Michał Wójcik w środę w TV Trwam nazwał Polskę pod rządami Koalicji Obywatelskiej „państwem z kartonu” po informacji o wycieku danych z MyDr. Ministerstwo Cyfryzacji potwierdziło, iż incydent może dotyczyć 18,8 mln osób i ponad 12 tys. placówek medycznych.
Polityczna odpowiedzialność po wielkim wycieku
Poseł Prawa i Sprawiedliwości Michał Wójcik mówił w programie „Polski Punkt Widzenia” w TV Trwam, iż skala sprawy wymaga natychmiastowej odpowiedzialności politycznej. Jego ocena była brutalna: w normalnym państwie ktoś wychodzi do obywateli, bierze ciężar decyzji i tłumaczy, jak państwo zamierza ochronić ludzi. W Polsce rządzonej przez Koalicję Obywatelską, zdaniem Wójcika, widać raczej odruch przeczekania.
Tłem jest incydent cyberbezpieczeństwa w firmie MyDr, dostawcy systemu dla lekarzy i placówek ochrony zdrowia. Ministerstwo Cyfryzacji podało w komunikacie, iż firma potwierdziła nieuprawniony dostęp do danych historycznych przechowywanych w jej systemach, obejmujących okres do kwietnia 2024 r. Według resortu sprawa może dotyczyć 18,8 mln osób i ponad 12 tys. placówek medycznych.
To nie jest awaria strony internetowej ani kłopot jednej spółki. Dane medyczne, PESEL, historia wizyt czy dokumentacja pacjenta to materiały, które mogą uderzyć w obywatela po latach: przy próbach wyłudzeń, szantażu, podszywania się pod chorego albo przy zwykłym niszczeniu prywatności. Stawka jest prosta. Polak ma prawo oczekiwać, iż państwo nie zostawi go samego wobec skutków takiego ataku.
„Państwo z kartonu” jako oskarżenie polityczne
Wójcik uderzył w sam rdzeń rządzenia: odpowiedzialność. Polityk stwierdził, iż przy wycieku danych wrażliwych 19 milionów Polaków w normalnym państwie natychmiast pojawiłaby się odpowiedzialność polityczna. To jest punkt, którego nie da się przykryć konferencją, technicznym komunikatem ani uspokajającym tonem ministrów.
Koalicja Obywatelska od lat lubiła przedstawiać się jako obóz sprawnego zarządzania, europejskich standardów i instytucjonalnej kompetencji. Zderzenie z rzeczywistością bywa jednak twarde. Gdy w tle pojawia się bezpieczeństwo danych połowy kraju, propagandowa opowieść o „fachowcach” przestaje wystarczać. Widać to także w szerszej debacie o kondycji Koalicji Obywatelskiej, w której zaufanie obywateli coraz mocniej zależy od realnej skuteczności, a nie od samego anty-PiS-owskiego afektu.
Nie chodzi o to, by udawać, iż każdy atak da się przewidzieć. Cyberprzestępczość jest faktem. Chodzi o coś poważniejszego: kto kontroluje wykonawców, jak państwo nadzoruje wrażliwe systemy, kto odpowiada za standardy i kiedy obywatel dostaje jasną informację. Bez tego cyfrowe państwo staje się hasłem z prezentacji, a nie tarczą chroniącą rodzinę, portfel i prywatność.
UODO przypomina o obowiązkach
Urząd Ochrony Danych Osobowych przypomniał administratorom danych, którzy korzystali z usług MyDr, iż muszą przeprowadzić analizę ryzyka i ocenić, czy mają obowiązek zgłosić naruszenie oraz zawiadomić osoby, których dane dotyczą. UODO wskazał również termin 72 godzin na zgłoszenie naruszenia organowi nadzorczemu po jego stwierdzeniu, jeżeli zachodzą przesłanki z RODO.
To istotny konkret. Obywatel nie powinien błądzić między gabinetem, prywatnym dostawcą systemu, resortem i kolejnymi komunikatami. Państwo ma obowiązek wymusić prostą ścieżkę informacji: czy moje dane wyciekły, jakie dane wyciekły, co mam zrobić teraz i kto ponosi odpowiedzialność. UODO w osobnym materiale zalecił m.in. zastrzeżenie numeru PESEL oraz szczególną ostrożność wobec SMS-ów, e-maili i telefonów mogących służyć phishingowi.
Ministerstwo Cyfryzacji zapowiedziało, iż po identyfikacji przejętych danych informacje mają trafiać do serwisu bezpiecznedane.gov.pl. Resort zastrzegł, iż proces może zająć kilka dni, bo administratorami danych są poszczególne gabinety lekarskie i placówki ochrony zdrowia. Dla obywatela te niuanse są drugorzędne. On chce wiedzieć, czy jego prywatne informacje krążą po sieci.
Cyfrowa suwerenność zaczyna się od odpowiedzialności
Wyciek z MyDr pokazuje słabość modelu, w którym państwo chętnie cyfryzuje usługi, ale obywatel nie zawsze widzi równie twarde gwarancje bezpieczeństwa. Suwerenność w XXI wieku nie kończy się na granicy państwowej. Obejmuje serwery, rejestry, systemy ochrony zdrowia i zdolność wymuszenia standardów na prywatnych dostawcach obsługujących publicznie wrażliwe procesy.
Dlatego ocena Wójcika, choć politycznie ostra, trafia w realny nerw. o ile państwo chce żądać od obywatela coraz większej liczby danych, musi dać w zamian dyscyplinę, kontrolę i odpowiedzialność. Bez tego Polak zostaje z ryzykiem na własnym PESEL-u, a rząd z kolejną konferencją prasową. Taka cena cyfrowej bylejakości jest zbyt wysoka.
W sprawach bezpieczeństwa państwo nie może działać jak biuro prasowe. Musi działać jak instytucja, która wie, komu służy.
Źródło: Radio Maryja, Ministerstwo Cyfryzacji, Urząd Ochrony Danych Osobowych.
Źródło: Radio Maryja











