Z rumowiska pamięci

myslpolska.info 2 godzin temu

Nie od dziś żyjemy w makabrycznym świecie z wizji Orwella. Rządzi Wieczna Teraźniejszość, manipulowana i krańcowo zakłamana. W dozowanych porcjach posiłkuje ją kompletnie fabrykowana przeszłość, w istocie falsyfikat służący bieżącej agitacji. Z kolei przyszłość kryje się w groźnej mgle. Coraz groźniejszej.

Jestem starym człowiekiem. W moim wieku pamięć ma prawo szwankować, choćby pamięć naukowca-historyka. Przez całe lata miałem jednak zwyczaj robienia skrupulatnych notatek z kroniką bieżących wydarzeń, które opatrywałem krótkim komentarzem. Ta pamięć utrwalona na papierze wspomaga przez cały czas pamięć naturalną.

Gdy teraz śledzę w bezsilnej rozpaczy zmagania mordowanego Iranu, właśnie ta pamięć kieruje mnie daleko wstecz. W pierwszym kwartale 1979 r. runęło Cesarstwo Iranu, którego ostatni władca Mohammed Reza z dynastii Pahlawich, Szachinszach Aryamer (Król Królów, Światło Ariów) panował bardzo długo, bo w latach 1941-1979. Jak doszło do jego upadku?

Muszę więc wprowadzić kilka refleksji historycznych. Olbrzymie indoeuropejskie (aryjskie) imperium Persji pod panowaniem starożytnej dynastii Achemenidów (668-330 r. przed Chr.) wytworzyło całkowicie samoistną kulturę. Podbiło całą Azję Przednią i Azję Mniejszą oraz Egipt, zagroziło Grecji. Przegrało jednak w zderzeniu z imperium macedońskim Aleksandra Wielkiego i zostało pochłonięte przez monarchie hellenistyczne (330-248 r. przed Chr.). Z tej olbrzymiej klęski podniosło się jednak całkiem gwałtownie w szczuplejszych nieco granicach w postaci Królestwa Partów z dynastią Arsacydów na tronie (248 przed Chr. – 224 po Chr.), rywala hellenistycznych Seleucydów, a następnie Rzymian, ale wrażliwego na wpływ cywilizacji greckiej i rzymskiej. Po Partach powstała kolejna formacja państwa perskiego pod władzą całkowicie rodzimej dynastii Sasanidów (224-651). Jej absolutnym spoiwem była fascynująca, henoteistyczna religia mazdeizmu (Zaratustry), która w postaci archaicznej była już obecna w Persji Achemenidów. Po latach świetności Persowie doznają serii klęsk. Następuje podbój ich państwa przez muzułmański kalifat Arabów (651-1258) i nieuchronna islamizacja miejscowej ludności. Resztki mazdeistów chronią się w Indiach. Po połowie XIII w. i przez cały wiek XIV Persja ulega naporowi Mongołów (państwo ilchanów z dynastii Hulagu), a w latach 1405-1501 Turkmenom. Wszystkie obce władztwa cechuje jeden rys: afirmacja religii muzułmańskiej. Od tego faktu nie było odwrotu, choć pierwsi ilchanowie mongolscy, wiedzeni typową dla nich tolerancją religijną, wahali się. Ale i oni przyjęli islam w persko-arabskim morzu.

W 1501 r. zaczyna się tzw. okres nowoperski. Persja odzyskuje niepodległość pod władzą szachów z narodowej dynastii Safawidów (1501-1736), potem Nadira (1236-1750/1796), Zandidów (1750-1789) i Kadżarów (1789-1925). To potężne państwo, toczące udane boje z Turcją Osmańską, jest krajem na wskroś muzułmańskim w wersji szyickiej. I oto w 1925 r. na tronie zasiada szach Reza z nowej dynastii Pahlawi, który z dużym umiarem „modernizuje” państwo, a w 1935 r. nadaje mu nową nazwę Iran.

Wracam zatem do panowania ostatniego szacha, syna Rezy, Mohammeda Rezy. Już w czasie drugiej wojny światowej Iran znalazł się pod kuratelą tzw. aliantów, przede wszystkim Wielkiej Brytanii. Na szczęście dla monarchii Pahlawich gwałtownie zostały wyparte wpływy ZSRR, tymczasem apetyty towarzysza Stalina na tym terenie były jasno formułowane. Po słabnącej „opiece” brytyjskiej Iranem zajęły się po swojemu Stany Zjednoczone i już go nie opuściły. To jednak przyszłości Iranu nie zabezpieczyło. Żarłocznych potentatów przemysłu z USA zawsze nęciło niezmierzone bogactwo naftowe tego kraju. W latach 1953-1954 rząd Mossadeka ośmielił się znacjonalizować złoża ropy naftowej, traktując je jako skarb narodowy. CIA uszykowała zatem pucz, do poparcia którego namówiono bez trudu młodego szacha. Błąd emancypacyjny do końca jego panowania nigdy nie został powtórzony. Jedna lekcja wystarczyła. Nie można jednak Mohammedowi Rezie odmówić bardzo wielu zasług. Poważnie traktując obowiązki władcy i ojca narodu starał się o wszechstronny rozwój w każdej dziedzinie (zwano to „białą rewolucją”), ale całą politykę oparł na sojuszu z USA. Jak wielu przed nim i wielu po nim na całym świecie łudził się, iż zapewni w ten sposób na długo pomyślność Iranu. Bez wątpienia motywował go lęk przed ekspansją radzieckiego komunizmu, a w słuszności obranej drogi upewniała go wściekłość demonstrowana przez przywódców „obozu radzieckiego”.

Iran szacha stał na zawadzie w azjatyckich planach ZSRR. Wierząc jednak w wiekuiste gwarancje Amerykanów mylił się boleśnie i głęboko. Oprócz tego błędu strategicznego popełnił jednak drugi, w skutkach znacznie gorszy. W latach 70-tych zaczął jawnie lekceważyć islam szyicki czyli fundament kultury, mentalności i obyczajów całego ludu. Garstka kosmopolitycznej elity jak wszędzie, nie miała żadnego prestiżu w tym kraju. Szach postanowił wskrzesić tradycję starożytnego imperium z epoki Achemenidów i Sasanidów. Nie zdawał sobie sprawy, iż miliony żarliwie wierzących muzułmanów uzna to za ciężką obelgę, a w pojęciu szyickich teologów i prawników będzie to niewybaczalna hańba. Mało kto pamięta, iż na bazie swoistej „laicyzacji” władca sprowadził do Iranu wielu ekspertów z Izraela (z całymi rodzinami), dając im luksusowe warunki do życia. To też budziło gniew. Twarda władza monarchii (w pełni zresztą uzasadniona) nie równoważyła narastającego kryzysu, którego źródłem była iluzja trwałego poparcia z USA (które oczywiście korzystały ile wlezie z możliwości gospodarczych Iranu), a nade wszystko jawna pogarda dworu dla religii całego społeczeństwa. Nadeszła rychła katastrofa. Rewolucja przełomu 1978 i 1979 r. budziła w obserwatorach i cichych wspólnikach zagranicznych wzajemnie sprzeczne nadzieje. ZSRR liczył na zwycięstwo komunistów rodzimych oraz z importu czyli na metodę afgańską. Pupile radzieccy po fazie chaosu mieli przechwycić władzę i dokonać stosownych rzezi. To się przecież udało wtedy w Afganistanie (co prawda za cenę koszmarnej 10-letniej wojny, ale co tam), udało się w 1975 r. w Indochinach i równocześnie udało się w Afryce (Etiopia, Angola, Mozambik). ZSRR był wtedy wszędzie w natarciu, a „Zachód”, rozmamłany od środka, wszędzie ponosił klęski. Z kolei liberalni „postępusie” tzw. Zachodu liczyli na obalenie „wstecznej” monarchii i powołanie kolejnego patologicznego tworu tzw. demokracji liberalnej, ze wszystkimi immanentnymi cechami degeneracji tego modelu ustrojowego.

Ayatollah Ruhollah Chomeini, który z emigracji we Francji [sic] przygotował cały przewrót, w genialny sposób wykiwał obie strony czające się do skoku. Spiskowcy muzułmańscy pod wodzą duchownych szyickich wykorzystali wszystkie siły wywrotowe do obalenia tronu i zmiany ustroju, a następnie bezwzględnie pozbyli się rywali i chwilowych sojuszników. Pierwsze egzekucje wybiły monarchistów (zamordowano m.in. ponad stu generałów wiernych szachowi, ministrów, dostojników dworskich i uczonych tej orientacji), a następnie zabrano się za „czerwonych” wszelkiej maści i proweniencji. Pamiętam najpierw szok, a potem biadania komentatorów z Układu Warszawskiego. Dojrzałe jabłko wymknęło się im z łap. Ale wymknęło się też bestyjkom kapitalizmu. Groteskowe grupki liberalne miały do wyboru szybką emigrację, albo więzienie, a przy próbach buntu też egzekucje. Na końcu zwycięski obóz rozdeptał „mudżahedinów ludowych”, lewicową organizację terrorystyczną (jej emigracyjne niedobitki weszły do racjonalnej hodowli pod batutą USA, a po 1990 r. umieszczono ich w Albanii!). Potem już tylko zdarzały się pacyfikacje Kurdów lub Azerów, a większe znaczenie miała nierozstrzygnięta wojna z Irakiem.

Iran przekształcił się w Republikę Muzułmańską. Poszedł własną drogą ustrojową, realizując wskazania Koranu i szariatu. Ustrój ten znalazł poparcie olbrzymiej większości mieszkańców. Duchowni szyiccy cieszyli się olbrzymim poważaniem i zaufaniem. Odnośnie krwawego przełomu 1979 r. na osobną uwagę zasługuje typowy casus USA. Mohammed Reza do końca wierzył w pomoc Amerykanów, którzy mieli wobec niego nielichy dług wdzięczności. Ale tej kategorii w polityce nie ma. Szach wykazał się wtedy niestety tragiczną cechą „ostatnich władców” (inne przykłady: Mikołaj II, Hajle Selassje). Mianowicie w decydującej fazie walki o przyszłość państwa demonstrował dobroduszną fajtłapowatość. Takich władców każda rewolucja żywcem pożera. Na litość i kompromis nie ma miejsca. Oczywiście USA reagowały typowo: murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść. Amerykanie zostawiali zresztą na lodzie także sprzymierzeńców mężnych i wytrwałych (vide: Chiny narodowe, Tybet, Wietnam, Laos, Kambodża itd.). Gdy szach, ciężko chory na raka, opuszczał swój kraj, ani administracja USA (wtedy Cartera), ani żadna inna plugawa „demokracja liberalna” nie udzieliła mu schronienia, choć dzięki jego rządom globalny kapitalizm nieźle się napchał bogactwem Iranu. Gościny udzielił mu po ludzku prezydent Egiptu Anwar el-Sadat, który za to w 1981 r. został zabity przez zamachowca muzułmańskiego. Sam szach zmarł rok wcześniej.

Republika muzułmańska została zbudowana na przemocy, ale prze tzw. masy była powszechnie akceptowana. Jej specyficzny ustrój oparto na trzech aksjomatach: 1) rzeczywistej niepodległości państwa, 2) traktowaniu całej gospodarki jako źródła dochodu wyłącznie własnych obywateli, 3) obronie islamu jako fundamentu tożsamości i formacji duchowej. Takich państw demoliberalny Zachód nie toleruje. Było oczywiste, iż albo dojdzie do bytowego zduszenia Iranu sankcjami (nie udało się), albo nastąpi brutalna inwazja. Notabene, mimo ustroju muzułmańskiego i prawnie gwarantowanego autorytetu hierarchii duchownych szyickich tolerancja dla ormiańskich chrześcijan, była tam dotąd większa niż u pieszczoszka USA – azerskiego dyktatora Alijewa. To globalu jednak nie wzrusza.

Rzeczywiście muzułmański Iran nazywał Izrael małym szatanem, zaś USA – wielkim szatanem. Szkolił, zbroił i wspierał współwyznawców na całym Bliskim Wschodzie. Ale od 1979 r. państwo to było obiektem nieustannej nagonki, obelg oraz intryg wielce potężnych „szatanów”. Broniło się więc na wielu azymutach. Największą nienawiść globalistów wzbudziło poważne traktowanie religii jako podstawy życia zbiorowego, rodzinnego i osobistego. Dla degeneratów Zachodu to groźny precedens. Trzeba go wypalić. Na dodatek Iran traktował pojęcie suwerenności na serio. To go eliminuje w obecnej koniunkturze na imperia globalne. Jakie kraje muzułmańskie są kochane przez USA? Naturalnie arabskie monarchie Zatoki Perskiej – dekoracyjny islam nie naruszający przywilejów i supremacji wielkich korporacji kapitału globalnego, raj dla dekadenckich bogaczy.

W dobie Trumpa i Netanjahu do ludobójczej agresji nie są potrzebne żadne preteksty. Kto się sprzeciwia interesom geopolitycznym USA, a w regionie- Izraela, kto się broni przed jawnym wyzyskiem kapitału globalnego – ten zostaje skazany na zagładę. W tle egzekucji obrzydzenie ogarnia na widok żenujących szczątków ONZ, istotnie do niczego już nieprzydatnej. Mimo gęstniejącego mroku życzę Irańczykom wytrwałości, w walce o godność i własny dom bez intruzów i bandytów.

Tadeusz M. Trajdos

Emerytowany profesor IH PAN

Fot. wikipedia (na zdjęciu Szach Reza Pahlavi, król Jordanii i Jimmy Carter)

Myśl Polska, nr 11-12 (15-22.03.2026)

Idź do oryginalnego materiału