Środowe sceny pod siedzibą Krajowej Rady Sądownictwa mówiły mniej o „zamachu stanu”, a znacznie więcej o politycznej potrzebie wywołania awantury. Gdy prokuratorzy w asyście policji weszli do budynku, by przeprowadzić przeszukanie, posłowie Prawa i Sprawiedliwości pojawili się niemal natychmiast, gotowi do odegrania znanej roli: obrońców konstytucji przed „siłowym przejęciem państwa”. Problem w tym, iż w tej opowieści zabrakło jednego – faktów, które uzasadniałyby użycie tak ciężkich słów.
Dariusz Matecki relacjonował na żywo: „Jesteśmy przed KRS-em i właśnie policja zablokowała posłom na Sejm wejście do KRS-u. (…) W tej chwili biorą udział w zamachu stanu”. Sebastian Kaleta poszedł jeszcze dalej, mówiąc o „kodeksowym wypełnieniu znamion zamachu stanu, czyli siłowego przejęcia konstytucyjnego organu państwa”. To brzmi jak fragment thrillera politycznego, ale w rzeczywistości mamy do czynienia z rutynową czynnością procesową.
Z informacji przekazanych przez Prokuraturę Krajową wynika jasno, iż przeszukanie dotyczyło pomieszczeń biura Rzecznika Dyscyplinarnego Sędziów Sądów Powszechnych, a jego celem było zabezpieczenie dokumentów w sprawie dotyczącej ich ukrywania. Innymi słowy: prokuratorzy działali na podstawie decyzji procesowej, nie politycznego kaprysu. W demokratycznym państwie prawa to standard, a nie zamach.
Tymczasem posłowie PiS zachowywali się tak, jakby stawką była obrona konstytucji przed czołgami. Policja czasowo blokowała wejście do budynku, co w normalnych warunkach jest elementem zabezpieczenia czynności prokuratorskich. Nie chodziło o uniemożliwienie parlamentarzystom kontroli, ale o zapewnienie porządku w trakcie przeszukania. Ostatecznie zresztą posłowie do KRS weszli, co jeszcze bardziej podważa sens dramatycznych deklaracji.
Cała sytuacja wyglądała więc na starannie wyreżyserowany spektakl. Posłowie PiS szukali zwady i robili wszystko, by wykrzesać awanturę. Kamery, nagrania w mediach społecznościowych, ostre słowa – wszystko to miało stworzyć wrażenie kryzysu konstytucyjnego. W praktyce był to raczej kryzys wiarygodności polityków, którzy każdą czynność organów ścigania wobec instytucji zbudowanych za ich rządów traktują jak osobisty atak.
Rzucanie pojęciem „zamachu stanu” w sytuacji przeszukania dotyczącego „ukrywania dokumentów” jest nie tylko przesadą, ale i banalizacją prawdziwych zagrożeń dla demokracji. jeżeli każda interwencja prokuratury wobec instytucji publicznej ma być uznawana za zamach, to znaczy, iż w Polsce nie można już prowadzić żadnego śledztwa bez oskarżeń o dyktaturę. To logika, która skutecznie paraliżuje państwo.
Warto też zauważyć paradoks tej narracji. PiS przez lata bronił rozwiązań, które ograniczały niezależność sądów i prokuratury, podporządkowując je politycznej kontroli. Dziś ci sami politycy oburzają się, iż prokuratura działa samodzielnie i wykonuje swoje obowiązki. Wczoraj była „za mało skuteczna”, dziś jest „narzędziem zamachu stanu”.
Wejście prokuratorów do siedziby KRS można więc odczytać nie jako zagrożenie dla demokracji, ale jako jej test. Test tego, czy instytucje państwa są w stanie prowadzić postępowania bez ulegania presji politycznej i medialnej. Reakcja PiS pokazuje raczej, iż partia ta nie potrafi funkcjonować w świecie, w którym nie kontroluje organów ścigania i nie wyznacza granic tego, co wolno badać.
Środowa awantura była więc bardziej demonstracją politycznego zadymiarstwa niż realnego konfliktu konstytucyjnego. Ciężkie słowa padały bez najmniejszego pokrycia, a „zamach stanu” okazał się po prostu przeszukaniem w sprawie dokumentów. W demokracji to prokuratura ma prawo sprawdzać instytucje publiczne. Politycy natomiast mają prawo to komentować – ale nie mają monopolu na prawdę, choćby jeżeli bardzo głośno krzyczą.

2 godzin temu












