Wrogowie wolności: Félix Sardà y Salvany

1 dzień temu

Poczet filozoficznych wrogów wolności jest naszpikowany niektórymi z najpotężniejszych umysłów swoich epok. Niezależnie od ich niechęci wobec idei autonomii i prawa wyboru jednostki, niezależnie od często fatalnych politycznych skutków ich traktatów, większości wrogów wolności nie można odmówić wielkiego potencjału intelektualnego. Na tym także zawsze polegało tworzone przez nich niebezpieczeństwo. Pisali z wysokości „katedry” i ze swoich wież z kości słoniowej dyktowali ludowi poddaństwo i uległość, uzasadniając to w sposób zawiły i dla tego ludu celowo niezrozumiały. Na tym tle znacząco wyróżnia się pewien skromny hiszpański ksiądz katolicki, który na przełomie XIX i XX w. zbudował wokół siebie coś porównywalnego do „rodziny Radia Maryja” i na łamach wydawanego przez długie dekady pisma („La Revista Popular”) oraz w licznych pamfletach, broszurach, ulotkach i zapisach przemówień prostym językiem komunikował zwykłym ludziom, iż ich marzenia o wolności i prawach osobistych są grzechami, zaś jedyną dopuszczalną drogą życia jest nie tyle choćby droga wiary w Chrystusa, co całkowite podporządkowanie się duchowieństwu Kościoła we wszelkich sprawach życia doczesnego.

Co dość przewidywalne, ks. dr Félix Sardà y Salvany atakował bezlitośnie masonerię i laickich polityków, a także splamił się publikacją złożonej z dziewięciu tomów, gwałtownie antysemickiej subskrypcji. Jednak jego – powiedzmy, bo w sensie rozgłosu takim był – „najjaśniejszy” moment nastąpił wraz z publikacją niedużej książeczki pod tytułem „Liberalizm jest grzechem”, która pierwotnie ukazała się w roku 1884, ale wznawiana była wielokrotnie (np. w Poznaniu w 1995 r.). Dziełko to jest kompendium wiedzy o filozoficznych przyczynach agresywnej postawy katolickiego integryzmu tamtych czasów wobec jakichkolwiek przejawów wolności człowieka i broniącego jej liberalizmu.

Punktem wyjścia rozważań Sardy jest problem autorytetu i on w zasadzie pozostaje najważniejszy przez całą podróż po jego wynurzeniach. Usamodzielnienie się osądu człowieka, najpierw w sprawach wiary, a potem wszelkich dylematach politycznych i społecznych, jest źródłem wręcz szatańskiego zła. Autorytet musi zachować zawsze Kościół i jego dostojnicy. Człowiek nie może pod żadnym pozorem choćby myśleć o posiadaniu prawa do samodzielnej interpretacji „depozytu Objawienia”, prowadzi to przemiany wiary i światopoglądu w kafeterię indywidualnego wyboru, relatywizacji wszelkiej świętej wiary, rzucenia jej pomiędzy różne inne wyznania czy ateizmy, a ostatecznie do zniszczenia w sobie więzi z Bogiem, a więc do ultymatywnej tragedii człowieka. Jej źródłem staje się więc w efekcie racjonalizm – poleganie na potencjale ludzkiego rozumu i jego rozpoznania, który jakoby miałby być w stanie zastąpić Boga jako „miara i suma prawdy”.

Zbrodnią jest budowanie społeczeństwa na fundamencie niezależności jednostki ludzkiej. Człowiek nie może mieć niezależności od Boga, społeczeństwa/państwa nie mogą mieć niezależności od nakazów wiary w stanowieniu swoich praw, wolność wyboru w polityce, moralności oraz wolność słowa i prasy są niedopuszczalne. Kościół musi nieustannie zachować prawo czynnej ingerencji we wszystkie przestrzenie życia publicznego i prywatnego. Sekularyzm i liberalizm budują zamiast tego „świat Lucyfera”.

Liberalizm działa na Sardę niczym płachta na byka. Według niego jest on „w płaszczyźnie doktrynalnej herezją i w konsekwencji grzechem śmiertelnym przeciwko wierze”. Co więcej, jego radykalizm i uniwersalizm powodują, iż w nim wręcz „zawarte są wszystkie herezje”, co oznacza, iż mamy do czynienia z najpoważniejszym ze wszystkich grzechów. To nie żart. Autor jasno doprecyzowuje, iż posiadanie poglądów liberalnych jest większym grzechem niż zwykłe bluźnierstwo, niż kradzież lub cudzołóstwo (to powinno ucieszyć prezydenta USA), ale choćby cięższym niż… zabójstwo. Ta deklaracja rozbraja, ale nie tak bardzo jak późniejsza uwaga Sardy, iż w przypadku trwania bliźniego w grzechu tak ciężkim jak liberalizm, zabicie go przez katolika może być przejawem autentycznej… miłości bliźniego. Mamy więc do czynienia z całkowitym pogubieniem kompasów moralnych przez autora, który pisze zaślepiony ideologiczną nienawiścią i niewątpliwie sam dochodzi do, po czym przekracza granice niebezpiecznej herezji. Na tym tle groteskowe, a choćby komiczne są retoryczne pytania autora, który nie potrafi zrozumieć, dlaczego liberałowie nie chcą zabijać katolików, skoro uważają ich za największe zło do wykorzenienia? Sarda najwyraźniej nie jest w stanie pojąć, iż ludzie o światopoglądzie uznanym przez niego za końcową otchłań piekła są w rzeczywistości od strony moralnej lepiej przygotowani dawać świadectwo postawie chrześcijańskiej niż on sam.

Jako „bunt intelektu ludzkiego przeciwko Bogu”, liberalizm uporczywie odrzuca wszelkie dogmaty chrześcijańskie. Odrzuca władzę sądowniczą papieża nad każdym wiernym, choć udzielił mu jej Bóg. Odrzuca nieomylność magisterium Kościoła, a więc wszystkie nauki głoszone przez boski autorytet. Odrzuca nieomylność osobistą biskupa Rzymu i śmie poddawać jego nakazy i nauki badaniom ze strony ludzkiego intelektu. Skandal, prawda? Sarda na jednej stronie stwierdza, iż „dogmat katolicki jest autorytatywną deklaracją prawdy (…) przez nieomylnie ustanowionego wyraziciela”, wobec czego „posłuszna akceptacja dogmatu ze strony jednostki ludzkiej i społeczeństwa” jest oczywista, aby zaraz na kolejnej stronie sformułować zarzut, zgodnie z którym „(…) odrzuca wszystko, czego sam nie głosi; neguje wszystko, czego sam nie twierdzi”. Co zdumiewa, zarzut ten autor stawia… liberalizmowi, a nie – rzecz jasna –dogmatowi katolickiemu, chociaż to jego działanie w dokładnie ten sposób, jako autorytatywne, opisał jeden akapit wyżej. Taki zarzut wobec liberalizmu jest natomiast bez sensu, jako iż w kwestiach moralnych liberalizm pozostaje meta-doktryną, która nie odrzuca i nie neguje w zasadzie niczego i bez żadnych problemów przyznaje Sardzie możliwość życia w zgodzie z jego poglądami i przekonywania do tego innych ludzi. To Sarda tych praw odmawia, nie liberalizm. (Przy czym, gwoli uczciwości, należy przyznać, iż w czasach życia autora jako „liberałowie” określali się, zwłaszcza w Hiszpanii, często politycy dość autorytatywnie i brutalnie pragnący zaprowadzać sekularyzm i reakcja Sardy na ich metody może być do pewnego stopnia zrozumiała. Od nich liberalizm, jako konsekwentna idea wolności, musi się na pewno zdystansować).

Suwerenność rozumu ludzkiego to zasada niedorzeczna. Niesiony pragnieniami i żądzami człowiek nie może ustanowić swojemu postępowaniu wystarczająco szczelnych barier własnym rozumem, którego osądy są do woli zmienialne. Moralność wymaga norm i wskazówek zewnętrznych, hierarchii celów. Ich dostarczyć może tylko „Rozum Wieczny”, którym jest Bóg. Przy czym Sarda natychmiast uściśla, iż szczegółowe normy moralności z Rozumu Wiecznego wywodzi Kościół i to posłuszeństwo oraz uległość wobec niego są zasadniczo jedynym warunkiem moralności, ustanowienia słusznych praw i zaprowadzenia sprawiedliwych porządków.

Sarda naturalnie z wstrętem odrzuca model rozdziału Kościoła od państwa oraz państwa świeckiego. jeżeli człowiek plus jego rozum nie mogą zostać zostawione samodzielnie wobec żadnego dylematu etycznego, to nielogicznym jest neutralne państwo. Rozum publiczny i rozum społeczny są objęte tymi samymi powinnościami względem Kościoła, inaczej powstaje „dziwaczny dualizm”, w którym skołowani wierni byliby poddawani dwóm różnym sumieniom w różnych dziedzinach życia (prywatni katolicy zmuszeni być publicznymi ateistami). Państwo ma obowiązek być zbrojnym, świeckim ramieniem, otaczającym Kościół ochroną, a także oczywiście wzmacniać jego prawa mocą swoich kodeksów, egzekwowanych siłą aparatu przymusu. Liberałów zgrozą napawa „wszelki element przymusowości w kwestiach wiary”. Tymczasem przymus jest naturalny, aby okładać naganą błędy oraz ograniczać i kontrolować działania świata mediów i nauki. Ta ostatnia nie ma prawa określać granic nieomylności Kościoła. To może czynić tylko sam Kościół. Środowiskiem do tego może być wyłącznie państwo wyznaniowe.

I tylko ono wydaje się być skutecznym azylem! Sarda nie ma bowiem złudzeń co do potęgi wpływów liberalizmu. Kuszenie liberalizmem to kuszenie pychą rozumu i indywidualności, to kuszenie świecidełkami doczesnego świata, to kuszenie wpływami politycznymi i społecznymi, to kuszenie perspektywami kariery i dużym pieniądzem. Wielu katolików ulega tym pokusom. Nadzieją jest unikanie kontaktów z liberałami, niemal całkowite wyizolowanie się od nich w życiu codziennym. Pozrywać należy wszelkie relacje wolicjonalne, w tym przyjaźnie czy znajomości. W relacjach zawodowych czy handlowych ograniczyć się wyłącznie do meritum tychże i unikać rozwijania ich na niwę osobistą. Unikać za wszelką cenę rozmów na tematy światopoglądowe, gdyż każda taka rozmowa z liberałem otwiera możliwość skażenia. Największą tragedią jest posiadanie liberałów w rodzinie. Wówczas należy czerpać z chrześcijańskiej cierpliwości, unikać własnego skażenia, modlić się w intencji skażonych bliskich i unikać niebezpiecznych tematów rozmowy.

Ostatecznie z liberalizmem trzeba będzie pójść na wojnę. Sarda jest pełen nadziei, jako iż upatruje w przywiązaniu liberałów do tolerancji ich wielkiej słabości – oni muszą, ze względu na własne przekonania – pozwalać katolikom na pielęgnowanie wiary, życie zgodnie z nakazami Kościoła, muszą Kościołowi pozwolić na pełnienie jego moralnej misji wśród ludzi. Za to „nasze katolickie stanowisko jest jednak bezwzględne; istnieje tylko jedna prawda, nie pozostawiająca żadnego miejsca na sprzeciw i sprzeczność”. Wobec tego katolicy mogą, a i muszą brutalnie obnażać głupotę i grzech liberalizmu, „wzbudzać w sercach ludzi wzgardę i odrazę” wobec liberałów, mogą i muszą ich szargać, wykluczać i niszczyć.

Félix Sardà y Salvany był emanacją swoich czasów, wyrazem panicznego lęku Kościoła, który właśnie zdał sobie sprawę z tego, iż jego całkowita dominacja nad sferą ludzkiej moralności stopniowo przechodzi do historii. Reakcja na to była gwałtowna, agresywna, nieprzemyślana i intelektualnie nad wyraz słaba. Co gorsza jednak, była niechrześcijańska. Ostatecznie być może to nie liberalizm okazał się kluczowym ogniwem podkopania pozycji Kościoła, a samozdemaskowanie się jego zapamiętałych ideologów, takich jak Sarda, jako ludzi, którzy wyżej od moralności miłości bliźniego postawili walkę o wpływy, władzę i kontrolę. Ostatecznie hiszpański ksiądz w swojej antyliberalnej pracy nie musi bronić żadnej prawdy wiary, żadnej świętości, żadnego prawa do sprawowania kultu przed liberalnym atakiem. Takich ataków bowiem nie ma. W liberalizmie żaden „bolszewik” nie wchodzi do kościoła, nie plądruje tabernakulum, nie zrywa krucyfiksu, nie bije księdza, nie wygania wiernych, nie strzela do figury Matki Bożej. W liberalizmie policja chroni bezpieczeństwa i komfortu wiernych, pragnących chwalić Pana, a rozumni ludzie z szacunkiem odnoszą się do wiary jako takiej. Sarda może więc tylko w pustych figurach retorycznych sugerować zagrożenie dla tych religijnych dóbr, ale gdy przechodzi do konkretów, za każdym razem jego walka sprowadza się do ochrony autorytetu duchowieństwa i do jego prawa, aby ludziom dyktować koleje życia, aby zamieniać ich w pokornych poddanych i odmawiać prawa głosu. To doktryna słaba, która sama sobie strzela w kolano.

Idź do oryginalnego materiału