowieka, amerykańskich obaw o bezpieczeństwo, a choćby strachu Unii Europejskiej w zakresie handlu i przemysłu.

Scholz nie wyciąga wniosków

Spójrzmy chociażby na stosunki z Rosją. Dopiero gdy rosyjskie czołgi wjechały na początku 2022 r. do Kijowa, Niemcy, które przez lata ignorowały ostrzeżenia sojuszników dotyczące zależności od Moskwy, zmieniły kurs i zaczęły odzwyczajać się od rosyjskiej energii.

Nie oznacza to jednak, iż Scholz wyciągnął wnioski. Wygląda na to, iż jego obawy dotyczące zależności od innych państw wyparowały w obliczu burzowych chmur nad niemiecką gospodarką.

Qilai Shen, Bloomberg / Getty Images

Fabryka Siemensa w Szanghaju

Gambit Scholza w Chinach może nie wypalić.

Autostrada do piekła

Z punktu widzenia niemieckich eksporterów droga do Chin przez dziesięciolecia była wybrukowana złotem. Pozwalała zwiększać zyski i utrzymywać pozycję Niemiec jako jednej z największych gospodarek świata.

Ostatnio jednak droga ta wygląda raczej jak autostrada do piekła. A wszystko za sprawą protekcjonizmu Pekinu i surowej polityki przemysłowej.

Dwie trzecie niemieckich firm, które wzięły udział w ankiecie Niemieckiej Izby Handlowej, skarżyło się na „nieuczciwą konkurencję” w Chinach.

Tymczasem Unia Europejska jest coraz bardziej sfrustrowana hojnymi dotacjami, jakie Pekin zapewnia ważnym branżom — od producentów turbin wiatrowych po firmy motoryzacyjne. Masowy import tanich chińskich pojazdów elektrycznych do Europy wywiera presję na lokalnych producentów. I to do tego stopnia, iż Bruksela rozważa nałożenie ceł już latem.

Przemysł pod presją

Niemiecki przemysł motoryzacyjny również znalazł się pod presją taniego importu. Jednak firmy, takie jak Mercedes i BMW, niechętnie popierają karanie Chin w obawie przed zniszczeniem ich biznesów, jeżeli Pekin podejmie działania odwetowe. A taki scenariusz jest prawdopodobny.

Innymi słowy: nie ma odwrotu. Kiedy niemiecki przemysł po raz pierwszy przeniósł się do Chin w latach 80., politycy i dyrektorzy wierzyli, iż inwestują w przyszłość. Że wraz z dobrobytem Chiny zliberalizują się i staną się bardziej zachodnie, a choćby demokratyczne.

Forrest Anderson / Getty Images

Premier Chin Zhao Ziyang i kanclerz Helmut Kohl w Pekinie, 14 lipca 1987 r.

To była sympatyczna teoria. Praktyka, o czym mogą poświadczyć Ujgurzy, wygląda zupełnie inaczej.

Niemcy potrzebują Chin

Chiny przez dziesięciolecia uczyły się od Zachodu i rozwijały swoją technologię do tego stopnia, iż nie polegają już krajach, takich jak Niemcy. Niestety, nie działa to w dwie strony — Berlin wciąż potrzebuje Pekinu.

Dla niemieckich firm, takich jak Siemens i Volkswagen, które zaczęły inwestować na chińskim rynku 40 lat temu, kraj ten jest filarem globalnej działalności. Same Chiny odpowiadają za ok. 50 proc. globalnej sprzedaży samochodów VW.

Pomimo burzliwej historii VW — firma została założona pod rządami nazistów i podczas II wojny światowej polegała na niewolniczej pracy — przez cały czas ma fabrykę w Sinciangu, gdzie przetrzymywani są Ujgurzy. Chociaż z tego powodu firma znalazła się w ogniu krytyki w Niemczech, wycofanie się groziłoby rozgniewaniem chińskich przywódców.

Najbardziej uzależnione od Chin są wielkie niemieckie koncerny motoryzacyjne i producenci chemikaliów, tacy jak BASF. Wielu poddostawców także postawiło na Państwo Środka.

— Handel z Chinami przynosi nam dobrobyt i w krótkim okresie jest praktycznie nie do zastąpienia — mówi Moritz Schularick, prezes Kilońskiego Instytutu Gospodarki Światowej.

„Sparaliżowana gospodarka”

Po słabym 2023 r. ekonomiści i Międzynarodowy Fundusz Walutowy spodziewają się dalszej stagnacji niemieckiej gospodarki. Eksport spadł w tym roku o ponad 2 proc., a na horyzoncie nie widać żadnych oznak poprawy. Chociaż bezrobocie wciąż jest niskie, może się to gwałtownie zmienić, jeżeli gospodarka nie przyspieszy.

Niemcy stoją w obliczu wielu wyzwań związanych ze wzrostem gospodarczym — od chronicznego niedoboru wykwalifikowanych pracowników po nadmierne regulacje. Niektórzy ekonomiści uważają, iż najbardziej paraliżujące są negatywne nastroje wśród przedsiębiorstw i konsumentów.

— To tak, jakby niemiecka gospodarka była sparaliżowana — mówi Timo Wollmerhaeuser, ekonomista z monachijskiego Instytutu Ifo, jednego z najważniejszych niemieckich think tanków ekonomicznych.

W tym kontekście podróż Scholza wygląda na akt desperacji. choćby gdyby Chiny otworzyły swoje drzwi dla większej konkurencji zagranicznej i zaprzestały praktyk dumpingu cenowego w Europie, chińska gospodarka nie jest potęgą wzrostu z przeszłości. Kryzys na rynku nieruchomości i nadwyżka mocy produkcyjnych w kluczowych sektorach sprawiły, iż Państwo Środka również znalazło się nad przepaścią.

Zerwanie z Chinami?

Bardziej niepokojące jest to, iż Chiny nie potrzebują już maszyn i innych wysoce zaawansowanych technicznie dóbr kapitałowych, które w ostatnich dziesięcioleciach napędzały wzrost niemieckiego eksportu. Powodem jest nie tylko słabszy popyt. Chińskie firmy w dużej mierze dogoniły swoich niemieckich konkurentów, czyniąc swój kraj mniej zależnym od importu.

Tendencje skłaniają niektórych polityków — zwłaszcza krytycznych wobec Pekinu Zielonych — do argumentowania, iż Niemcy powinny dążyć do uniezależnienia się od chińskiej gospodarki. Zgodnie z niedawnym badaniem przeprowadzonym przez Instytut w Kilonii zerwanie z Chinami zmniejszyłoby niemiecką gospodarkę o ok. 5 proc. To porównywalne z pogorszeniem koniunktury w Niemczech po kryzysie finansowym z 2008 r. lub pandemii COVID-19. Innymi słowy, byłoby to bolesne, ale nie zabójcze.

Dalszy ciąg materiału pod wideo

— Nasz kraj ma wystarczającą odporność, aby poradzić sobie choćby z tak skrajnym scenariuszem — mówi Schularick.

Łatwo powiedzieć. Scholz nie może sobie pozwolić na dalszą erozję powiązań biznesowych Niemiec z Chinami w czasie, gdy gospodarka jego kraju już boryka się z trudnościami.

Nie ma alternatywy

Problem Scholza polega na tym, iż nie ma do kogo się zwrócić.

Niemiecki przemysł jest już mocno powiązany ze Stanami Zjednoczonymi, które pozostają zdecydowanie największym rynkiem eksportowym dla tego kraju. W samym 2023 r. niemiecki eksport do USA wyniósł 158 mld euro (ok. 630 mld zł), a do Chin — 97 mld euro (ok. 390 mld zł). Na papierze Pekin — po zsumowaniu eksportu i importu największy partner handlowy Niemiec — wydaje się rynkiem o większym potencjale wzrostu.

Biorąc pod uwagę tragiczną sytuację gospodarczą Niemiec, Scholz musi pokazać, iż coś robi. A wobec sukcesu, jaki na przestrzeni lat niemieckie firmy odniosły w Chinach, nie ma lepszego miejsca, w którym mógłby udowodnić wyborcom, iż myśli poważnie.

Napięcia między Waszyngtonem a Pekinem wokół Tajwanu i globalnego bezpieczeństwa stawiają Niemcy w trudnej sytuacji. Łącznie Stany Zjednoczone i Chiny odpowiadają za prawie 20 proc. niemieckiego handlu, co oznacza, iż kraj ten nie może sobie pozwolić na utratę żadnego z partnerów.

W poszukiwaniu równowagi

Zależność Niemiec od Stanów Zjednoczonych w kwestii bezpieczeństwa oznacza, iż mogą one nie mieć innego wyjścia, jak tylko ulec amerykańskim naciskom, by odwrócić się od Chin. Jednak do tej pory Scholzowi, podobnie jak niegdyś Angeli Merkel, udawało się znaleźć równowagę między dwoma potęgami gospodarczymi.

Sukces wynika częściowo z niesłowności Berlina. Niemcy nie były przekonane do amerykańskich nacisków, by zakazać chińskiej firmie Huawei dostarczania sprzętu do nowoczesnych sieci telefonii komórkowej. Obiecały jednak, iż dokładnie przyjrzą się sprawie. Pięć lat później wciąż się przyglądają, a Huawei jest aktywny jak dawniej.

Niemiecki przemysł nie zmniejszył swojego zaangażowania w Chinach. Wręcz przeciwnie: można powiedzieć, iż idzie na całość. W 2023 r. niemieckie inwestycje bezpośrednie osiągnęły w tym kraju rekordową sumę blisko 12 mld euro (ok. 15 mld zł). Według szacunków IW Köln, renomowanego instytutu ekonomicznego, między 2021 a 2023 r. Niemcy zainwestowały w Chinach więcej niż w ciągu poprzednich pięciu lat.

Scholz ignoruje wątpliwości USA

Nikt nie rozumie zależności Niemiec od Chin lepiej niż Xi Jinping. Po tym, jak w 2022 r. został adekwatnie mianowany dożywotnim przywódcą narodu, Scholz był pierwszym zagranicznym politykiem, który go odwiedził.

Otoczenie kanclerza próbowało przedstawić podróż jako misję pokojową. Niemcy twierdzili, iż kanclerz przekonał Xi Jinpinga do powstrzymania Władimira Putina przed użyciem broni nuklearnej w Ukrainie.

Dalszy ciąg materiału pod wideo

Jednak choćby wtedy głównym celem Scholza były interesy. Ignorując wątpliwości Waszyngtonu, zabrał ze sobą do Pekinu delegację złożoną z kilkunastu reprezentantów niemieckiego biznesu.

Napięty plan wizyty

Tym razem wizyta Scholza jest jeszcze bardziej ambitna. Planuje on odwiedzić trzy miasta — Szanghaj, Pekin i Chongqing, 30-milionową metropolię, w której działają setki niemieckich firm. Najważniejszym punktem podróży Scholza będzie wtorkowa audiencja u Xi Jinpinga.

Niemiecka gospodarka może słabnąć, ale Chiny wciąż wysoko cenią sobie dobre relacje z Berlinem. Zarówno ze względu na pozycję Niemiec w Unii Europejskiej, jak i bliskie więzi ze Stanami Zjednoczonymi.

Powrót Donalda Trumpa do Białego Domu w przyszłym roku byłby dla przywódcy Chin doskonałą okazję do przyciągnięcia Berlina obietnicą bliższych więzi gospodarczych.

Pytanie, czy Scholz zechce tańczyć, jak mu Xi Jinping zagra.

Idź do oryginalnego materiału