Zastraszanie jako argument. Nowy styl PiS

1 godzina temu
Zdjęcie: PiS


Sejmowa debata nad tzw. ustawą praworządnościową miała być rozmową o naprawie systemu, który przez lata dryfował między chaosem a polityczną uznaniowością. Zamiast tego stała się pokazem, jak nisko potrafi zejść język polityki, gdy brakuje argumentów. Wystąpienie posła Janusza Kowalskiego z PiS dotyczące ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka nie było już choćby ostrą krytyką. Było groźbą – i to wprost.

„Panie Żurek powiem krótko, będziesz pan siedział za dwa lata. Będziesz pan siedział na ławie oskarżonych, przed Trybunałem Stanu” – mówił z sejmowej mównicy Kowalski. Zapowiadał dwadzieścia lat więzienia, straszył artykułami kodeksu karnego, sugerował ucieczkę za granicę: „Już dzisiaj może pan szukać sobie jakiejś lokalizacji. I tak pana znajdziemy, przyprowadzimy, będziesz pan siedział”.

To nie jest już polemika. To jest polityczny odpowiednik listu gończego.

W normalnej demokracji posłowie spierają się o projekty ustaw, wizje reform, skutki społeczno-gospodarcze decyzji rządu. Mogą być ostro, mogą się nie zgadzać, mogą choćby podnosić głos. Ale granicą, której nie wolno przekraczać, są osobiste groźby karne wobec urzędującego ministra. Bo w tym momencie debata przestaje być sporem o państwo, a zaczyna przypominać retorykę zastraszania.

Szczególnie iż projekt, o którym mowa, dotyczy jednej z najtrudniejszych spraw po rządach PiS: statusu tzw. neosędziów. Ustawa praworządnościowa ma ich podzielić na trzy grupy – zieloną, żółtą i czerwoną – i w różny sposób uregulować ich dalszą sytuację zawodową. To skomplikowany kompromis między potrzebą przywrócenia standardów a ochroną stabilności orzeczeń. Można go krytykować, poprawiać, kwestionować. Ale nie straszyć więzieniem tych, którzy próbują go wdrożyć.

Groźby Kowalskiego wpisują się w szerszy schemat zachowania PiS po utracie władzy. Partia, która przez osiem lat miała pełną kontrolę nad prokuraturą, sądami dyscyplinarnymi i instytucjami nadzoru, dziś reaguje na każdą próbę odbudowy praworządności językiem odwetu. Nie ma już mowy o sporze prawnym – jest zapowiedź rozliczeń, „siedzenia”, „odpowiadania przed prokuratorem”.

Szczególnie niepokojące jest to, iż te groźby padają w momencie, gdy Żurek realnie próbuje rozmontować mechanizmy, które PiS sam stworzył. Gdy Kowalski mówi: „Będziesz pan odpowiadał przed prokuratorem, niech się pan modli, żebym to ja za to nie odpowiadał”, brzmi to nie jak opinia posła, ale jak deklaracja przyszłego użycia aparatu państwa przeciwko politycznym przeciwnikom. To dokładnie ten model władzy, przed którym przez lata ostrzegali krytycy PiS.

Paradoks polega na tym, iż ci sami politycy, którzy dziś krzyczą o „zamachu stanu” i „rozpruwaniu szaf sędziów”, wczoraj budowali system oparty na strachu i zależności. Prokurator generalny będący jednocześnie politykiem, dyscyplinarki wobec niepokornych sędziów, presja personalna, medialne nagonki – to była codzienność. Teraz, gdy prokuratura znów zaczyna działać niezależnie, PiS reaguje paniką i agresją.

Słowa Kowalskiego nie są więc incydentem. Są sygnałem, iż PiS nie pogodził się z utratą monopolu na definiowanie prawa i winy. Zamiast argumentów – groźby. Zamiast debaty – zapowiedzi więzienia. Zamiast polityki – język quasi-prokuratorski, w którym przeciwnik jest z góry uznany za przestępcę.

Tego rodzaju retoryka nie powinna mieć miejsca w żadnej kulturze demokratycznej. Nie dlatego, iż obraża jednego ministra. Ale dlatego, iż podkopuje sens samej polityki jako przestrzeni sporu na idee, a nie na wyroki. jeżeli Sejm staje się miejscem, gdzie posłowie grożą sobie nawzajem więzieniem, to nie jest już parlament. To tylko głośna sala przesłuchań.

Idź do oryginalnego materiału