Nawet w Prawie i Sprawiedliwości kończy się cierpliwość do Mariusza Kamińskiego. Nie dlatego, iż nagle zmienił się jego temperament czy język. Przeciwnie – dlatego, iż jest konsekwentny. I właśnie ta konsekwencja coraz bardziej ciąży jego własnemu obozowi.
Iskrą zapalną stał się wpis, w którym Mariusz Kamiński zestawił los obalonego prezydenta Wenezueli z sytuacją polskiego premiera. „Zobacz @donaldtusk, jak kończą dyktatorzy” – napisał na platformie X, komentując doniesienia o zatrzymaniu Nicolas Maduro przez amerykańskie siły specjalne. Problem w tym, iż tego typu skróty myślowe – atrakcyjne dla najtwardszego elektoratu – zaczęły być dla PiS kulą u nogi.
W samym obozie rządzącym zawrzało. Jak relacjonowała Wirtualna Polska, jeden z posłów PiS nie krył irytacji: „To nam przypina łatkę oszołomów”. Inny mówił wprost, iż partia po raz kolejny musi tłumaczyć się „z jakichś idiotycznych wpisów”. Padały też bardziej fundamentalne zastrzeżenia: „Tusk jest skrajnie szkodliwym politykiem, ale nie jest dyktatorem. Kamiński czy Sakiewicz szkodzą”.
Rzeczywiście, w tym samym tonie wypowiedział się Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny Telewizja Republika, pytając w mediach społecznościowych: „Assad, Maduro… Tusk?”. Dla części elektoratu to jasny sygnał mobilizacyjny. Dla umiarkowanych wyborców – argument, by trzymać się z daleka.
Najciekawsze jednak wydarzyło się nie na X, ale na antenie TVP Info. Gdy reporterka Justyna Dobrosz-Oracz zapytała Ryszarda Terleckiego, czy Kamiński „przesadził”, odpowiedź była zaskakująco szczera. „A to już nie pamiętam. Kamińskiego jakoś mało uważnie czytam” – stwierdził poseł PiS. A chwilę później dodał zdanie, które w normalnych warunkach brzmiałoby jak herezja: „Bardzo go lubię, ale był słabym ministrem”.
To nie była drobna uszczypliwość. To była diagnoza. Terlecki, jeden z architektów partyjnej dyscypliny, powiedział na głos to, co w PiS mówi się coraz częściej po cichu. Kamiński „trząsł przez jakiś czas” – jak ujęła to dziennikarka – ale nie partią, tylko resortem. I zostawił po sobie więcej emocji niż trwałych efektów.
Owszem, Terlecki próbował łagodzić przekaz, nazywając wpis o Maduro „żartem”. „Niektórzy żart biorą za poważną wypowiedź” – skwitował. Tyle iż w polityce, zwłaszcza tej prowadzonej permanentnie w trybie alarmowym, żarty mają krótkie nogi. Zwłaszcza gdy powtarzają się zbyt często.
Casus wenezuelski – aresztowanie Maduro i postawienie mu zarzutów narkoterrorystycznych w Nowym Jorku – stał się w Polsce nie tyle tematem debaty o polityce międzynarodowej, ile lustrem, w którym PiS zobaczył własne odbicie. I nie wszystkim ten obraz się spodobał. Porównania z dyktaturami mobilizują twardy elektorat, ale jednocześnie odstraszają centrum. A bez centrum nie wygrywa się wyborów.
Zmęczenie Kamińskim nie oznacza jeszcze jego politycznego końca. Ale jest sygnałem, iż choćby w partii przyzwyczajonej do ostrego języka rośnie potrzeba zmiany tonu. PiS coraz wyraźniej widzi, iż radykalizm, który kiedyś był paliwem, dziś bywa balastem. A polityk, który nie potrafi zmienić roli, zaczyna ciążyć choćby tym, którzy „bardzo go lubią”.

1 dzień temu









