Zgubne konsekwencje wykolejenia moralności A.D. 2026

myslpolska.info 7 godzin temu

Od razu uspokajam Państwa, iż nie będzie to traktat filozoficzny, ale jedynie nawiązanie do fundamentalnych kwestii stanowiących o naszym światopoglądzie i postrzeganiu świata, również postrzegania historii. Będzie pośrednio o tzw. wyklętych, a raczej o ideologicznym potworku jaki został stworzony w oparciu o historię żołnierzy powojennego podziemia nazwanych wyklętymi. Ten ideologiczny potworek, to wyklęcizm. Napisałem w przeszłości szereg artykułów na ten temat, które ukazały się na łamach „Myśli Polskiej”, dlatego nie będę powtarzać tamtej, rozbudowanej argumentacji. Znają Państwo moje konsekwentnie negatywne stanowisko wobec tego zjawiska. Jego szczególna popularność i zgubny wpływ na młodych ludzi występujących dziś pod szyldem Młodzieży Wszechpolskiej, Ruchu Narodowego, czy Konfederacji, każą zająć się jeszcze raz tą kwestią, na konkretnym przykładzie. Mówiąc w skrócie, zwłaszcza szyldy narodowe, wciąż z uporem maniaka stosowane dziś przez ludzi oderwanych od tradycji endeckiej, w sposób bardziej niż jaskrawy, wyznając wyklęcizm, demoralizują i wykoślawiają zmysł moralny młodych ludzi, którym tego ideologicznego potworka aplikują.

W ostatnim czasie, na kanwie obsesyjnego antykomunizmu i rusofobii tych pseudo-narodowych środowisk, pisał w „MP” mój Znakomity Kolega Łukasz Jastrzębski. Podpisuję się pod każdym słowem Jego tekstów na ten temat.

Dlaczego więc znów podejmuję temat? Bo 29 stycznia minęła kolejna – 80-ta już – rocznica ohydnej zbrodni w Zaleszanach, dokonanej przez oddział Pogotowia Akcji Specjalnej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego pod dowództwem Romualda Rajsa „Burego” na polskich Białorusinach. Zginęło 16 osób, niektórych spalono żywcem, w tym siedmioro dzieci.

W tym miejscu przypomnę, iż podczas spotkania Klubów Myśli Polskiej w Poznaniu 25 stycznia br., mówiłem o polskiej idei narodowej posiłkując się słowami Dmowskiego: „Wszystko, co polskie jest moje, niczego wyrzec się nie mogę. Wolno mi być dumnym z tego, co w Polsce jest wielkie, ale muszę przyjąć i upokorzenie, które spada na naród za to co jest w nim marne.”.

To jest, to musi być drogowskaz każdego, kto chce powoływać się w swojej działalności na tradycję Narodowej Demokracji i samego Romana Dmowskiego. I chociaż mógłbym powiedzieć, zgodnie z prawdą, iż Romuald Rajs nie miał absolutnie nic wspólnego z polskim ruchem narodowym, iż znalazł się przypadkowo w NZW, to jednak nie mam prawa stosować takich tłumaczeń. Dokonał swojej zbrodni pod narodowym szyldem i dlatego ja dzisiaj czuję z tego powodu palący wstyd i wyrzut sumienia, tym większy im bardziej poczuwam się do obowiązków moralnych i tym większy im mocniej „Burego” idealizują zagubieni młodzi ludzie, którym wydaje się, iż w ten sposób przynależą do ruchu narodowego i kontynuują jego myśl. Otóż, polski ruch narodowy nie jest i nie był ruchem prymitywnego szowinizmu, który nie widzi własnych błędów, nie widzi błędów popełnionych w historii Polski, a każdą podłość idealizuje, bo jest polska. Polska myśl narodowa jest radykalnie krytyczna wobec przeszłości i teraźniejszości narodowej, bo tylko w ten sposób można ustrzec się od popełniania tych samych błędów oraz od ześliźnięcia się w wulgarny szowinizm.

Jak pisał Dmowski („Szowinizm”, 1903): „Jeżeli szowinizm, jak to zresztą każdy cywilizowany człowiek zauważa, jest zaślepieniem co do przymiotów swego narodu, co do jego wyższości nad innymi, to przecie żaden kierunek dzisiejszy w Polsce nie krytykuje tak ostro wad narodowych, nie szuka dróg ich usunięcia, nie pracuje tyle na polu wychowawczym, co kierunek demokratyczno-narodowy”.

Apologetyczny nacjonalizm/szowinizm, bezkrytycznie mitologizujący wszystko, co swojskie, to nie jest i nigdy nie była myśl i tradycja Narodowej Demokracji. Owszem, występowały takie tendencje, ale to właśnie był powód do wzmożonej czujności i ich eliminacji. W dzisiejszych czasach – choć symptomy tego zjawiska były zauważalne już w latach 30-tych i właśnie tuż po wojnie – apologetyczny nacjonalizm w Polsce został dodatkowo, i w tym wypadku przez zewnętrzne siły (przez romantyczną prawicę niepodległościową) zainfekowany elementami ekskluzywistycznego romantyzmu z mesjanistyczną wizją Polski jako Chrystusa Narodów na czele.

Na zakończenie tych rozważań teoretycznych pozwolę sobie zacytować Witolda Olszewskiego, wybitnego działacza SN, po wojnie działacza emigracyjnego, a w latach 1956-71 wydawcę i redaktora naczelnego miesięcznika ”Horyzonty”, na łamach którego twórczo rozwijano i dostosowywano do zmieniającej się rzeczywistości, polską myśl narodową. Jeszcze przed „Horyzontami”, Olszewski zamieścił swoje przemyślenia na łamach „Biuletynu Narodowego”, organu Stronnictwa Narodowego we Francji.

U progu 1955 r. Olszewski konstatował: „(…) dzieje drugiej wojny światowej okazały nam potworność nacjonalizmu wyzutego z etyki. To co dla Dmowskiego stanowiło najgłębszą istotę stosunku jednostki do narodu, dla hitleryzmu było bez żadnego znaczenia, a choćby stanowiło obciążenie i przeszkodę. Najniższe instynkty stadne w połączeniu z pychą, kultem przemocy i jednostki złożyły się na tego potwora, który spowodował, iż słowo „nacjonalizm” stało się postrachem nie tyle małych dzieci, ile całej społeczności cywilizowanej. Mało tego. Znalazły się siły. te same. z którymi Dmowski walczył przez, całe życie, a które potrafiły umiejętnie postawić znak równości między pokonanym totalizmem szowinistycznym a wszelkimi przejawami narodowej samowiedzy. Próbują w nas wmówić, iż narodowy oznacza zacofany, zaślepiony, prymitywny. Bo naród jako jedność kulturalna, jako naturalna postać bytu społecznego przeszkadza tryumfującym inżynierom nowego, wspaniałego świata. (…) Jak długo to potrwa, zanim przyjdzie odrodzenie: nie nacjonalizmów ale idei narodowej w rozumieniu Dmowskiego? Tej idei, która ma sens uniwersalny, ogólnoludzki, która narody łączy (a nie dzieli) w obronie naturalnego sposobu życia społecznego przeciw miłośnikom schematu i planowanej organizacji?”

Dzisiaj, mroźny sobotni poranek ostatniego dnia stycznia 2026 r., zaczął się dla mnie jak zwykle od odczytania wiadomości z mediów społecznościowych. Co zobaczyłem? Zdjęcie ze strony FB Młodzieży Wszechpolskiej przedstawiające młodych ludzi niosących baner z hasłem „Bury – nasz bohater”. Zdjęciu towarzyszył krótki tekst: „Jest 2026 rok, a postkomuna wciąż jest u władzy i chce pisać nam historię na nowo. Romuald Rajs ps. Bury był polskim Żołnierzem Wyklętym – bohaterem walk o niepodległość naszej Ojczyzny”.

Do umysłowej aberracji, jaką jest twierdzenie o postkomunie odnosił się nie będę. Ale apologii „Burego” na stronie MW towarzyszyła, w moim prywatnym przeglądzie mediów, wiadomość przesłana przez jedną z naszych najbardziej zaangażowanych w działalność Klubów MP osób. Osoba ta próbowała brać udział w dyskusji na temat zbrodni w Zaleszanach. Co jej odpowiedziano? Że pomordowani w Zaleszanach to byli kolaboranci NKWD i UB. Na grupie, którą obserwuję ktoś inny, komentując poglądy „dyskutujących” o Zaleszanach w trafny sposób zauważył: „To jest dokładnie ta sama argumentacja, jakiej używa się na Ukrainie, żeby bronić zbrodni UPA. Po pierwsze, mówi się, iż zbrodni dokonały pozorowane bandy NKWD przebrane za UPA. Po drugie, Ofiarom i tak się należało, bo to kolaboranci nowego okupanta”.

Skomentowałem to w następujący sposób.

Dokładnie tak właśnie jest. Następuje relatywizacja zbrodni i co gorsza, również moralności. „Wytłumaczeniem” jest głęboko amoralne, prymitywne hasło „nie zabijałem ludzi, zabijałem komunistów”. Przy czym, uznawanie kogoś za komunistę (także dzieci, starców, kobiety, w tym matki) jest całkowicie dowolne i należy w całości do samego zbrodniarza. Istotą tego hasła jest odczłowieczenie (dehumanizacja) wroga. Wtedy wolno już zrobić z nim wszystko. Głosiciele tego hasła nie zauważają jednego. To broń obosieczna. Ktoś inny powie „nie zabijałem ludzi, zabijałem wrogów ludu”, „nie zabijałem ludzi, zabijałem Żydów”, „nie zabijałem ludzi, zabijałem Palestyńczyków”, „nie paliłem napalmem ludzi, paliłem członków Viet Congu”, a jeszcze ktoś inny powie „nie zabijałem ludzi, zabijałem Polaków”. Na koniec nie-ludźmi stać się mogą sami, przekonani o swojej wyższości, zbrodniarze, bo przecież „nie zabijałem ludzi, zabijałem członków reakcyjnych band”.

Do tego prowadzi porzucenie zasad moralnych i łatwość w „tłumaczeniu” swojego zbrodniczego zachowania. W Polsce ten rak nazywa się wyklęci. Nie tylko postawieni na piedestał, ale sakralizowani, których nie wolno krytykować, bo przestaje się być człowiekiem.

W każdym podanym przykładzie jest ten sam mechanizm. Zabijanie dzieci palestyńskich? Dlaczego? Dla jednych , bo to nie ludzie, dla innych, bo w innym czasie i miejscu, dorośli członkowie zbrojnej formacji zabili Izraelczyka.

Przypominam, iż wyklęcizm to nieszczęście zatruwające umysły zwłaszcza młodych ludzi, ale też nieszczęście dotyczące nas wszystkich, bo w diabelski iście sposób dzielące Polaków. „Zawdzięczamy” je Bronisławowi Komorowskiemu (który podjął przygotowany jeszcze przez Lecha Kaczyńskiego projekt i skierował go do Sejmu), IPN i wszystkim, którzy zagłosowali za ustanowieniem ich święta (na 417 obecnych posłów, 406 było za, 8 przeciw, a 3 wstrzymało się; co więcej, pośród tzw. postkomuny, z którą tak dzielnie chce walczyć MW, na 35 obecnych, 31 zagłosowało za!). Wniosek jest prosty – to wciąż rządzące nami elity. Nie wolno nam o tym zapominać. Skłóconym ze sobą, nienawidzącym siebie nawzajem, aż do odczłowieczenia, tłumem, łatwo jest rządzić i manipulować.

Jestem w stanie zrozumieć intencje tych, którzy chcieli uczcić ofiarę niesłusznie zabitych przez państwo, torturowanych i prześladowanych polskich patriotów w czasach stalinowskich. Wszyscy niesłusznie prześladowani zasługiwali na gest sprawiedliwości i pamięci. Ale doszło tu do wykolejenia słusznej idei. Bohaterami stali się też najzwyklejsi bandyci, a czasem i zbrodniarze, zabijający i grabiący wedle swej woli i naciąganych uzasadnień. Czy można było oczekiwać tego wykolejenia na samym starcie? Jak najbardziej. Znając nasze wady narodowe, jak skłonność do czarno-białego widzenia rzeczywistości, do egzaltacji, do patosu, do wystawiania ocen ostatecznych itd. – jak najbardziej. Dzisiaj, ten wypaczony wyklęcizm aplikuje się młodym ludziom wykolejając i niszcząc ich zmysł moralny, po to, aby wykorzystać ich politycznie, ale i aby trzymać w karbach.

Efektem chorego kultu jest usprawiedliwianie mordu zbiorowego, mordu oderwanego od winy indywidualnej, zabijania ludzi na zasadzie krwi, przynależności politycznej – ale nie tych, którzy rzeczywiście coś popełnili, co może zasługiwać na karę – ale dowolnie, innych członków zaliczonych do tego samego zbioru na podstawie czysto subiektywnej oceny i decyzji władczej. Jest to zawsze głęboko amoralne i uczciwy człowiek musi to z obrzydzeniem odrzucić, i z tym walczyć.

Szczególnie oburza deklarowane i dekoratywne „przywiązanie” młodych ludzi – ofiar wyklęcizmu – do symboli chrześcijańskich, zasłanianie się ryngrafami z Matką Boską etc. Pytam, gdzie w nauce moralnej Kościoła wyczytali o konieczności segregowania ludzi na ludzi i nie-ludzi, gdzie wyczytali, iż jednych można zabijać bez mrugnięcia okiem, na podstawie indywidualnej decyzji? Pytań tego typu można by zadać mnóstwo. A co z postulowaną przez Feliksa Konecznego „etyką totalną”, fundamentem cywilizacji łacińskiej, tą samą dla swoich i obcych?

Naprawdę nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak tragiczne konsekwencje rodzi wzruszenie fundamentalnych zasad moralnych. Jędrzej Giertych był krytykowany na emigracji (m.in. przez Zofię Kossak) za zbyt surowy – zdaniem krytyków – osąd moralny tego, co się w Polsce pod okupacją działo. Uważano, iż nie rozumie kontekstu czasu okupacji, gdyż spędził wojnę w obozach jenieckich i kieruje się podręcznikową moralnością. A jednak trudno nie zgodzić się z jego słowami wyrażonymi w artykule „Problemat zabójstwa” na łamach tygodnika katolickiego „Życie” nr 17 (148) z 23 kwietnia 1950 r.:

„Będąc w obozie jeńców wojennych w Niemczech, dość regularnie czytywałem tam przemycaną z Kraju prasę podziemną. Nieraz pięści zaciskałem ze zgrozy, czytając sprawozdania o wykonywanych wyrokach władz podziemnych na zdrajcach i konfidentach policji niemieckiej. […] Nie wątpię, iż ci ludzie zasługiwali na śmierć. Nie wątpię również, iż rozmaite racje natury dobra publicznego przemawiały za ich usunięciem i za sterroryzowaniem ich ewentualnych następców. Ale czy to było warte ceny jakąśmy za to zapłacili? Ceny – demoralizacji? Ceny – zdziczenia, zanarchizowania Kraju, przekształcenia go na Meksyk, na Bałkany pod rządami tureckimi? […] Całe życie Kraju pod okupacją niemiecką, gdy się nad nim zastanowić, wygląda jak zły sen, nie tylko dlatego, iż sprawili to Niemcy, ale także i dlatego, iż sprawiliśmy to sami. Przebudzenie po spłynięciu okupacji było ponure. „Popiół i diament” Andrzejewskiego jest o tyle bardziej ponury od „Dzieci” Prusa, o ile lata okupacji niemieckiej są bardziej ponure od roku 1905.”

Adam Śmiech

Idź do oryginalnego materiału