Maja Chwalińska, po dzisiejszym zwycięstwie nad Igą Światek, po raz drugi w historii jej występów w cyklu WTA, weźmie jutro udział w turniejowym finale.
Tak jak przewidywałem. W meczu naszych dwóch najlepszych tenisistek nie było żadnej ustawki. Iga musiała sobie wywalczyć awans do finału w Wuhan sama. Ponieważ tego nie zrobiła, to jej hipotetyczny udział w turnieju finałowym sezonu, tzw. WTA Finals, znów się oddalił. Ma w tej chwili 546 punktów straty do ostatniego dającego miejsce w tych zawodach, ósmego, miejsca w rankingu WTA.
Ale znów się do niej uśmiecha szczęście. Karolina Muchova, która to ósme miejsce zajmuje, jest tak zmęczona sezonem, iż na następny turniej, WTA 500 w Ningbo, nie jedzie. I Iga, jeżeli wygra ten turniej, zbliży się do Czeszki na odległość 46 punktów, które będzie musiała odrobić chwile później z nawiązką w ostatnim turnieju sezonu zasadniczego, czyli WTA 500 w Tokio.
Tak jak w tytule. Wszystkie zainteresowane strony grają od pewnego czasu dla NDN-u. Co z tego, jak ono tego nie wykorzystuje.
W Pekinie wcześnie odpadły Muchova i Switolina (wtedy jeszcze niepewna awansu do zawodów w Indian Wells). Niestety. Iga żadnych strat punktowych nie odrobiła, bo odpadła na tym samym etapie rywalizacji. Teraz, w Wuhan, nie pojawiło się kilka zawodniczek czołówki. I co najważniejsze. Wykończona sezonem Muchova też bardzo gwałtownie odpadła. Iga niby stratę, o około 250 oczek, zmniejszyła, ale znacznie skromniej niż mogło to wyglądać, gdyby dziś pokonała Maję, a jutro wygrała finał. Finał w którym, też sprzyjającym Polce wyjątkowym zrządzeniem losu, nie wystąpi zwana, z racji ich bilansu spotkań, „zmorą Świątek” Ostapenko, która w drugim półfinale w obu przegranych po tie-breakach partiach miała z Kartal po trzy piłki setowe.
Tylko czy Iga jest w tej chwili w stanie wygrać turniej? Choćby nie najlepiej obsadzony. Pewnie tak. Ale turniej w Ningbo nie najlepiej obsadzony wcale nie jest. Mimo, iż dziewiątej w tej chwili w rankingu Idze Świątek przydzielono w drabince turniejowej numer drugi. Zaraz po Rybakinie. I mimo, iż Iga ma też stosunkowo nie najtrudniejszą drogę do finału. Najpierw musi wygrać z Bouzkovą, potem najprawdopodobniej z Cirsteą. W ewentualnym półfinale mogą czekać, opcjonalnie, Kostiuk, Aleksandrowa bądź Mertens. No i finał. Tu już będzie, myślę, dużo trudniej. Jak nie z Rybakiną, to z Jovic, Ealą, Schneider, a najprawdopodobniej to, i to jest mój typ, z… Chwalińską😊. Nie będę się wypowiadał co do aktualnych szans Igi na te finały w Kalifornii, bo co napiszę tekst pełen nadziei, to Iga to na następny dzień zaraz swoim wynikiem meczu torpeduje.
Napiszę za to o meczu dzisiejszym. Był naprawdę, uważam, bardzo dobry. Do czasu kontuzji Igi, która w drugim secie, starała się mimo tej kontuzji dotrzymać kroku Mai, ale, było to widać, nie dawała rady i z każdą chwilą wyglądała na coraz bardziej zrezygnowaną. Ale te pierwsze 11 gemów to był naprawdę, w dodatku pełen zwrotów, super mecz, który się świetnie, szczególnie będąc neutralnym w swoich sympatiach, oglądało.
Maja Chwalińska rośnie w siłę. Coraz lepiej odnajduje się na hardzie. Na początku, w turniejach amerykańskich, wyglądało to kiepsko, ale teraz odnoszę wrażenie (w zasadzie to ewidentnie słychać, widać i czuć), iż i w Pekinie, i szczególnie w Wuhan, twarda nawierzchnia staje się dla niej z każdym meczem coraz bardziej przyjazna. No bo jak ktoś wygrywa seta z bardzo dobrze usposobioną Igą Świątek, to co innego można sobie pomyśleć?
Należy sobie życzyć, żeby jutro to moje spostrzeżenie jak najbardziej się potwierdziło. Maja ma na koncie, jak dotąd, jeden finał dużego turnieju. Ten wielkoszlemowy w Paryżu. Teraz będzie to „tylko” finał tysięcznika. Jak go wygra, to finał przestanie być „tylko”. I za to trzymajmy kciuki.














