W sobotę późnym wieczorem furgonetka wjechała w tłum uczestników berlińskiej Parady Równości. Zginęła jedna kobieta, według niemieckich mediów 65-letnia Polka; blisko trzydzieści osób odniosło obrażenia, część ciężkie. Kierowcą okazał się 21-letni islamista, którego niemieckie służby dobrze znały: dwa miesiące przed atakiem usłyszał wyrok w zawieszeniu.
Sobotni wieczór w środku Berlina
W sobotę 25 lipca, około godziny 22, ciemna furgonetka marki Citroën wjechała w tłum pieszych na jednej z alejek berlińskiego parku Tiergarten, tuż obok Bramy Brandenburskiej. Trwała tam kulminacja Christopher Street Day, dorocznej Parady Równości, która w tym roku przyciągnęła do centrum niemieckiej stolicy setki tysięcy uczestników. Kilkanaście minut po tragedii organizatorzy odwołali zgromadzenie, a policja odgrodziła rejon Potsdamer Platz, by umożliwić pracę ratownikom.
Jedna ofiara śmiertelna, blisko trzydzieścioro rannych
Na miejscu, mimo reanimacji prowadzonej przez pierwszych ratowników, zmarła jedna kobieta. Według niemieckich mediów była to 65-letnia Polka, matka; jej tożsamości oficjalnie nie ujawniono. Rany odniosło blisko trzydzieści osób, część w stanie ciężkim lub krytycznym, a kolejnych kilkadziesiąt objęto wsparciem psychologicznym. Skala udzielanej pomocy pokazała, jak kilka dzieliło ten wieczór od jeszcze większej liczby ofiar.
Pościg i śmierć napastnika
Kierowca porzucił pojazd i uciekł pieszo, co uruchomiło zakrojoną na szeroką skalę obławę. Ujęto go dopiero następnego dnia. W niedzielę po południu funkcjonariusze odnaleźli mężczyznę w ogrodzie w zachodnioberlińskiej dzielnicy Spandau, około dwudziestu godzin po ataku. Jak przekazała policja, rzucił się on w stronę interweniujących z narzędziem zdolnym zadać cios; padły strzały, w wyniku których napastnik zginął.
Znany służbom, a jednak wolny
Zatrzymanym okazał się 21-letni Abdul Ballout, obywatel Niemiec o libańskich korzeniach. Dla państwa nie był anonimowy. Już w 2024 roku publikował w sieci materiały Państwa Islamskiego, rok później próbował przedostać się na Bliski Wschód, by dołączyć do tej organizacji. Zatrzymano go w Libanie, a następnie odesłano do Niemiec, gdzie spędził około pół roku w areszcie. W maju 2026 roku sąd dla nieletnich skazał go za czyny związane z dżihadystyczną radykalizacją na rok i dziesięć miesięcy więzienia w zawieszeniu. Prokuratura, uznając wyrok za zbyt łagodny, złożyła apelację. Dwa miesiące później ten sam człowiek siedział za kierownicą furgonetki w Tiergarten.
Powracający schemat
Niemcy znają ten scenariusz. W 2016 roku zamachowiec rozpędzoną ciężarówką wjechał w jarmark bożonarodzeniowy na berlińskim Breitscheidplatz, zabijając kilkanaście osób; również wtedy sprawcą był radykał znany służbom, którego nie zdołano w porę zatrzymać. Powtarzalność takich ataków, wymierzonych w bezbronne tłumy na ulicach i placach europejskich miast, od lat każe pytać o skuteczność nadzoru nad osobami uznanymi za zagrożenie.
Reakcje niemieckich władz
Minister spraw wewnętrznych Alexander Dobrindt bez wahania nazwał zdarzenie „islamistycznym atakiem terrorystycznym". Burmistrz Berlina Kai Wegner mówił o „uderzeniu w otwarte społeczeństwo miasta", a kanclerz Friedrich Merz określił czyn jako „odrażający". Śledztwo prowadzone jest jako sprawa o charakterze terrorystycznym, a służby sprawdzają, czy napastnik działał w pojedynkę.
Państwo, które wiedziało
Berlińska tragedia to nie tylko kolejny zamach w europejskiej stolicy. To pytanie o państwo, które o zagrożeniu wiedziało: miało radykała w kartotece, w areszcie i przed sądem, a mimo to pozostawiło go na wolności. Dla mieszkańców Europy, w tym dla Polaków, których rodaczka znalazła się wśród ofiar, jest to gorzka lekcja o cenie instytucjonalnej pobłażliwości wobec dobrze rozpoznanego niebezpieczeństwa.
Źródło: WP Wiadomości









![[ES and PL below]…](https://i1.wp.com/migranciwpolsce.pl/wp-content/uploads/2026/07/751666754_1031814485997863_2229939522586620150_n.png?ssl=1)

