Władza nie lubi kiedy ludzie rządzą. (Nie) Polityczny Kraków

1 godzina temu

Teoretycznie ustrój mamy taki, iż w państwie rządzi lud. Na przykład przez referendum. W praktyce jednak jest tak, iż nasz racjonalny Ustrojodawca zrobił bardzo wiele, by się ten lud w praktyce nie narządził. Niedawne krakowskie referendum jest okazją, by przez chwilę się nad tym zastanowić. Dzisiejsze czasy co i rusz pokazują nam, iż porządek, do którego przywykliśmy, ulega dekompozycji. W XVIII wieku było jeszcze gorzej, bo oto po obu stronach Atlantyku różni goście stwierdzili, iż władza w państwie wcale nie należy do żadnego Bożego pomazańca, tylko do ludu, bo gdyby nie ten lud, to pomazaniec nie miałby ani czym, ani za co rządzić. Od tamtego momentu zaczęły się więc powszechnie kształtować ustroje, których założeniem jest, iż właścicielem władzy, czyli suwerenem, jest lud. Na ich listę wpisała się również Polska. Artykuł 4 naszej Konstytucji mówi, iż władza należy do narodu, który sprawuje ją przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio. Tak, tak. W tej właśnie kolejności-najpierw przez swoich przedstawicieli, a dopiero potem samemu. najważniejsze jest więc rządzenie za pośrednictwem parlamentarzystów, których sobie wybieramy, a dopiero w ostateczności przez inne przewidziane w demokracji instrumenty. To pierwszy, wstępny dowód na to, iż tym, którzy prawie trzydzieści lat temu kształtowali nasz ustrój, niespecjalnie zależało na tym, by głos ludu był ostatecznie decydujący. W demokracjach ów głos ludu objawia się oprócz wyborów w takich instrumentach jak referendum, inicjatywa ludowa, weto ludowe, czy zgromadzenie obywateli. Dwa ostatnie instrumenty nie istnieją w polskim ustroju, więc lud nad Wisłą nie ma sporej części instrumentów samodzielnego sprawowania władzy i to drugi dowód, iż Ustrojodawca naszych form zarządzania Państwem nie wielbi. Wskazane wyżej zgromadzenie obywateli jest najbardziej podobne do zgromadzeń z czasów demokracji ateńskiej, gdzie obywatele polis gromadzili się na agorze i decydowali o najważniejszych sprawach swojej wspólnoty. Współczesnym demokracjom wciąż znane są takie działania. W najbardziej miłującej współczesne ludowładztwo Szwajcarii, w niektórych kantonach istnieje tzw. Landsgemaine, czyli spotkania na rynkach, czy placach, wszystkich dorosłych mieszkańców jednostki samorządu w celu decydowania o najważniejszych sprawach jak budżet, inwestycje, czy wybór burmistrza. W Polsce takie rozwiązanie istnieje śladowo w postaci zebrań wiejskich, które są organem stanowiącym sołectwa. Sołectwo z kolei jest jednostką pomocniczą gminy, która wcale w gminie istnieć nie musi i nie wszędzie istnieje. Natomiast weto ludowe to nic innego jak sprzeciw mieszkańców dla danej ustawy.
Grupie osób nie podobają się jej założenia, więc składa wniosek do Parlamentu, by wyłączyć ustawę z obrotu prawnego. Takie rozwiązanie stosuje wspominana już Szwajcaria, czy Włochy. Przeciwieństwem weta ludowego jest inicjatywa ludowa, czyli inicjatywa ustawodawcza obywateli. Dla jej uruchomienia konieczne jest zebranie 100 tysięcy podpisów, co już samo w sobie jest rzeczą trudną. Jeszcze trudniejsze jest zaś przekonanie posłów, by taką inicjatywę poparli. W każdej kadencji Sejmu liczba inicjatyw ustawodawczych obywateli waha się od kilkunastu do ok. 30 na całe czterolecie, co pokazuje, iż zainteresowanie obywateli tym ważnym narzędziem demokracji nie jest duże.
Chyba można postawić ostrożną tezę, iż naszym wybrańcom chodzi o to, byśmy niespecjalnie zajmowali się bezpośrednimi sposobami sprawowania władzy. Najpełniej widać to na najistotniejszym instrumencie demokracji bezpośredniej, czyli referendum ogólnokrajowym. Po pierwsze, nie ma przypadku, w którym referendum byłoby obowiązkowe, co oznacza, iż nasze władze o różne rzeczy pytać nas mogą, ale nie muszą. Po drugie, podmioty władne zainicjować referendum są tylko dwa: Sejm i Prezydent, któremu na to referendum musi się jeszcze zgodzić Senat. Obywatele o przeprowadzenie referendum mogą jedynie wnosić do Sejmu, i to tylko jeżeli zgromadzą pół miliona podpisów, które i tak nie dają gwarancji, iż referendum się odbędzie. W sprawie organizacji referendum obywatele są tak naprawdę zdani na łaskę i nie łaskę swoich wybrańców. Po trzecie, najważniejszy akt prawny w państwie, czyli Konstytucja, może być zmieniona beż jakiejkolwiek konsultacji z obywatelami. Ewentualne zmiany mogą, choć wcale nie muszą, być skonsultowanz narodem w referendum. I to tylko wtedy, gdy dotyczą zmian zasad ustrojowych państwa, wolności, praw i obowiązków oraz samej procedury zmiany Konstytucji. Jaki jest więc próg wyborczy, by referendum było wiążące w takich newralgicznych sprawach? Żaden! Tu progu nie ma i wyniki będą wiązać choćby gdy przy urnach zjawi się garstka osób. W pozostałych przypadkach próg frekwencji dla obowiązywania decyzji referendalnych wynosi 50% i jest bardzo trudny do osiągnięcia. Jednak, jak wynika z powyższego, trudno się dziwić, gdy rządzący wcale nie chcą pytać obywateli o zdanie. To pewien paradoks. Z jednej strony mówi się coraz głośniej o większym wykorzystaniu w państwie instrumentów demokracji bezpośredniej. Z drugiej, gdy przychodzi co do czego, ludzie do referendum nie idą. Pod rządami obecnej konstytucji próg 50% przekroczono tylko w referendum akcesyjnym do Unii Europejskiej w 2003 roku. Pozostałe cztery referenda (tylko tyle mieliśmy ich w ciągu prawie 30 lat) miało niższą frekwencję, a więc specjalnego zainteresowania nie było. Inna sprawa, iż rządzący używali tych referendów jako instrumentów do realizacji swoich doraźnych interesów, co nie mogło stanowić zachęty do głosowania. Nie wszystkie z opisanych wyżej praktyk są też udziałem samorządów w referendach lokalnych. Tutaj także progi frekwencyjne są skomplikowane, a rządzący bardziej swoich obywateli pytać mogą niż muszą. Nie zmienia to faktu, iż referenda na szczeblu lokalnym łatwiej przeprowadzić i łatwiej, by było wiążące. Gwarancji jednak nie ma nigdy. Oczywiście, teza, iż gdybyśmy mieli w Polsce obowiązkowe referenda, które łatwiej przeprowadzić, to ludzie chętniej by na takie referenda chodzili jest tezą na wyrost. Co jednak szkodzi spróbować? Czyżby politycy czegoś bali?

Jakub Olech, politolog, wykładowca akademicki, Krakowianin z importu, obserwator
(bliższy) i uczestnik (dalszy) życia miasta i regionu.

Idź do oryginalnego materiału