Zakorzeniony w Roztoczu. Jarosław Korzeń: "Żeby odnosić sukcesy, cały powiat musi być drużyną"

3 tygodni temu
– Pochodzi pan z rodziny związanej z ziemią tomaszowską, ale urodził się pan w Rybniku. Jak ta mieszanka Śląska i Lubelszczyzny ukształtowała pańskie spojrzenie na region?– Urodziłem się w Rybniku ale mieszkałem tam tylko dwa lata, więc kilka pamiętam z tego pięknego Śląska. Zawsze były mi bliskie opowieści mamy i taty o tamtych stronach. Miałem tam rodzinę, często bywałem na Śląsku, grałem też przez rok w Górniku Zabrze. Później wracałem tam jeszcze, żeby zobaczyć, jak Śląsk zmieniał się w latach 90. Zawsze coś mnie tam ciągnęło.Do dziś mam z nim kontakt – chociażby przez syna, który służy w armii w Gliwicach. Śląsk kojarzy mi się z jednej strony z bogactwem i porządkiem, a z drugiej – z brudem, szczególnie tym z lat 90. Pamiętam, jak jako zawodnik Górnika dojeżdżałem z Tychów do Zabrza – przy koksowni Makoszowy, czy przy przystankach w pobliżu kopalń, kiedy autobus otwierał drzwi, w powietrzu unosiły się tumany kurzu. To było naprawdę ciężkie powietrze. Ale ludzie mieli pracę, dobrze zarabiali i byli w jakimś sensie spokojni o swoją przyszłość.Dzisiaj Śląsk jest czysty, nowoczesny, ale wiele kopalń zostało zamkniętych i pojawił się problem pracy. Mimo wszystko to ogromna aglomeracja z wielkim potencjałem. No i historycznie – przecież Piastowie śląscy, to też nasze korzenie.Mówię często: urodziłem się na Śląsku ale ukształtowała mnie jednak wschodnia Polska. Ten wschodni zaśpiew słychać w moim głosie. To też inne podejście do wiary, do ziemi. Pochodzę z rodziny rolniczej, jestem synem chmielarza – ojciec założył plantację, więc ja się w tym chmielu dosłownie „wychowałem”. Może dlatego dziś lubię czasem napić się piwa.Czuję się człowiekiem „na dwóch nogach” – widziałem wielkie miasta, aglomeracje, ale wychowałem się na wsi. I choć rozumiem jedno i drugie, to wieś jest mi bliższa – ten roztoczański system wartości: blisko rodziny, blisko Kościoła, blisko tradycji.– Gdyby odjąć politykę i samorząd, kim byłby dziś Jarosław Korzeń jako człowiek piłki?– Myślę, iż byłbym trenerem. Nie wiem, w jakiej lidze i gdzie, ale moje życie to była piłka – jako zawodnik, trener, działacz. Zawsze to kochałem. Pewnie kręciłbym się gdzieś wokół szkoły – jako nauczyciel wychowania fizycznego, może dyrektor. I myślę, iż byłbym niezłym trenerem, bo pracując z młodzieżą miałem sukcesy.Życie potoczyło się jednak inaczej – szkoła, dyrektorowanie, później samorząd. Nie żałuję, bo tu też można zrobić wiele dobrego. Ale brakuje mi tego piłkarskiego drylu, treningów, emocji i stresu meczowego.Z drugiej strony – trener nie ma życia prywatnego. Czytałem niedawno wywiad z Jürgenem Kloppem – mówił, iż przez 25 lat pracy był dwa razy na weselu, w tym raz na swoim, a do kina poszedł dopiero po zakończeniu kariery. To pokazuje, jak bardzo ten zawód pochłania. Wszystko odbywa się kosztem rodziny.Dzisiaj mam jednak więcej czasu w swoje pasje.– Koledzy mówią, iż w starostwie jest pan poważnym urzędnikiem, a w szatni był pan naczelnym żartownisiem. Co trudniej udźwignąć – ciężar urzędu czy atmosferę szatni przed ważnym meczem?– Paradoksalnie mecz trwa tylko 90 minut, a stres potrafi być ogromny. Czasem aż wywołuje… głupawkę. U nas nigdy nie było meczów „o nic” – zawsze graliśmy o awans albo o utrzymanie. Ten stres był codziennością.Ja starałem się go rozładowywać. Trochę żartem, trochę dystansem. Miałem też taką swoją „specjalność” – robiłem odprawy przed odprawami trenera. Naśladowałem go, rozbawiałem chłopaków. Raz trener Wieczerzak wszedł w trakcie mojej „odprawy” i stwierdził, iż jego już nie potrzeba – i wyszedł. Mecz wygraliśmy, więc obyło się bez konsekwencji.Jako kapitan drużyny czułem odpowiedzialność za atmosferę. Wiedziałem, iż chłopaków trzeba czasem rozluźnić, bo stres był naprawdę duży.– Czego z boiska nauczył się pan na całe życie i wykorzystuje dziś w samorządzie?– Przede wszystkim tego, iż wszystko jest procesem. Samorząd to nie jest jeden sukces – wybudowanie drogi czy szpitala. To ciągła praca. Podpisujesz niejako „kontrakt” na kilka lat, jak zawodnik czy trener, i robisz swoje.Nie ekscytuję się nadmiernie sukcesami, ale też nie rozpamiętuję porażek. w okresie masz 30–40 meczów – nie da się wszystkich wygrać. Najważniejsze to umieć się podnieść.Piłka nauczyła mnie też walki do końca i pracy zespołowej. To gra drużynowa – i tak samo jest w samorządzie. Tworzymy zgrany zespół. Naszym liderem jest starosta Henryk Karwan, który został samorządowcem roku. I choć to jego wyróżnienie, to wszyscy czujemy, iż to sukces całej drużyny.– Czy znajduje pan dziś czas na aktywność fizyczną? I czy wróci pan jeszcze na boisko?– W moim wieku to już raczej oldboje (śmiech). Pasje trochę się zmieniły – motocykl, strzelectwo sportowe. Niedawno zdobyłem licencję strzelca sportowego, niedługo będę miał pozwolenie na broń.Wracam też do nart – ostatnio zjechałem z dwóch najtrudniejszych tras na Kasprowym Wierchu. Do tego jogging, siłownia. No i praca fizyczna – mam dużą działkę, lubię drewno, robię meble. W końcu nazywam się Korzeń – nazwisko zobowiązuje.– Jakiej decyzji będzie pan bronił za 10 lat, mówiąc: to naprawdę zmieniło powiat?– Bez wahania: budowy centralnego bloku operacyjnego, czyli nowego serca naszego szpitala. To jedna z największych inwestycji w regionie.Drogi, boiska, świetlice są ważne – ale zdrowie jest najważniejsze. Bez tej inwestycji szpital w obecnej formie mógłby nie przetrwać. Dziś mamy praktycznie nową jednostkę, a stare budynki zyskają nowe funkcje – geriatria, rehabilitacja.Chciałbym, żeby mieszkańcy to docenili. Problemem pozostaje niedofinansowanie z NFZ, ale wierzę, iż to się unormuje.– Co powiedziałby pan młodym ludziom, którzy zastanawiają się, czy zostać w powiecie?– Przede wszystkim: zostańcie w Polsce. To najważniejsze. Wiem, iż młodzi wyjeżdżają – choćby moje dzieci pewnie wyjadą. Ale chciałbym, żeby nie opuszczali kraju.Powiat się wyludnia – to fakt. Rodzi się coraz mniej dzieci. Bez rozwiązań systemowych tego nie zatrzymamy.Widzę jednak ludzi, którzy wracają – po latach w korporacjach, często wypaleni. Wracają z pieniędzmi, ale zmęczeni psychicznie. Tu może żyje się skromniej, ale spokojniej, z większym sensem.– Jakie są dziś największe wyzwania powiatu?– Demografia i praca. To nas najbardziej uderza. Z ponad 100 tysięcy mieszkańców zeszliśmy do około 74 tysięcy. To ogromny spadek.Za chwilę może zabraknąć kobiet w wieku produkcyjnym. To naprawdę poważne zagrożenie. Bez działań na poziomie państwa nie damy sobie z tym rady.– Czego oczekuje pan od dużej polityki?– Jednej konkretnej rzeczy: infrastruktury. Drogi są krwioobiegiem. Droga S17 nas przybliży do Lublina i Warszawy.Ale prawdziwą szansą byłby Centralny Port Komunikacyjny. Dla takiego powiatu jak nasz – to byłoby okno na świat, szczególnie dla rolnictwa i eksportu żywności. I tego najbardziej żal, jeżeli rzeczywiście ten projekt nie powstanie.– Po co samorządom Stowarzyszenie Gmin Powiatu Tomaszowskiego, któremu pan przewodzi? Co możecie zrobić razem, czego nie dałoby się osobno?– To stowarzyszenie powstało ponad 20 lat temu z bardzo konkretnego powodu – samorządy chciały wspólnie wybudować wysypisko śmieci w Rogóźnie. To się nie udało, ale sama struktura została.Zrzesza wszystkich wójtów i burmistrzów z powiatu. Z urzędu prezesem jest wicestarosta, więc ta funkcja przypadła też mnie. I powiem szczerze – wcześniej to stowarzyszenie funkcjonowało różnie. Nie do końca było wiadomo, w którą stronę powinno iść.Postanowiłem to uporządkować. Zaczęliśmy pisać projekty, szukać środków w fundacjach, instytucjach, firmach. I ruszyliśmy – głównie w kierunku działań patriotycznych i ekologicznych.PRZECZYTAJ TEŻ: – Które z tych projektów uważa pan za najbardziej namacalne i ważne?– Jedną z najważniejszych inicjatyw jest nasz piknik historyczny, organizowany co roku w sierpniu. To wydarzenie, które przyciąga blisko tysiąc osób i jest żywą lekcją historii.Tam historię chłonie się wszystkimi zmysłami – nie tylko przez rekonstrukcje, ale też przez smak, zapach, muzykę, jedzenie, rękodzieło. To nie jest „sucha” historia z podręcznika, tylko doświadczenie. Dlatego ta impreza ma swoją wartość i na stałe wpisała się w kalendarz.Została choćby zgłoszona do „Diamentów Kultury Województwa Lubelskiego”, więc jest szansa, iż wyjdzie szerzej poza powiat.– Wspominał pan też o działalności wydawniczej.– Tak, to dla mnie bardzo ważna część działalności stowarzyszenia. Wydajemy książki i publikacje historyczne.Z ostatniego roku wymieniłbym dwie. Pierwsza to komiks „Opowiedz mi dziadku o żołnierzach wyklętych”. Napisałem do niego wstęp. To bardzo osobista historia – opowiada o moich dziadkach.Jeden z nich był żołnierzem wyklętym – został zamordowany na zamku w Lublinie, odarty z honoru. Drugi walczył w Wojsku Polskim, szedł na Berlin, rozminowywał Warszawę. Bohater – ale w zupełnie innym kontekście historycznym.Dwóch ludzi, dwa życiorysy, a jeden wspólny mianownik – walka o Polskę. I to chcieliśmy pokazać.Druga publikacja to efekt konferencji naukowej – książka o grodach czerwieńskich. To nasz ogromny, często niedoceniany skarb.Te grody to była kiedyś strategiczna przestrzeń – kto nimi rządził w X–XI wieku, ten miał władzę i pieniądze. To był istotny szlak handlowy. Centrum znajdowało się w Czermnie – w Czerwieniu.Mamy w muzeum skarb o światowej wartości, a same grody wciąż nie są do końca odkryte. Ta książka pokazuje ich znaczenie – czym były, jak funkcjonowały, jak wyglądało życie w tamtym czasie.– Dużo mówicie też o edukacji młodych.– Bo to dla mnie bardzo ważne – byłem nauczycielem, dyrektorem szkoły i to we mnie zostało.Zorganizowaliśmy powiatowe konkursy wiedzy o Janie Pawle II – z okazji rocznic jego urodzin i śmierci. Wzięło w nich udział ponad 250 uczniów. Najlepszych 50 zabraliśmy do Krakowa, Wadowic i Łagiewnik.Podobnie było z konkursem o Bolesławie Chrobrym – w związku z 1000-leciem koronacji. Tu uczestniczyło już ponad 300 uczniów. Najlepsi pojechali do Lublina, do marszałka województwa.To są rzeczy, z których jestem naprawdę dumny.– No i Łuk Zwycięstwa – inwestycja, która budziła emocje.– Tak, ale dziś mogę powiedzieć jedno: łuk stoi i nikogo się nie boi (śmiech).To nasze wspólne dziecko – starosty, posła i stowarzyszenia. Były trudności, były kontrole, były emocje, ale wszystko się obroniło.CZYTAJ WIĘCEJ: Tomaszów Lubelski: Łuk Zwycięstwa powstał legalnie. Prokuratura umorzyła postępowanieDziś mamy jedyny taki łuk w Polsce. I co interesujące – wokół niego zaczęły powstawać kolejne inwestycje. W odległości około 100 metrów mamy nowy blok operacyjny szpitala i Powiatowe Centrum Sportu.Trochę żartuję, iż ten łuk „promieniuje” inwestycjami. Ale coś w tym jest – najpierw kultura, potem przychodzą pieniądze.– Jakie plany ma stowarzyszenie na najbliższy czas?– Bardzo ambitne. W tym roku chcemy zorganizować duży zlot motocyklowy „Przez Roztocze do niepodległości”.To będzie nawiązanie do historii – do momentu, gdy Józef Piłsudski w 1901 roku przekroczył granicę zaborów nad Tanwią. To był symboliczny moment, który zapoczątkował jego działalność niepodległościową.Zrobimy rekonstrukcję tego wydarzenia – pokażemy, jak Piłsudski z żoną przeprawiał się przez rzekę. Chcemy, żeby historia była żywa.Planujemy też drugą część komiksu „Opowiedz mi dziadku” – o dzieciach i wnukach żołnierzy wyklętych. O ich wyborach, często bardzo trudnych, w latach 70., 80. i 90.– W statucie stowarzyszenia jest zapis o „wspólnym działaniu na rzecz rozwoju powiatu”. A w praktyce – gdzie ścierają się interesy gmin?– Na początku tej kadencji było trochę napięcia. Polityka gdzieś tam się pojawiała, niektórzy wójtowie podchodzili do mnie z dystansem.Ale z czasem się dotarliśmy. Zobaczyli, iż to działa – iż projekty przynoszą konkretne efekty i trafiają do wszystkich gmin.Dziś mamy pełną współpracę – wszystkie 13 gmin jest w stowarzyszeniu. Uchwały nie zawsze są jednogłośne, bo to normalne, ale jest zaufanie i wspólny cel.Ja mam komfort pracy.I chcę podziękować zarządowi – wiceprezesowi Dariuszowi Kozłowskiemu, skarbnikowi Piotrowi Pasiecznemu, Jackowi Wiśniewskiemu i Robertowi Bondyrze. To ludzie, z którymi naprawdę można robić dobre rzeczy. I działamy razem. Bo tylko razem ma to sens.– Panie starosto, na zakończenie – czego życzy pan czytelnikom „Kroniki Tygodnia” i mieszkańcom powiatu tomaszowskiego z okazji zbliżających się Świąt Wielkanocnych?– Przede wszystkim spokoju. Bo dzisiaj wszyscy gdzieś pędzimy, jesteśmy zabiegani, często zmęczeni codziennością. Życzę, żeby te Święta Wielkanocne były czasem zatrzymania się – dla siebie, dla rodziny, dla najbliższych.Życzę zdrowia, bo ono jest najważniejsze – dopiero jak go brakuje, naprawdę to rozumiemy. Życzę też nadziei i optymizmu, bo Wielkanoc to przecież czas odrodzenia i nowego początku.Niech to będzie czas spotkań przy wspólnym stole, rozmów, pojednania. Żebyśmy potrafili być razem – mimo różnic, mimo codziennych problemów.Wszystkim mieszkańcom powiatu tomaszowskiego i czytelnikom „Kroniki Tygodnia” życzę spokojnych, rodzinnych, pełnych wiary i nadziei Świąt Wielkanocnych. – Dziękuję za rozmowę.
Idź do oryginalnego materiału