Rozmowa z byłym wiceprezesem Nowego Banku Rozwoju, prof. Paulo Nogueira Batistą Jr
Zapewne jest Pan jednym z niewielu ekonomistów, którzy na podstawie własnych doświadczeń mogą porównać Międzynarodowy Fundusz Walutowy z zupełnie nową instytucją, czyli Nowym Bankiem Rozwoju działającym przy BRICS. Mamy tu zatem zachodnią instytucję finansową i instytucję finansową BRICS. Jakie widzi Pan między nimi różnice?
– Rzeczywiście spędziłem osiem lat w MFW w Waszyngtonie, a bezpośrednio po tym przeprowadziłem się do Szanghaju, gdzie zostałem jednym z członków-założycieli Nowego Banku Rozwoju. Dlaczego stworzyliśmy Nowy Bank Rozwoju? W szczególności dlatego, iż MFW nie reagował na konieczność zmian. Były w MFW pewne zmiany w 2008, 2009 i 2010 roku, ale od 2010 roku struktura MFW – i to samo dotyczy Banku Światowego – uległa jakby skostnieniu. Nie przeprowadzano żadnych reform i żadne reformy nie wydawały się realne, prawdopodobne w możliwej do przewidzenia przyszłości. W pewnym momencie – myślę, iż było to jakoś w 2011 czy w 2012 roku – grupa BRICS zdała sobie sprawę, iż powinna zająć się tą kwestią. Nie chodziło o opuszczenie MFW i Banku Światowego, których członkami wszystkie jej kraje przez cały czas pozostawały, ale o stworzenie pewnej alternatywy. Udało się to zrobić. Przeprowadziłem się do Szanghaju w 2015 roku i zostałem tam do 2017 roku. Podjęliśmy próbę stworzenia czegoś nowego. Nowy Bank Rozwoju, nazywany bankiem BRICS, tak naprawdę dopiero zaczyna działać. choćby dziś, po 10 czy 11 latach od jego powstania, przez cały czas tylko próbuje stać się silną instytucją. Budowa instytucji wielostronnej nie jest prostym zadaniem. Grupa BRICS nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiła. Uczymy się na własnych błędach. Jestem rozczarowany tempem naszych postępów. Podam jeden przykład. Mieliśmy stworzyć bank globalny, a tymczasem mamy tylko 10 członków i o zasięgu globalnym nie sposób tu mówić. Mamy pięciu członków-założycieli BRICS i jeszcze pięć innych krajów, które dołączyły nieco później. Tymczasem musimy mieć znacznie więcej członków. Nie wiem co na to powiedziałaby Polska. Może Polska zechciałaby do nas dołączyć. Bank jest otwarty na wszystkie rynki wschodzące i kraje rozwijające się, bez żadnych wyjątków. Jest też otwarty na kraje zachodnie, które zechciałyby być kredytodawcami, na kraje o wysokich dochodach, które gotowe są do udzielania pożyczek. Na razie takowych nie mamy, za wyjątkiem Zjednoczonych Emiratów Arabskich, które są krajem o wysokich dochodach, ale to nieco inny przypadek. Wszyscy pozostali członkowie to państwa o średnich lub niskich dochodach. Uważam, iż Polska byłaby niezłym kandydatem, choć nigdy nie słyszałem, by bank się do niej zwracał.
Nawiasem mówiąc, to bardzo ciekawe, bo mamy pewne podobieństwa między krajami Ameryki Łacińskiej a Polską, jeżeli chodzi o politykę Międzynarodowego Funduszu Walutowego a także Banku Światowego wobec nich. Mam tu na myśli warunki pożyczek. Jak wiemy w latach 1980-tych pojawiło się pojęcie konsensusu waszyngtońskiego odnoszące się do państw latynoamerykańskich. Zaraz po rozpadzie bloku wschodniego, w początkach naszej transformacji, nam również MFW i Bank Światowy stawiały podobne warunki. Czy Pana zdaniem Międzynarodowy Fundusz Walutowy i inne instytucje finansowe kontrolowane przez Zachód przez cały czas narzucają warunki określone w przeszłości mianem konsensusu waszyngtońskiego?
– Sądzę, iż one przez cały czas obowiązują. Mamy do czynienia z instytucjami bazującymi w Waszyngtonie, z MFW i Bankiem Światowym, które kontrolowane są przez Stany Zjednoczone i największe kraje zachodnioeuropejskie oraz przez Japonię. Te trzy ośrodki wraz z Kanadą i Australią dominują w MFW i Banku Światowym. To zachodni system kontroli. Kraje Ameryki Łacińskiej nie mają do niego dostępu. Co w związku z tym robimy? Unikamy jak tylko można korzystania z tych kredytów, bo ich warunki makroekonomiczne często nie mają nic wspólnego z potrzebami naszych krajów. Brazylia od wielu lat unika już Międzynarodowego Funduszu Walutowego. jeżeli się nie mylę, ostatnie programy przez niego finansowane zamknęliśmy w 2013 roku, a może choćby wcześniej. Słabsze kraje Ameryki Łacińskiej przez cały czas jednak zabiegają o jego wsparcie. Polska to przypadek szczególny, bo otrzymywała ona wsparcie z linii kredytowej określanej mianem Elastycznej Linii Kredytowej, którą współtworzyłem i która charakteryzuje się niewygórowanymi warunkami. Polska była jednym z niewielu państw mogących z niej korzystać. Świadczyło to o jej potencjale. Generalnie jednak sądzę, iż Polska jest także jednym z tych krajów, które czują się w funduszu niereprezentowane na odpowiednim poziomie. Polska i Szwajcaria dzielą się stanowiskiem dyrektora wykonawczego, ale jest to zaledwie jedno z 25 stanowisk kierowniczych. Myślę, iż strona polska nie jest z tego zadowolona. Może nie w takim stopniu jak Ameryka Łacińska, ale również nie jest usatysfakcjonowana sytuacją w MFW i Banku Światowym.

Owszem, było tak szczególnie w latach 1990-tych, kiedy postawiono nam warunki w postaci deregulacji czy prywatyzacji dużej części naszej gospodarki. W tamtych czasach cała ta agenda neoliberalna została narzucona krajom, takim jak Polska, z zewnątrz. Chciałbym jednak teraz zapytać o Nowy Bank Rozwoju. Czy istnieją jakieś warunki, jakie musi spełnić kraj zainteresowany współpracą z tym bankiem?
– Cóż, zwykle bank udziela pożyczek krajom członkowskim. W kilku wyjątkowych przypadkach udzielił kredytów krajom spoza tego grona. zwykle jednak wspiera kraje członkowskie. Stworzyliśmy ten bank właśnie po to, by nie tworzyć żadnych warunków dodatkowych. Taki był nasz cel. Oczywiście, bank musi zaakceptować każdy projekt. Projekty te muszą mieć zdrowe podstawy. Jednak gdy negocjujemy je z krajami członkowskimi, stawiamy akcent na poszanowaniu ram polityki i priorytetów politycznych kraju będącego kredytobiorcą. To odróżnia nas zdecydowanie od Banku Światowego i MFW. Bank Światowy stara się przekształcać kraje, którym pożycza pieniądze, zgodnie z polityką prowadzoną w Waszyngtonie. To samo dotyczy MFW. Tymczasem Nowy Bank Rozwoju może jeszcze nie dokonał jakiegoś przełomu, ale postawił przed sobą pewne cele. Są one częścią jego strategii, zapisane zostały w tekście porozumienia tworzącego bank. Mam trochę wątpliwości, odpowiadając na Pańskie pytanie, bo jednym ze słabych punktów Nowego Banku Rozwoju jest brak przejrzystości. Tym samym, nie będąc już wewnątrz banku – tak jak ja – nie wiesz tak naprawdę co się w nim dzieje. Nawiasem mówiąc, jedną z przyczyn braku transparentności jest to, iż przekazaliśmy odpowiedzialność za tą kwestię Rosjanom. Rosjanie to wspaniali ludzie, ale przejrzystość nie jest ich specjalnością. Wręcz przeciwnie – zajmują się oni zwalczaniem walki informacyjnej i ukrywaniem pewnych rzeczy. Bank jest zatem bardzo zamknięty. Nie tylko zresztą przez Rosjan, ale to właśnie oni przyłożyli do tego rękę. Obecnym prezesem Nowego Banku Rozwoju jest była prezydent Brazylii Dilma Rousseff, z pochodzenia częściowo Bułgarka. Rousseff ma bardzo wysokie kwalifikacje. Była prezydentem naszego kraju. Sądzę, iż posuwa ona sprawy banku do przodu. W czerwcu prawdopodobnie wybiorę się do Szanghaju i spróbuję przyjrzeć się pracy banku. Jako jeden z jego członków-założycieli jestem szczególnie zainteresowany jego powodzeniem.
Jakie były Pańskim zdaniem najpoważniejsze przeszkody, które stanęły przed nowymi krajami planującymi bądź zamierzającymi dołączyć do Nowego Banku Rozwoju, powodujące, iż jeszcze one tego nie zrobiły?
– Sam się nad tym zastanawiam, bo od czasów, gdy tam pracowałem, staramy się bardzo mocno o rozszerzenie. Prowadziłem rozmowy z ponad 50 krajami na świecie, przekonując je do dołączenia do banku. Po tym jak odszedłem ze stanowiska, mieliśmy pewien problem. Była nim po raz kolejny Rosja. Rosjanie chcieli korzystać z kredytów Nowego Banku Rozwoju na swoje potrzeby i obawiali się, iż jej przeciwnicy uzyskają członkostwo w banku. To dlatego Rosja blokowała wszelkie negocjacje. Kolejnym problemem są Indie, ponieważ obawiają się one dołączenia do banku państw związanych z Chinami, co osłabiłoby ich pozycję w tej instytucji. Wielka szkoda. Gdy pracowaliśmy nad tekstem porozumienia o utworzeniu banku, zawarliśmy w nim punkt nie pozwalający na tryb podejmowania decyzji w drodze konsensusu, bo w przypadku metody konsensusu, rozumianej restrykcyjnie jako jednomyślność, każdy kraj członkowski miałby prawo weta. Tak jest w tekście porozumienia. Ale w praktyce bank za każdym razem proceduje w ramach zasady konsensusu. jeżeli zatem Rosja jest temu przeciwna, żaden nowy kraj nie może zostać przyjęty. Podobnie się dzieje, gdy przeciwne są Indie. Niemal nigdy nie przeprowadza się głosowania mogącego odrzucić weto sprzeciwiającego się kraju, a to prowadzi do paraliżu. Wiąże się to z faktem, iż wiele naszych państw – za wyjątkiem Chin – jest na etapie starania się o status istotnych podmiotów w stosunkach międzynarodowych. Dotyczy to wszystkich, poza Chinami, krajów-założycieli Nowego Banku Rozwoju. Ale jak już powiedziałem – mam nadzieję, iż ruszymy naprzód. Jest wiele innych przykładów instytucji międzynarodowych, które zaczynały bardzo słabo i nieśmiało, a później dynamicznie się rozwinęły. Jednym z nich jest bank u nas, w Ameryce Łacińskiej, CAF, czyli Comunidad Argentina de Fomento. Zaczynał bardzo skromnie, a dziś jest jednym z największych wielostronnych banków działających na rzecz rozwoju na świecie, choć wciąż jest mało znany, choćby w Ameryce Łacińskiej.
Skoro jesteśmy przy Ameryce Łacińskiej, chciałbym Pana zapytać o możliwości rozszerzenia w przyszłości grupy BRICS. Pamiętamy, iż zanim nastąpiły tam polityczne zmiany gotowość do akcesji zgłaszała Argentyna. Czy dostrzega Pan jeszcze jakieś inne kraje latynoamerykańskie gotowe do dołączenia do tej grupy?
– Już dawno zaakceptowane zostało członkostwo Urugwaju. Ostatnio słyszałem, iż parlament urugwajski ma jakieś problemy z ratyfikacją umowy akcesyjnej. To bardzo przykra wiadomość. Mam nadzieję, iż uda się je przezwyciężyć. Kolejny kraj to Kolumbia. Kolumbia przyłączyła się do banku, sporo do niego wnosząc. A co do Argentyny – ma Pan na myśli sam bank, czy cały blok polityczny?
Blok polityczny, a adekwatnie polityczno-gospodarczy. Mam na myśli samą grupę BRICS. Ale chodzi mi także o bank.
– Członkami banku są Urugwaj i Kolumbia. Argentyna otrzymała zaproszenie do dołączenia do bloku politycznego, ale na szczęście to zaproszenie odrzuciła. Gdybyśmy bowiem mieli teraz Argentynę z Milei’em podporządkowanym bezpośrednio Trumpowi w procesie integracyjnym grupy BRICS, stanowiłaby ona poważny problem wewnętrzny, szczególnie w obliczu faktu, iż grupa ta również działa na zasadzie jednomyślności. Argentyna byłaby w tej sytuacji poważnym elementem blokującym. Jak prawdopodobnie Pan wie, kolejnym zaproszonym krajem, który na zaproszenie nie odpowiedział, jest Arabia Saudyjska. Tu również dobrze się stało, bo Arabia Saudyjska jest dziś w obozie zachodnim, co widać szczególnie wyraźnie w kontekście wojny przeciwko Iranowi. Jak jesteśmy już poza Ameryką Łacińską, to kolejnym – poza Iranem – krajem, który otrzymał zaproszenie i je przyjął, były Zjednoczone Emiraty Arabskie. Zastanawiam się kto wpadł na pomysł, by wystosować zaproszenie dla Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Owszem, jest to kraj o wysokich dochodach, kraj bogaty, ale geopolitycznie nie ma on kompletnie nic wspólnego z BRICS. Muszę to sprawdzić, ale wydaje mi się, iż przyjęcie ZEA promowane było przez Indie. Indie same stanowią w tej chwili problem dla BRICS.
Tak, to interesująca kwestia. Chodzi mi o Indie nie w wymiarze ekonomicznym, ale politycznym – z ich stosunkiem do Iranu, z ich poparciem dla niektórych działań izraelsko-amerykańskiej koalicji walczącej z Iranem. To co najmniej dziwne. Na przykładzie Indii, chciałbym zapytać Pana czy w obliczu sprzeczności wewnętrznych w bloku BRICS jego dalsza integracja jest w ogóle możliwa?
– To zawsze stanowiło problem, ale teraz stał się on jeszcze większy w związku z coraz poważniejszą sytuacją geopolityczną i militarną po ataku na Iran. Indie mogą budzić niepokój z co najmniej dwóch powodów. Jednym z nich są ich związki z Izraelem. Jak to możliwe, iż krótko przed atakiem na Iran premier Modi składa wizytę w Izraelu, ściskając się ze zbrodniarzem wojennym Netanjahu i przemawiając na forum Knesetu? Gdybym był Hindusem, byłoby mi wstyd. To naprawdę skandaliczne. To zachowanie niegodne członka BRICS, bo BRICS miało być grupą państw postulujących reformy. Nie miała to być grupa antyzachodnia, ale jednak próbująca stworzyć alternatywę dla Zachodu, niekoniecznie przy tym wchodząc z nim w konflikt. Jak wspomniałem, Iran jest członkiem BRICS. Wygląda na to, iż Iran pasuje do BRICS bardziej niż Indie, choć to Indie były jednym z państw-założycieli grupy. Problem polega na rządach Modiego. Rząd Modiego jest z tego punktu widzenia znacznie gorszy od gabinetu poprzedniego premiera, Manmohana Singha. Singh wspierał powstanie Nowego Banku Rozwoju. Wystąpił z tym pomysłem w imieniu Indii, a inne kraje poparły tą ideę. Obecne Indie to zupełnie coś innego. Nie jestem w stanie usprawiedliwić tego, co robią, ale próbując to wyjaśnić w największym skrócie – Indie mają kłopoty z Pakistanem z jednej strony, a z Chinami – z drugiej. Nie mogą już bazować na dobrych relacjach z Rosją, jak to było w przeszłości. I nie chodzi o to, iż ich stosunki z Rosją są jakoś wyjątkowo złe, ale Rosja bardzo zbliżyła się do Chin, szczególnie po inwazji na Ukrainę. Rosja nie jest już zatem dla Indii tak bliskim partnerem. W którym zatem kierunku spoglądają Indie? Patrzą na Stany Zjednoczone, bo obawiają się Chin. Modi pogorszył jeszcze sytuację przez swój stosunek do mniejszości muzułmańskiej. Indie muszą zatem prowadzić politykę równowagi, ale ostatnio zbliżają się bardzo do Stanów Zjednoczonych. Dzieje się to pomimo faktu, iż w ubiegłym roku Trump wbił im nóż w plecy pod postacią wprowadzenia bardzo wysokich ceł. Mimo to Indie przez cały czas stawiają na Stany Zjednoczone. To tragiczne, bo w 2026 roku Indie przewodniczą BRICS, całemu procesowi integracji grupy. Czego można się po takim przewodnictwie Indii spodziewać? Niczego, zera i jeszcze raz zera. Choć jako Brazylijczyk mógłbym powiedzieć, iż brazylijskie przewodnictwo w grupie w ubiegłym roku też okazało się porażką i wielkim rozczarowaniem. Nie mam więc większego prawa do zbyt ostrego krytykowania Indii. Spójrzmy jednak na to, czego możemy się spodziewać. W 2027 roku przewodnictwo obejmą Chiny. Mogę mieć jedynie nadzieję, iż w przyszłym roku Chiny zrobią o wiele lepszą robotę niż Indie i Brazylia. Indie mają jeszcze wciąż czas. Biorąc jednak pod uwagę ich relacje z Izraelem, a przede wszystkim ze Stanami Zjednoczonymi, nie spodziewałbym się po nich niczego szczególnego.
Uważa Pan zatem, iż to Chiny mogą stać się głównym motorem napędowym integracji BRICS?
– Uważam, iż takimi największymi motorami napędowymi są Chiny i Rosja, a także Iran. Rosja i Chiny to olbrzymie kraje, które okazały się odporne na presję Zachodu. Chiny pokazały wspaniały przykład jak można radzić sobie z Amerykanami, gdy w ubiegłym roku odpowiedziały na politykę celną wprowadzoną przez Trumpa. Z kolei Rosja udowadnia, iż zasługuje na szacunek, na polu walki. To samo robi Iran. Szczerze mówiąc, nie da się powiedzieć tego samego o innych krajach BRICS. Mówiłem już o Indiach. Jednak równie słabymi ogniwami okazują się Afryka Południowa i Brazylia. Dlaczego? Bo tu, w Brazylii, mamy sporą, bogatą mniejszość zapatrzoną w Europę, a w szczególności w Stany Zjednoczone. Jej przedstawiciele uważają, iż jesteśmy częścią Zachodu. Tymczasem Brazylia częścią Zachodu nie jest. Brazylia jest częścią Globalnego Południa. Geograficznie znajduje się na zachodzie, ale geopolitycznie nie jest uznawana przez kraje zachodnie za równorzędnego partnera. Dlatego jesteśmy w BRICS. W Brazylii nie ma jednak w tej kwestii konsensusu. Gdy nasz kraj próbował podjąć pewne kroki w zeszłym roku, podniosła się opozycja, zaś groźby wysuwane przez Trumpa przestraszyły również wielu członków rządu. Nie chodzi o prezydenta Lulę, ale o wielu jego ministrów przerażonych groźbami Trumpa. Niestety, prawdopodobnie z uwagi na to, nasze działania w BRICS były sparaliżowane.
Przejdźmy do kolejnego pytania o Amerykę Łacińską. Gdy czytamy strategię Stanów Zjednoczonych, widzimy iż deklarują one wprost powrót do doktryny Monroe. Niektórzy komentatorzy twierdzą nawet, iż mamy doktrynę nazywaną przez nich doktryną Donroe, która jest znacznie bardziej agresywna od swego historycznego odpowiednika. Niektórzy analitycy utrzymują, iż Brazylia jest jedynym krajem zdolnym do przeciwstawienia się koncepcji dominacji Stanów Zjednoczonych nad półkulą zachodnią. Czy uważa Pan, iż brazylijski potencjał mógłby stać się rdzeniem dla niepodległej Ameryki Łacińskiej?
– Dokładnie przeczytałem oba dokumenty strategiczne upublicznione przez Stany Zjednoczone – strategie narodową z ubiegłego roku oraz strategię obronną ze stycznia tego roku. Oba podkreślają potrzebę hegemonii Stanów Zjednoczonych na półkuli zachodniej. Półkula zachodnia jest w nich rozumiana jako przestrzeń rozciągająca się od Grenlandii po Patagonię. Traktują ją całościowo. W moim przekonaniu atak na Wenezuelę na początku stycznia tego roku stanowił jej wcielenie w życie. To było naprawdę coś skandalicznego. Nigdy jeszcze nie było podobnej agresji na Amerykę Południową. Stało się to po raz pierwszy na przestrzeni bardzo długiej już historii. Było to szokujące, szczególnie dlatego, iż – powiedzmy sobie szczerze – Stany Zjednoczone zrobiły to prawie bez żadnych kosztów lub poniosły koszty bardzo niewielkie, i kontrolują dziś rząd Delcy Rodriguez, która stała się wasalem Amerykanów. To naprawdę poważny problem. Jednak kiedy przeczytamy strategię Stanów Zjednoczonych, przekonamy się, iż nie jest prawdą, iż – jak niektórzy twierdzą – Amerykanie ograniczają się do półkuli zachodniej. Owszem, chcą sprawować nad nią kontrolę, jednak nie zrezygnowały ze swojego najważniejszego celu, jakim jest status hegemona globalnego. To dość oczywiste. Potwierdzają to ich kolejne działania, w tym przeciwko Iranowi. Stany Zjednoczone nie ograniczają się do półkuli zachodniej. A kogo mamy na tej półkuli zachodniej? Na Kanadę nie można liczyć. Kanada jest istotnym krajem, ale zależna jest od Stanów Zjednoczonych.
Gdy popatrzymy na południe, to w tej chwili które z państw nie są związane z Trumpem? Jest Kolumbia, jest Brazylia i pozostało Meksyk. Mamy jeszcze Nikaraguę i Kubę. I to chyba wszystko. Reszta jest już podporządkowana Trumpowi i jego doktrynie, doktrynie Donroe, jak Pan to nazwał. Najlepiej widać to na przykładzie Milei’a, ale mamy wiele innych przypadków. Dlatego dla Brazylii tak istotne jest odgrywanie niezależnej roli. Nie chciałbym tu opowiadać się za żadnym ugrupowaniem. Nie jestem członkiem partii prezydenta Luli. Jestem często wobec niego bardzo krytyczny. Jednak biorąc pod uwagę fakt, iż opozycja przeciwko niemu w nadchodzących wyborach prezydenckich w tym roku to ludzie Trumpa w Brazylii, czyli syn byłego prezydenta Bolsonaro Flávio Bolsonaro, bardzo mocno obawiam się reelekcję Luli. Wciąż jest on faworytem sondaży, ale różnica jest niewielka. Tymczasem z punktu widzenia Donalda Trumpa i Stanów Zjednoczonych najlepszym, najłatwiejszym sposobem przejęcia kontroli nad półkulą zachodnią byłoby pokonanie Luli w wyborach, które odbędą się w październiku tego roku. Z geopolitycznego punktu widzenia wybory w Brazylii mogą być decydujące dla całego świata. Wcześniej odbędą się również bardzo istotne wybory w Kolumbii. jeżeli zdoła w nich wygrać sukcesor prezydenta Petro, Kolumbia pozostanie w naszym obozie, co jest bardzo ważne. Powiem jeszcze krótko, iż naprawdę znakomita jest Claudia Sheinbaum, prezydent Meksyku, kobieta, Żydówka. Robi świetną robotę. Musimy zdawać sobie przy tym sprawę, iż w sensie gospodarczym Meksyk jest bardzo mocno uzależniony od Stanów Zjednoczonych. Mimo to, wykazuje się ona wielką śmiałością w obliczu amerykańskiego dyktatu. Z kolei Kuba jest przykładem niewielkiego kraju, liczącego 10 milionów mieszkańców, podobnie jak Izrael, ale zdolnego do stawiania oporu sankcjom i naciskom wielkiego supermocarstwa tuż u jej granic, jeszcze od wczesnych lat 1960-tych.
Mam nadzieję, iż Brazylia będzie bardziej pomagała Kubie w zachowaniu jej niepodległości. Gdy posłuchamy przywódców kubańskich, dochodzimy do wniosku, iż to wspaniali ludzie, bardzo konkretni, bardzo poważni, znacznie lepsi od przywódców w Europie czy w Stanach Zjednoczonych. Szczególnie, gdy popatrzymy na obecną Europę Zachodnią i Stany Zjednoczone. To zadziwiający widok. Naprawdę mam nadzieję, iż Kubie uda się wymknąć z pułapki, do której próbuje się ją zagnać. To co teraz powiem jest dość egoistyczne, ale jeden czynnik może tu odegrać korzystną rolę: fakt, iż Stany Zjednoczone ugrzęzły w Iranie i na Bliskim Wschodzie, sprawia, iż nie mogą one wziąć się za nas. Koncentrują się na innym miejscu. Stany Zjednoczone są jednak potęgą zdolną do działań na różnych frontach jednocześnie. Tak czy inaczej, Iran dowiódł, iż nie są one w stanie robić wszystkiego co zechcą, wszędzie, gdzie im się spodoba.
Dziękuję za rozmowę.
Prof. Paulo Nogueira Batista Jr (ur. 1955 w Rio de Janeiro) – brazylijski ekonomista, w przeszłości m. in. wiceminister planowania, doradca ministra finansów, w l. 2007-2013 – dyrektor wykonawczy Międzynarodowego Funduszu Walutowego, w l. 2015-2017 – jeden z założycieli i wiceprezes Nowego Banku Rozwoju BRICS.
Całość wywiadu dostępna na kanale YouTube Wbrew Cenzurze.
Myśl Polska, nr 21-22 (24-31.05.2026)













