Wszystko, co odwraca uwagę Polaków od katastrofalnych rządów Donalda Tuska jest dla Donalda Tuska darem niebios. Często te dary sam musi sobie podrzucić albo wyprodukować, tak jak to było w przypadku rozdmuchanej afery Zondacrypto, ale zdarzają się też prezenty, które przychodzą z różnych, czasami nieoczekiwanych stron. Od dłuższego czasu Tusk korzystając z rosyjskich darów, z prawdziwym zaangażowaniem sięga po tematykę wojenną, bo straszenie Polaków wojną z Rosją to solidny odwracacz uwagi, chociaż nadużywany stopniowo traci na sile.
Po raz pierwszy Donald Tusk straszył wojną nie po wybuchu konfliktu na Ukrainie w 2022 roku, ale po aneksji Krymu i przed wyborami samorządowymi w 2014 roku:
Istnieje blisko naszych granic problem zagrożenia gorącą wojną i ewentualna interwencja Rosji na Ukrainie, o której mówi się jako wciąż bardzo prawdopodobnej, będzie oznaczała, iż tuż za naszą granicą jest wojna. jeżeli komuś się z tego chce śmiać, to gratuluję poczucia humoru. Mnie nie chce się śmiać (…). Te wybory europejskie być może są o tym, czy w Polsce dzieci 1 września w ogóle pójdą do szkoły. Te wybory są o tym, czy Europa – zintegrowana i zjednoczona, NATO świadome powagi sytuacji będą zdolne do realizacji tej fundamentalnej idei, jaka legła u podstaw i NATO, i UE, czyli solidarności w chwilach najcięższych.
Od tamtego czasu minęło 12 lat i od 12 lat dzieci chodzą do szkoły, ale przez cały czas razem z rodzicami są straszone wizją nieuchronnej wojny. W kwietniu 2026 roku, podczas pobytu na Cyprze, Donald Tusk udzielił wywiadu brytyjskiemu dziennikowi Financial Times i znów prorokował rychłe otwarcie frontu:
Jeśli chcemy uniknąć jakichś agresywnych kroków ze strony Rosji, musimy pokazać sobie, Ameryce i Rosji, iż Europa Polska, wschodnia flanka jest naprawdę gotowa do obrony w takim praktycznym wymiarze (…). To naprawdę poważna sprawa. Mam na myśli perspektywę krótkoterminową, raczej miesiące niż lata. Dla nas niezwykle ważne jest, aby mieć pewność, iż wszyscy będą traktować zobowiązania wobec NATO równie poważnie jak Polska.
Gdy premier dużego europejskiego państwa, należącego do Unii Europejskiej i NATO, wypowiada tak dramatyczne słowa, to wypada założyć, iż wie o czym mówi i sytuacja rzeczywiście jest poważna. W przypadku Donalda Tuska tak się jednak nie dzieje i nigdy nie działo, ponieważ rzucanie obietnic bez pokrycia i podkręcanie emocji społecznych to jego ulubiony model uprawiania polityki. Retoryka wojenna została włączona do całego pakietu propagandowego, a w ostatnich dniach zajmuje pierwsze miejsce. Drugi dzień z rzędu Donald Tusk organizuje kryzysowe narady, po incydentach z udziałem rosyjskich dronów. Wczoraj dron uderzył w ukraińską lokomotywę, ale całe zajście rządowe ośrodki propagandowe przedstawiły niemal jako bezpośredni atak na Polskę, bo do ataku doszło dwa kilometry od polskiej granicy i w dodatku pociąg jechał z Kijowa do Warszawy.
Dziś z klei Bałtyk wyrzucił uszkodzony rosyjski dron i to był wystarczający powód, aby ponownie zwołać radę kryzysową z udziałem wojskowych. Podobne spektakle Donald Tusk urządzał w czasie powodzi, wtedy zakładał swoją słynną kurtkę powodziową i przechadzał się obok worków z piaskiem, a potem transmitowano na żywo posiedzenia sztabu kryzysowego. Teraz Donald Tusk założył wojenną kurtkę, ale cała reszta praktycznie pozostała bez zmian. Premier i ministrowie siedzą przy stole i robią zatroskane miny, absolutnie nic konkretnego z tych nasiadówek nie wynika, ale z pomocą mediów atmosfera wojennej grozy unosi się w powietrzu i przesłania plafony na stacjach benzynowych z rekordowymi cenami paliw, bardzo dalekimi od obiecanych 5,19 złotych za litr.
Nie wierzymy nikomu, nie wierzymy w nic! Patrzymy na fakty i wyciągamy wnioski!

2 godzin temu










