Wincyj, wincyj… Tomasz Miller o miłości do Wuja Sama

10 godzin temu

Mamy rok 2026, a ja znowu się czuję jak małe dziecko, którym byłem pięćdziesiąt lat temu. Wprawdzie zdrowie już nie takie, czasem coś tam zaboli czy zakuje i zakręci się w głowie. I słuch nie ten. Ale jedno cały czas słyszę; rzężenie politykierów, którzy chcą bronić naszej Polski.

No, super! chciałoby się powiedzieć, ale chyba raczej jest to niemożliwe. Kierując się sienkiewiczowskimi poglądami, zastanawiam się, czy ci, którzy wołają o „opiekę” obcych wojsk, są jeszcze prawdziwymi Polakami. Żeby jednak nie popadać w historyczne skrajności i nie ferować jednoznacznych oskarżeń, typu „to zdrada rodem z Targowicy”, muszę wziąć pod uwagę jeszcze parę okoliczności. Nie mam pełnej wiedzy, więc posłużę się kilkoma pytaniami:

1. Kto przez minione prawie czterdzieści lat prowadził destrukcje naszej armii?
2. Kto systematycznie pozbawiał jej zdolności bojowej, nie prowadząc np. koniecznej modernizacji przy postępującej dekapitalizacji wiekowego już sprzętu?
3. Kto pozbawił armię wielu możliwości zaopatrywania się w sprzęt u polskich producentów uzbrojenia?
4. Kto zdradził najskrytsze tajemnice wojska ujawniając na prawo i lewo jego najbardziej strzeżone tajemnice?
5. Komu się marzyła przyboczna armia zakapiorów skłonnych służyć partyjnym rozkazom oraz interesom partyjnych wodzów, a nie interesom całego narodu?
6. Kto decydował, iż zamiast systematycznej pracy u podstaw, za przysłowiową czapkę gruszek (no, za kilka intratnych stanowisk dla własnych towarzyszy), w dziedzinie obronności nie będziemy robić nic, tylko będziemy umizgiwać się do obcych?
7. Kto rozbroił naszą armię i za półdarmo przekazał sprzęt na wojnę, która przy odrobinie mądrości w ogóle nie powinna nas była obchodzić?
8. Kto, wbrew powszechnie znanej od lat – nie tylko ludowej mądrości zdecydował, iż wrogów szukać będziemy blisko, a potencjalnych przyjaciół – daleko i bardzo daleko? A kto uznał, iż plucie przy każdej okazji w twarz naszemu najbliższemu sąsiadowi jest mądre?

Pytań jest wiele i dziś większości z nich nie ma co roztrząsać. Mleko już się rozlało. Teraz zostaje tylko czekać na rozwój wypadków. Albo będziemy mieli szczęście i nie odczujemy skutków głupoty naszych politykierów, albo też i nie. Możemy tylko zastanawiać jakie mogłyby być te skutki… Osobiście aż tak bardzo mi na tej wiedzy nie zależy. Całe swoje życie spędziłem we względnym spokoju – i co najważniejsze – w pokoju. Ale młodych trochę szkoda. Oni mogą nie mieć tyle szczęścia.

Żeby jednak nie ugrzęznąć w górnolotnych rozważaniach powiem, z czym mi się kojarzy chór naszych współczesnych smętnych partyjniaków. Otóż w roku 1976 zmienialiśmy konstytucję, dopisując do niej min. kwestię dozgonnej przyjaźni z naszym ówczesnym wielkim bratem, czyli Związkiem Radzieckim. Wtedy, niemal tak jak i dziś, prawie wszyscy byli „za”. Proponowanej regulacji sprzeciwił się tylko jeden jedyny poseł. Gdyby podobne głosowanie odbywało się dzisiaj wynik pewnie byłby podobny…

A ja uśmiecham się pod nosem, pamiętając jako małe jeszcze wtedy dziecko, to napuszenie ówczesnych działaczy i to podniosłe bajdurzenie o roli „wielkiego brata”. Nie wszystko rozumiałem z wygłaszanych wówczas przemówień, ale w pamięci pozostała podniosła atmosfera i niesamowite zacietrzewienie większości mówców.

Teraz pod adresem Wuja Sama też słyszymy „ochy i achy”, choć każdy normalny człowiek zdaje sobie sprawę, iż z głową prezydenta USA jest coś nie tak. Lekarz psychiatra już w trakcie pierwszego badania stwierdziłby, iż emocjonalnie człowiek jest co najmniej labilny. Jego zaskakujące decyzje, i cała masa związanych z nimi wolt, byłyby prawdopodobnie ciekawym tematem na niejedną psychiatryczną rozprawę…

Dla niektórych polskich polityków jest to jednak ciągle godny najwyższego szacunku i wszechmocny mąż stanu. Co gorsza, będąc w stanie labilności nie licującym z powagą przywódcy ciągle jeszcze najgroźniejszego państwa na świecie, wuj sam, próbuje urządzać nasz polski dom. Jednym rozdaje kuksańce, innym zaś (ponoć) nie szczędzi zachwytów. I w tym momencie mam dla wszystkich taką oto propozycję.

Po co za każdym razem marnować siły na przekonywanie polskiego narodu i całego świata, iż jest się sympatykiem Wuja Sama. Gdyby zasadę nieograniczonej wdzięczności dla Wuja Sama wpisać na stałe do polskiej konstytucji, to już nikt więcej nie musiałby zawracać sobie głowy tymi prostymi sprawami. Wiadomo byłoby wszem i wobec, iż jak obywatel polski, to zaraz i wierny poddany Jej Ekscelencji Prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki. Chwilę potem przepisało by się rotę przysięgi wojskowej, tak żeby każdy wojak wiedział, kim jest jego najwyższy szef. I kto jest godzien , żeby do Polski wysyłać nieograniczoną liczbę żołnierzy i jakikolwiek sprzęt do zabijania. A jak trzeba to jeszcze wincyj i wincyj.

Acha, tylko śpieszyć się trzeba, żeby Wujo Sam jeszcze cokolwiek rozumiał, co się wokół niego dzieje…

→ Tomasz Miller

25.05.2026

• foto: Freepik

• więcej tekstów autora: > tutaj

Idź do oryginalnego materiału