Zakończony kilka miesięcy temu mundial, wbrew ostrzeżeniom ekspertów, przebiegł bez głośnych incydentów związanych z upałem. Nie oznacza to jednak, iż świat piłki nożnej może przestać przejmować się skutkami zmian klimatu. Wręcz przeciwnie: tegoroczne lato i rekordowe upały pokazują, iż im wyższe temperatury, tym bardziej zagrożone są oddolne, amatorskie i półprofesjonalne fundamenty tego sportu.
Tegoroczne mistrzostwa świata w Ameryce Północnej mogły być ostatnimi, których nie zakłócił poważnie kryzys klimatyczny. Owszem, niemal co piąte spotkanie odbyło się w temperaturach, przy których – według zaleceń samych zawodników – mecze należałoby opóźniać. Owszem, każdy mecz wydłużono o przerwę na nawodnienie. Obyło się jednak bez omdleń i udarów na murawie, a przerwy, w których piłkarze mogli się napić, skrzętnie wykorzystali reklamodawcy. Mundial, największe święto futbolu, przetrwał to lato bez szwanku.
Rekordowe lato w Europie
Dla federacji zarządzających najpopularniejszym sportem świata może to być argument, by trzymać się dotychczasowego modus operandi: dokładać do sezonu kolejne turnieje bez oglądania się na rosnące wyczerpanie zawodników, nie wprowadzać nowych zasad chroniących piłkarzy i kibiców, dalej przymilać się do rządów i korporacji, które robią wszystko, by zahamować transformację energetyczną. Tyle iż z dala od kamer, na drugim biegunie futbolu, zmiany klimatu odciskają coraz wyraźniejsze piętno. Ich ofiarami padają lokalne, amatorskie i półprofesjonalne kluby, pozbawione lukratywnych umów sponsorskich, ale stanowiące istotny fundament piłkarskiego ekosystemu. Tegoroczne lato w Europie dobitnie pokazało, iż rosnące temperatury nie oszczędzą pięknej gry.
Między majem a wrześniem przez Europę kilka razy przetoczyły się fale ekstremalnych upałów. W ośmiu państwach, w tym w Polsce, odnotowano najwyższe temperatury w historii, a na Sardynii termometry pokazały w pewnym momencie ponad 48 st. C. Długie okresy bez opadów zagroziły uprawom i obniżyły poziom rzek tak bardzo, iż we Francji i na Węgrzech czasowo wyłączono elektrownie atomowe. Z powodu upałów zmarło co najmniej 35 tys. osób.
- Czytaj także: Nowa analiza przed Mundialem. Upał może dać się we znaki
Upał pokonał choćby najbogatszych
Polska Ekstraklasa przetrwała ten gorący okres bez kłopotów organizacyjnych, choć np. Piast Gliwice i Raków Częstochowa musiały z powodu upału przesunąć swój pierwszy przedsezonowy sparing. Nie można tego jednak powiedzieć o innych europejskich ligach. We Francji upał tak zniszczył boisko Paris Saint-Germain (PSG), iż zdobywcy Ligi Mistrzów musieli prosić rywali z Rennes, by zgodzili się zagrać pierwszy mecz ligowy jako gospodarze. Z podobnym problemem zmierzyła się Celta Vigo w Hiszpanii, która ostatecznie musiała przełożyć inaugurację sezonu o kilka dni. Na Węgrzech, po wyłączeniu elektrowni atomowej z powodu niskiego stanu rzek, wszystkie mecze pierwszej kolejki trzech najwyższych lig zaplanowano tak, by rozegrać je bez sztucznego oświetlenia. Zawodnicy musieli więc grać w temperaturach sięgających 40 st. C Problem nie dotyczy zresztą tylko Europy. W koreańskiej K-League wszystkie spotkania jednej z kolejek dwóch najwyższych lig przesunięto na wieczór.
Mówimy tu o klubach zawodowych, niekiedy – jak PSG – bajońsko bogatych. Takie drużyny mogą codziennie podlewać boiska, w razie potrzeby wyłożyć kilkadziesiąt tysięcy euro na awaryjną wymianę murawy i zapewnić piłkarzom najlepszą opiekę medyczną. Słowem: mają pieniądze i infrastrukturę, które pozwalają ograniczyć ryzyko związane ze skutkami zmian klimatu. Skoro choćby one musiały uznać wyższość pogody, dla biedniejszych zespołów upały były ogromnym problemem.
Amatorzy walczą o boiska
Według raportu Fossil Free Football, niezależnej organizacji, która chce wykluczyć firmy paliwowe ze sponsoringu piłki nożnej, lokalne zespoły w całej Europie zmagały się tego lata z problemami zagrażającymi ich działaniu. Przez wyschnięte na wiór boiska kluby odkładały treningi, odwoływały sparingi, które zawsze choć trochę zasilają klubowe kasy, i dni otwarte dla uzdolnionej młodzieży. Gdy z kolei przychodziły deszcze, wysuszona murawa nie wchłaniała wody i boiska były zalewane. W efekcie obiekty, na których da się grać, przeżywają prawdziwe oblężenie.
– Suche lato oznacza, iż dostępnych boisk jest mniej. To wymusza decyzje, kto będzie mógł grać, a pierwsze zespoły zwykle mają pierwszeństwo. Tymczasem w klubach amatorskich trzeba dać takie same szanse juniorom i pozostałym drużynom. Miejsc do treningu jest mało, co zakłóca przygotowania do sezonu. Do tego kiedyś dało się grać w ciągu dnia. 31, 32 st. C – to były wyjątkowo gorące dni – wyjaśnia Frank Huisingh z Fossil Free Football, pytany przez SmogLab.
Dodaje: – Teraz jest 37, 38 st. C, a w takiej temperaturze nie chce się grać w piłkę. To znowu ogranicza treningi, więc wszystkie zespoły ścigają się o to, by grać wcześnie rano albo późno wieczorem. I znowu wraca problem dostępności boisk. Zderzamy się z prostą prawdą: futbol to sport do gry na zewnątrz, a my niszczymy zewnętrzne warunki.
Alternatywą pozostają boiska ze sztuczną nawierzchnią. Ich budowa jest jednak droga i nie każdy klub może sobie na nią pozwolić. Sztuczna murawa może też zwiększać ryzyko niektórych kontuzji, a latem gwałtownie się nagrzewa, co stanowi dodatkowe zagrożenie dla zdrowia piłkarzy. Trudno także oprzeć na niej całe przygotowania do sezonu rozgrywanego na naturalnej trawie, bo piłka i obuwie zachowują się na niej nieco inaczej.
Twarde boiska, więcej kontuzji
Drużyny, które decydują się grać na wysuszonych boiskach, ryzykują zdrowie zawodników. Rośnie wtedy przede wszystkim ryzyko przeciążeń kości i ścięgien, ale nie tylko.
– Na suchych, twardych boiskach po prostu łatwiej zrobić sobie krzywdę. Nawierzchnia potrzebuje odrobiny sprężystości, żeby przy gwałtownym ruchu nie doznać kontuzji, nie naciągnąć mięśni ani nie złamać czegoś przy upadku – tłumaczy Huisingh.
Gra w najgorętszych miesiącach niesie też dodatkowe ryzyko zdrowotne związane z temperaturą: wyczerpanie cieplne, odwodnienie, a w najgorszym razie udar. Ten problem występuje na każdym poziomie rozgrywek, ale kluby zawodowe, w przeciwieństwie do lokalnych i amatorskich zespołów, zwykle mogą zapewnić poszkodowanym natychmiastową fachową pomoc.
- Czytaj także: Ekspert o mundialu. „Gra, którą kocha świat, nie nadąża za kryzysem”
Sezon coraz ciaśniejszy
Mecze, które nie mogą się odbyć z powodu upału albo wysuszonych do cna boisk, zdarzają się w niższych ligach coraz częściej. W Wielkiej Brytanii niektóre ligi amatorskie ruszyły z kilkutygodniowym opóźnieniem, a we Francji przesunięto dużą część spotkań pierwszej rundy Pucharu Francji. Takie zmiany sprawiają, iż sezon robi się znacznie ciaśniejszy, bo tyle samo meczów trzeba przecież rozegrać w krótszym czasie. To z kolei jeszcze bardziej obciąża murawy, może wymuszać faworyzowanie jednych drużyn kosztem innych i zwiększa ryzyko kontuzji.
– Futbol rozwinął się wokół pewnego cyklu pogodowego, do którego dostosowały się kluby w całej Europie. Ale ten cykl się zmienia: temperatury, które obserwujemy na przykład w Holandii, jeszcze 30 lat temu były typowe dla środkowej Francji. Lata są znacznie gorętsze i do tego wyjątkowo suche, więc choćby jeżeli po suszy przychodzą deszcze, boiska nie są w stanie wchłonąć wody – mówi Huisingh.
Wylicza, iż miesiące, które wcześniej były idealne do gry w piłkę: maj, czerwiec czy wrzesień, teraz bywają za ciepłe.
Federacje patrzą gdzieś indziej
Problemy niższych lig ze zmianami klimatu raczej nie spędzają snu z powiek działaczom FIFA i UEFA. Niektóre krajowe federacje, np. holenderska KNVB, mają jednak programy, które pozwalają klubom na wszystkich szczeblach stawiać na zrównoważony rozwój i ekologiczne rozwiązania.
– Nie sądzę, żeby na najwyższych szczeblach UEFA istniał kompleksowy plan odpowiedzi na te potrzeby. A problemy związane ze zmianami klimatu… Cóż, części z nich nie da się rozwiązać pieniędzmi, a ta część, którą można, będzie naprawdę szalenie kosztowna – ostrzega Huisingh.
Kłopot w tym, iż kluby z niższych lig rzadko mają nadmiar pieniędzy, a ich problemy finansowe mogą się jeszcze pogłębić.
– Lokalne kluby piłkarskie często polegają na pieniądzach od samorządów. A ich budżety w wielu krajach Europy są mocno nadwyrężone, bo władze centralne często szukają na nich oszczędności – mówi Huisingh.
Futbol może stać się luksusem
Wsparcie wielkich międzynarodowych federacji byłoby więc bezcenne. Tym bardziej iż małe, półprofesjonalne i amatorskie zespoły to siła napędowa najpopularniejszego sportu świata. I to wcale nie dlatego, iż stawiają w nich pierwsze kroki zawodnicy, których później ściągają Real Madryt, Arsenal czy Bayern.
– jeżeli dzieciaki będą miały mniej możliwości gry w piłkę, to oczywiście w końcu odbije się to na poziomie elity. Ale szczerze mówiąc, to nie ten problem spędza mi sen z powiek. Bardziej boję się, iż kluby staną się droższe w utrzymaniu, bo będą potrzebować całej infrastruktury chroniącej przed suszą i liczniejszego personelu medycznego na upały. A wtedy gra w piłkę stanie się swego rodzaju luksusem – zauważa nasz rozmówca.
– Tymczasem jednym z największych sukcesów zorganizowanej piłki nożnej w Europie jest to, iż to naprawdę tani sport. Dzięki temu spotykają się w nim ludzie z zupełnie różnych grup społecznych. Nie sądzę oczywiście, żeby europejskie społeczeństwa upadły bez futbolu. Jednak sport to ważna okazja, by poznawać ludzi z różnych środowisk – podkreśla Huisingh.
Piłka nożna jest oczywiście na tyle popularna, iż zniknięcie kilku czy choćby kilkudziesięciu rozgrywek niższego szczebla przez problemy z infrastrukturą wywołane zmianami klimatu mogłoby przejść bez echa. Jednak niższe ligi i puchary to szansa dla młodych zawodników, by pokazać, co potrafią. Dla amatorów, by poczuć dreszcz rywalizacji, a dla grupy znajomych, by cieszyć się wspólną grą. Mecze na „kartofliskach” są równie istotną częścią popularności futbolu, co prestiżowe derby oglądane na całym świecie. Bez swojej dostępności futbol stanie się tylko kolejnym widowiskiem, w którym garstka milionerów ugania się po trawie za piłką. A od tego mamy już golfa.
–
Zdjęcie tytułowe: Dziurek/Shutterstock

2 godzin temu





.webp)






