W Prawie i Sprawiedliwości coraz częściej słychać pytanie, które jeszcze kilka lat temu brzmiałoby jak herezja: co zrobić ze Zbigniewem Ziobrą? Nie chodzi już o bieżące napięcia personalne ani o kolejną odsłonę dawnego sporu o kompetencje. Chodzi o coś znacznie poważniejszego – o polityczną użyteczność człowieka, który przez lata był jednym z filarów obozu władzy, a dziś coraz częściej postrzegany jest jako jego balast.
„Ziobro ciągnie nas w dół” – mówi bez ogródek jeden z polityków PiS. Inny dodaje: „Dla wyborców środka to symbol wszystkiego, co w naszych rządach było najbardziej agresywne i nieodpowiedzialne”. Tego typu opinie jeszcze niedawno krążyły wyłącznie w prywatnych rozmowach. Dziś coraz częściej wypowiadane są półgłosem, ale publicznie – jako diagnoza, której nie sposób już dłużej ignorować.
Nie ma bowiem większych wątpliwości, iż Zbigniew Ziobro stał się jedną z głównych przyczyn trwałej nieufności wobec PiS. Jako minister sprawiedliwości i prokurator generalny był twarzą upartyjnienia wymiaru sprawiedliwości, konfliktu z Unią Europejską i eskalacji politycznej przemocy symbolicznej. To on firmował zmiany, które podkopały zaufanie do instytucji państwa, a jednocześnie nie przyniosły obiecywanej „naprawy” sądów.
Dziś, gdy PiS znajduje się w opozycji, ten bagaż wraca ze zdwojoną siłą. Każdy powrót Ziobry do medialnego obiegu przypomina wyborcom o okresie, który wielu chciałoby uznać za zamknięty rozdział. „Za każdym razem, gdy się odzywa, tracimy kilka punktów wizerunkowych” – przyznaje jeden z posłów. W partii nie brakuje opinii, iż bez wyraźnego dystansu wobec Ziobry nie ma mowy o realnej odbudowie.
Problem w tym, iż decyzja nie dotyczy tylko jednej osoby. Dotyka całego modelu przywództwa, jaki przez lata budował Jarosław Kaczyński. To on uczynił Ziobrę jednym z głównych wykonawców swojej polityki. To on tolerował, a często wręcz wzmacniał jego najbardziej konfrontacyjny styl. Dziś ta strategia obraca się przeciwko niemu.
Kaczyński, zamiast dokonać rozliczenia i korekty kursu, wciąż trwa przy logice lojalności i wewnętrznej dyscypliny. Ale partia, która przegrała wybory i nie potrafi odzyskać inicjatywy, potrzebuje czegoś więcej niż lojalności. Potrzebuje refleksji. Tymczasem PiS wciąż zachowuje się tak, jakby wystarczyło przeczekać, aż wyborcy zapomną.
Nie zapominają. I nie zapomną. Bo Ziobro stał się symbolem państwa partyjnego, w którym prawo było narzędziem walki politycznej, a nie wspólnym dobrem. Stał się twarzą konfliktu z Europą, który kosztował Polskę miliardy i osłabił jej pozycję międzynarodową. Stał się wreszcie uosobieniem stylu, który wielu obywateli po prostu męczy.
Dlatego dyskusja o „problemie Ziobry” jest w istocie dyskusją o przyszłości PiS. Czy partia chce pozostać formacją zamkniętą w świecie własnych mitów i urazów, czy też jest zdolna do elementarnej autorefleksji? Czy Kaczyński potrafi przyznać, iż jego najważniejsze personalne decyzje były błędne?
Na razie nic na to nie wskazuje. PiS trwa w stanie politycznego zawieszenia, w którym jedyną wyraźną aktywnością są wewnętrzne spory i personalne kalkulacje. Zamiast propozycji dla kraju – rozliczenia we własnych szeregach. Zamiast programu – pytanie, kogo poświęcić, by poprawić sondaże.
A odpowiedź, choć niewygodna, wydaje się coraz bardziej oczywista. jeżeli PiS nie odetnie się od Ziobry i logiki, którą on symbolizuje, będzie przez cały czas ugrupowaniem, które ciągnie w dół nie tylko własne notowania, ale i jakość polskiej polityki.

5 godzin temu












