Wprowadzenie limitu kadencji dla wójtów i burmistrzów miało być rewolucją, która przewietrzy zastałe lokalne układy. Choć w skali kraju ustawa wciąż budzi skrajne emocje, w Małopolsce trudno o lepsze laboratorium badawcze dla tej reformy niż gmina Gdów. Po blisko 25 latach nieprzerwanych rządów jednego gospodarza mieszkańcy coraz głośniej zadają pytanie: czy stabilizacja nie zamieniła się w dryf, a ceną za polityczny monopol jest cywilizacyjne opóźnienie?
Kiedy w 2002 roku Zbigniew Wojas po raz pierwszy zasiadał w fotelu wójta gminy Gdów, świat wyglądał zupełnie inaczej. Polska nie była jeszcze członkiem Unii Europejskiej, telefony były pieśnią przyszłości, a w lokalnej polityce rodziła się nowa era. Wojas przetrwał kolejne reformy, kryzysy i polityczne tąpnięcia, wygrywając kolejne wybory – w tym ostatnie, w 2024 roku, gdzie w drugiej turze pokonał swoją kontrkandydatkę. Dla jednych to dowód na genialny zmysł gospodarski i zaufanie społeczne. Dla innych – podręcznikowy przykład „efektu zasiedzenia”, z którym nowym liderom, mimo szczerych chęci, niezwykle trudno wygrać.
Zwolennicy wieloletnich rządów jednego włodarza najczęściej powołują się na argument ciągłości i stabilności. W teorii ponad dwie dekady u steru powinny pozwolić na stworzenie z gminy dobrze naoliwionej maszyny do pozyskiwania funduszy i realizacji strategicznych celów. Spojrzenie w twarde dane Ogólnopolskiego Rankingu Gmin oraz niezależnych zestawień finansowych samorządów przynosi jednak brutalne zderzenie z rzeczywistością.
Gdów, zamiast bić się o czołowe miejsca z regionalnymi tygrysami, regularnie ląduje w ogonie zestawień, okupując odległe pozycje w okolicach drugiej połowy w kraju. Podczas gdy sąsiednie Niepołomice czy Wieliczka wyrosły na gospodarcze potęgi powiatu, Gdów w oczach ekspertów od finansów samorządowych jawi się jako przeciętniak. Ta dysproporcja kłuje w oczy tym mocniej, iż gmina ma gigantyczny, niewykorzystany w pełni potencjał – chociażby turystyczny i rekreacyjny, związany z terenami nad Rabą.
Największym zarzutem wobec ćwierćwiecza obecnych rządów nie są jednak punkty w rankingach, ale proza życia codzienna mieszkańców. Mowa o gospodarce ściekowej, która w gminie Gdów stała się symbolem inwestycyjnej bezwładności.
Mimo upływu ponad dwudziestu lat, dynamiczny rozwój sieci kanalizacyjnej w gminie zdaje się być wspomnieniem z początku wieku. Decyzje z przeszłości – w tym drastyczne zmniejszenie obszaru tzw. aglomeracji w 2014 roku – sprawiły, iż całe rzesze mieszkańców mniejszych miejscowości zostały oficjalnie i systemowo wykluczone z planów budowy zbiorczej sieci. W XXI wieku, w sercu Małopolski, tysiące gospodarstw domowych wciąż skazane są na kosztowne wywożenie szamba lub indywidualne inwestycje w przydomowe oczyszczalnie. Dla gminy, która aspiruje do miana nowoczesnego miejsca do życia, tak niski procent skanalizowania to potężna wizerunkowa i ekologiczna skaza.
Przypadek gminy Gdów idealnie obrazuje, dlaczego ustawodawca zdecydował się na wprowadzenie dwukadencyjności. Kiedy presja czasu znika, a wygrana w kolejnych wyborach staje się rutyną, priorytety władzy potrafią ulec rozmyciu. Projekty wizerunkowe, festyny i bieżące administrowanie zaczynają dominować nad trudnymi, kosztownymi i niewidocznymi na pierwszy rzut oka inwestycjami wewnętrznymi.
Obecna kadencja (2024–2029) jest dla Zbigniewa Wojasa ostatnią prostą. Przepisy o dwukadencyjności sprawiają, iż bez względu na wynik kolejnych wyborów, gmina Gdów stoi u progu nieuchronnej, systemowej zmiany u steru władzy.
Dla przeciwników limitu kadencji będzie to moment ryzyka i utraty „sprawdzonego gospodarza”. Dla rosnącej rzeszy krytyków to jednak jedyna i historyczna szansa na to, by nowa energia, świeże spojrzenie i brak politycznych zobowiązań z ostatnich 24 lat pozwoliły gminie Gdów wreszcie wyrwać się z infrastrukturalnego impasu. Jedno jest pewne: zegar tyka, a nadchodząca zmiana pokoleniowa będzie dla gminy najważniejszym testem dojrzałości od ćwierć wieku.











