Decyzja Zbigniewa Ziobry o przyjęciu azylu politycznego na Węgrzech miała wywołać polityczne trzęsienie ziemi. W zamyśle samego zainteresowanego – także falę solidarności po prawej stronie sceny politycznej. Stało się jednak coś zupełnie innego. Reakcje są chłodne, ironiczne, a momentami wręcz obojętne. I to nie tylko wśród przeciwników PiS, ale także w gronie polityków, którzy – jak Paweł Kukiz – wciąż deklarują poparcie dla Jarosława Kaczyńskiego. Ziobry, jak się okazuje, nie żałuje dziś adekwatnie nikt.
Były minister sprawiedliwości ogłaszając swoją decyzję, użył dobrze znanej retoryki oblężonej twierdzy. „Wybieram walkę z politycznym bandytyzmem i bezprawiem. Stawiam opór postępującej dyktaturze” – napisał, dodając, iż padł ofiarą „osobistej zemsty Donalda Tuska”. To narracja, która miała nadać jego decyzji rys heroiczny. Problem w tym, iż po latach rządów Ziobry w resorcie sprawiedliwości brzmi ona jak echo własnych metod, a nie wiarygodny opis rzeczywistości.
Najciekawsze komentarze przyszły jednak z obozu szeroko rozumianej prawicy. Paweł Kukiz, poseł koła Wolni Republikanie, od dawna krytyczny wobec Ziobry, tym razem nie krył ironii. „Jak tak dalej pójdzie, to niedługo Węgry staną się drugą ojczyzną dla Solidarnej Polski” – napisał, przypominając pierwotną nazwę formacji Ziobry. To kpina, ale i trafna diagnoza: Budapeszt stał się dla byłego ministra symboliczną ucieczką, a nie bastionem ideowej walki.
Jeszcze mocniej wybrzmiały kolejne słowa Kukiza: „Skłamałbym, gdybym stwierdził, iż ubolewam”. To zdanie, pozornie osobiste, ma znaczenie polityczne. Kukiz, który wielokrotnie dawał PiS większość w kluczowych głosowaniach i nigdy nie zerwał relacji z Jarosławem Kaczyńskim, mówi wprost, iż odejście Ziobry nie jest stratą. I wyjaśnia dlaczego: „Zablokowali nam najważniejsze proobywatelskie ustawy – obniżenie o połowę progów w referendach i sędziów pokoju”.
To oskarżenie dotyka sedna problemu. Ziobro nie tylko próbował niszczyć ówczesną opozycję, ale także torpedował inicjatywy własnego obozu – zwłaszcza te, które mogły realnie zmienić system wymiaru sprawiedliwości. I ograniczyć jego władzę. Kukiz nie bez racji więc widzi w Ziobrze nie sojusznika, ale hamulcowego. I nie jest w tym osamotniony.
Warto zwrócić uwagę na szerszy kontekst. choćby politycy, którzy dziś formalnie popierają Kaczyńskiego, coraz częściej dystansują się od dziedzictwa Ziobry. Jego styl – konfrontacyjny, oparty na permanentnym konflikcie i centralizacji władzy – stał się obciążeniem. Gdy więc były minister ogłasza, iż zostaje na Węgrzech, reakcją nie jest współczucie, ale wzruszenie ramion.
To znamienne. W polskiej polityce rzadko zdarza się, by ktoś odchodził tak samotnie. Ziobro, przez lata przekonany o własnej niezbędności, najwyraźniej nie przewidział, iż po jego zniknięciu luka nie powstanie. Jego narracja o „walce z dyktaturą” trafia dziś w próżnię – choćby wśród tych, którzy przez cały czas wierzą w przywództwo Kaczyńskiego i sens prawicowej agendy.
Paweł Kukiz, ze swoją charakterystyczną dosadnością, powiedział to, co wielu myśli, ale nie zawsze mówi głośno. Ziobro nie jest dziś symbolem oporu ani ofiarą systemu. Jest raczej przykładem polityka, którego działania zraziły niemal wszystkich – przeciwników i sojuszników. A w polityce to właśnie brak żalu bywa najdotkliwszą oceną.

10 godzin temu







