A tymczasem w Tomaszowie… dom wariatów

1 miesiąc temu

Od dekady Tomaszów Mazowiecki ma w Piotrkowie dobrą prasę. choćby w środowisku opozycyjnym nazwisko prezydenta miasta Marcina Witki zaczęło być wymieniane z szacunkiem, żeby nie powiedzieć – z podziwem.

Może to zaskakiwać, bo Piotrków po ostatnich wyborach wyraźnie przesunął się w stronę lewicowo-liberalną, głównie za sprawą nowego, 33-letniego prezydenta z Koalicji Obywatelskiej – politycznego debiutanta, samorządowo zielonego jak strąk bobu.

Witko, z zawodu nauczyciel muzyki, jak wiadomo reprezentuje partię wodzowską, której centrala znajduje się w popeerelowskim budynku o przygnębiającej estetyce przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie.

Czytaj: „Spotkania z ruderami, czyli miejskie życie Jarosława Kaczyńskiego”.

Nadto Witko, co również wiadomo, jest związany węzłem towarzyskim, a choćby zbliżonym do rodzinnego, z byłą głową państwa wykarmioną w Krakowie, co wystarczyło niektórym osobom do zarzucenia Tomaszowianinowi złego gustu. Może i Witko gust ma zły, ale dzięki tej relacji miasto przez dwie kadencje inaczej postrzegano w stolicy, co skutkowało znacznymi inwestycjami infrastrukturalnymi.

„Gazeta Trybunalska” ten potencjał byłego posła PiS, a następnie samorządowca, dostrzegła w Piotrkowie jako pierwsza i publicznie doceniła w serii pozytywnych artykułów. Można się o tym łatwo przekonać, klikając na w pełni bezpieczny link: > tutaj.

Jesteśmy z natury przekorni i kiedy po naszych pochwałach pojawiają się kolejne, ale w innych miejscach, natychmiast zaciskamy usta – to swoista ochrona monopolu na pojedynczość osądów.

Tak powstał pomysł sprawdzenia, jak miejscowe media oceniają lokalnych notabli. Aby konfrontacja była uczciwa, do tego celu posłużyły dwa materiały prasowe pochodzące z różnych źródeł: „Tomaszowskiego Informatora Tygodniowego” – pisma istniejącego na rynku nieprzerwanie od 30 lat – oraz witryny „Nasz Tomaszów”.

Redaktor Andrzej Kucharczyk („TiT”) w felietonie „Przesłanie na nowy rok” ironicznie stwierdza:

Jako rzecz normalną traktujemy obsadzanie kluczowych stanowisk w miejskich spółkach przez ludzi, których partia kazała zatrudnić, bo gdzie indziej stracili intratne fuchy. Nie robi na nas wrażenia kupczenie stanowiskami przez radnych, upychanie na niepotrzebnych nikomu stanowiskach pociotków i znajomych. Nie przeszkadza nam personalna karuzela i ciągła rotacja tych samych nazwisk na kolejnych stanowiskach. Godzimy się na to, bo w następnych wyborach znów wybieramy członków sitwy, głosujemy na ludzi, których kręgosłup moralny jest giętki jak z plasteliny. Partyjny szyld przysłania nam wartość człowieka.

I dalej:

W powiecie obnażono mechanizmy politycznej korupcji, o której piszemy od lat. Zrobił to jeden radny – Kazimierz Mordaka. prawdopodobnie władze PO plują sobie w brodę, iż zaproponowały mu start w wyborach. Jest chyba jedynym prawdziwym samorządowcem w całym tym gronie – bezkompromisowym, uczciwym i nieprzekupnym. Gdyby takich było więcej, panowie WW nie mogliby bezkarnie prowadzić swojej wojenki, na której tracimy my – mieszkańcy.

Kucharczyk kończy swoje przesłanie stwierdzeniem:

I tak będzie trwał ten grajdołek, dopóki do ludzi nie dotrze prosta prawda: to my tych panów i panie zatrudniamy – oni nie są jakąś wszechwładną elitą, są naszymi pracownikami, których mamy prawo i obowiązek wywalić z pracy, jeżeli ją źle wykonują.

NaszTomaszow.pl” trzy dni temu zamieścił sprawozdanie pt. „Rycerze Maryi, Antoni Macierewicz, Anna Milczanowska, kluby Gazety Polskiej” z nagłówkiem: „Takich jaj Tomaszów jeszcze nie widział”. Chodzi w nim o spór o władzę w Starostwie Powiatowym po odwołaniu starosty Mariusza Węgrzynowskiego i wyborze Dariusza Kowalczyka. Nowy starosta próbował faktycznie przejąć urząd, ale napotkał opór zwolenników poprzednika, co doprowadziło do chaosu organizacyjnego. W konflikt włączyli się politycy PiS oraz działacze Klubów „Gazety Polskiej”. Czytamy:

Przez cały dzień trwało opracowywanie opinii prawnych. Jak wiadomo, ilu prawników, tyle znajdziemy poglądów na każdy temat. W tym przypadku jest podobnie. Kto jest starostą – nowo wybrany czy może stary, odwołany? W końcu i tak postanowiono zapytać wojewodę. W każdym razie Dariusz Kowalczyk postanowił na zakończenie pracy wręczyć Mariuszowi Węgrzynowskiemu pismo z wezwaniem do opuszczenia gabinetu. Ten chyba myślał, iż ktoś zamierza go z budynku wyprowadzać za przysłowiowe ucho i uruchomił sms-owy alert emerycki. Działacze Klubu „Gazety Polskiej” w wieku powyżej średniego zjawili się pod sztandarami Telewizji Republika, by bronić odwołanego Węgrzynowskiego. Ludzie ci choćby nie do końca wiedzieli, o co chodzi.

Następnie pojawia się opis, jak z ze scenariusza króla komedii Stanisława Barei:

Do Starostwa zjechali prawdziwi rycerze i rycerki politycznych starć – posłowie Macierewicz i Milczanowska. Ten pierwszy, jak zwykle, się spóźnił. Kiedy przyszedł, wydawało mu się, iż rozmowa dotyczy gospodarki rolnej, ale o tym za chwilę. Przez kilkanaście minut spór prawny z adwokatem reprezentującym Dariusza Kowalczyka prowadziła Anna Milczanowska. Prawnik jedno, posłanka drugie.

(…)

Na to wszystko wpadł zdyszany Antoni Macierewicz i ni z tego, ni z owego, ni z gruszki, ni z pietruszki wypalił: „A pan co myśli o polityce rolnej Pańskiego Rządu?”. Osoby w pokoju zaniemówiły. Czyżby marszałek senior nie wiedział, po co przyjechał do Tomaszowa, czy było to chwilowe zachwianie jaźni? Tymczasem źle trafił, bo słowa skierował do… rolnika. W dodatku z licznymi nagrodami i działającego w Izbach Rolniczych. Próby wyjaśnienia, iż zajmujemy się samorządem, a nie polityką międzynarodową, były na nic. Macierewicz nie zwrócił choćby uwagi, kiedy usłyszał, iż przecież to radni krytykowanego przez niego Tuska głosowali za utrzymaniem na stanowisku Węgrzynowskiego.

Autor ten przezabawny tekst kończy zdaniem:

Trudno w to uwierzyć, ale to zwołane naprędce spotkanie przypominało bardziej sekciarskie obrzędy. Wszyscy w kółeczku, starosta rozdający błogosławieństwa. To już nie urząd, to dom wariatów.

A zatem: wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Z perspektywy Piotrkowa Tomaszów jawi się jak miasto z folderu. Dopiero z bliska widać, iż wyobrażenia nie pokrywają się z rzeczywistością. To trochę jak z internetową randką, gdzie króluje doskonałość słów i obrazów, a spotkanie „w realu” potrafi w kilka chwil zmyć cyfrowy makijaż i odsłonić blizny i pryszcze.

→ (mb)

17.01.2026

• foto: Adobe / barma / Gazeta Trybunalska

Idź do oryginalnego materiału