Thomas Wright, były dyrektor w amerykańskiej Radzie Bezpieczeństwa Narodowego, ocenia, iż doniesienia o możliwym użyciu przez Rosję taktycznej broni jądrowej służą zastraszeniu Zachodu. Poważniejsze ryzyko widzi w ograniczonej rosyjskiej prowokacji przeciw państwu NATO, zwłaszcza nad Bałtykiem. Dla Polski oznacza to konieczność wzmacniania wschodniej flanki i własnej gotowości, zamiast ulegania atomowemu szantażowi.
Atomowa groźba ma paraliżować Zachód
Rosja od lat wykorzystuje arsenał jądrowy jako narzędzie nacisku politycznego. Thomas Wright, były dyrektor w amerykańskiej Radzie Bezpieczeństwa Narodowego, ocenia, iż obecne doniesienia o możliwym użyciu taktycznej broni jądrowej mają przede wszystkim wywołać strach i osłabić wolę państw wspierających Ukrainę. Taka ocena nie daje prawa do lekceważenia rosyjskiego arsenału. Oznacza jednak, iż odpowiedzią nie może być polityczny bezwład.
Kreml liczy, iż samo wypowiedzenie słowa „atom” zamknie debatę o obronie Europy. To mechanizm szantażu: Rosja podnosi temperaturę, a część zachodnich elit zaczyna szukać ustępstw jeszcze przed pojawieniem się konkretnego zagrożenia. Dla Polski byłaby to droga szczególnie niebezpieczna. Państwo położone na wschodniej flance nie może budować bezpieczeństwa na nadziei, iż agresor zadowoli się kolejnym gestem dobrej woli.
Ograniczona prowokacja zamiast wielkiej wojny
Wright wskazuje na inny scenariusz. Moskwa może próbować sprawdzić NATO działaniem ograniczonym, trudnym do natychmiastowej i jednoznacznej kwalifikacji. Amerykańskie oceny wywiadowcze opisane przez CBS News mówią o możliwych operacjach hybrydowych, cyberatakach i innych działaniach poniżej progu pełnoskalowej kampanii. Jednocześnie władze państw bałtyckich podkreślają, iż nie widzą koncentracji rosyjskich wojsk ani przygotowań do bezpośredniej inwazji.
To rozróżnienie jest zasadnicze. Brak kolumn pancernych przy granicy nie usuwa ryzyka sabotażu, wtargnięcia drona, naruszenia przestrzeni powietrznej czy krótkiej operacji obliczonej na polityczne zamieszanie. Właśnie dlatego państwa regionu rozbudowują Bałtycką Linię Obrony, a Polska Tarczę Wschód. Odporność zaczyna się przed pierwszym strzałem: od rozpoznania, obrony powietrznej, zabezpieczenia infrastruktury i jasnych procedur odpowiedzi.
Artykuł 5 musi odstraszać, a nie uspokajać na papierze
Artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego uznaje zbrojny atak na jednego sojusznika za atak na wszystkich. Każde państwo ma jednak podjąć takie działania, jakie uzna za konieczne. Moskwa może więc kalkulować, iż niewielka, niejednoznaczna prowokacja wywoła spór o skalę odpowiedzi i odsłoni polityczne pęknięcia Sojuszu.
Taki test byłby wymierzony w wiarygodność całego NATO. Kraje bałtyckie znalazłyby się na pierwszej linii, ale wynik dotyczyłby również Polski. o ile agresor uzna, iż Sojusz długo dyskutuje nad odpowiedzią, rośnie ryzyko kolejnych prób. Dlatego znaczenie ma ostrzeżenie związane z wizytą szefa CIA Johna Ratcliffe'a w Moskwie, ale sama dyplomacja nie zastąpi zdolności wojskowych.
Polska potrzebuje własnej siły
Polski interes narodowy wymaga spokojnej twardości. Nie wolno ani ulegać rosyjskiej retoryce jądrowej, ani udawać, iż członkostwo w NATO zwalnia nas z odpowiedzialności za obronę własnego terytorium. Potrzebujemy zapasów amunicji, obrony powietrznej, sprawnej mobilizacji i odpornej infrastruktury. Sojusz jest silny wtedy, gdy jego państwa są zdolne działać od pierwszych godzin kryzysu.
Atomowy blef może służyć odwróceniu uwagi od bardziej prawdopodobnego zagrożenia. Rosja nie musi rozpoczynać wielkiej wojny, by sprawdzić polityczną wolę Zachodu. Polska powinna dopilnować, aby odpowiedź na taki test była szybka i kosztowna dla agresora. Twarde odstraszanie chroni pokój skuteczniej niż kolejne zapewnienia, iż nie ma powodów do niepokoju.
Źródła: WP Wiadomości, The Atlantic, CBS News, NATO
Źródło: WP Wiadomości












