Sondaże to stały element politycznej rzeczywistości i za każdym razem, gdy się pojawiają nowe badania, słychać te same schematyczne analizy. Kto wypadnie dobrze, ten krzyczy o przełomie, zmianie trendu i społeczeństwie, które otworzyły oczy. Komu sondaż nie przynosi dobrych wieści, w najłagodniejszej wersji mówi o tym, iż to tylko jeden z wielu sondaży, a o poparciu dla partii decydują Polacy przy urnach. W bardziej ostrej wersji sondaż po prostu jest fałszerstwem albo manipulacją. Paradoks tych negatywnych ocen polega na tym, iż wszystkie są prawdziwe, co wielokrotnie potwierdzały wyniki wyborcze.
Badania preferencji wyborczych w znacznej mierze są kreowaniem, a nie odzwierciedlaniem nastrojów społecznych. Przykłady fałszywych sondaży i to sfałszowanych z premedytacją można mnożyć w nieskończoność, od pewnej wygranej Bronisława Komorowskiego w pierwszej turze wyborów prezydenckich, po takie samo zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego. Nie kwestionując tej oczywistości i dość obrzydliwej praktyki, trzeba pamiętać, żeby nie wrzucać wszystkiego do jednego worka. Fakt, iż sondaże służą do mącenia ludziom w głowach, w najmniejszym stopniu nie wyklucza innych faktów, w tym politycznej wierności po grób. Każda duża partia ma swój stały elektorat, który będzie na tę partię głosował w skrajnych warunkach, choćby umiłowani politycy przekroczyli wszystkie granice zdrowego rozsądku i przyzwoitości.
Identyczny mechanizm funkcjonuje w wielu grupach społecznych i obszarach życia publicznego, ad fanklubów piosenkarzy, przez kluby kibica, aż po związki wyznaniowe. Teoretycznie jest to wiedza banalna i praktycznie każdy ją posiada, jednak w praktyce dla wielu bezużyteczna, szczególnie po uruchomieniu emocji i „chciejstwa”. Gdy media ujawniły największą aferę w szeregach „koalicji 13 grudnia” od 2023 roku, wybuchła jedna wielka euforia wśród przeciwników obecnego rządu. Optymiści prześcigali się w prognozach, najbardziej brawurowi twierdzili, iż to koniec koalicji, tego rządu i w konsekwencji Donalda Tuska. Bardziej ostrożni wieszczyli, iż nastąpi gwałtowne tąpnięcie w sondażach i rzecz jasna Koalicja Obywatelska straci najwięcej.
Od wybuchu afery szpitalnej minęły ponad dwa tygodnie i w tym czasie pojawiły się już trzy sondaże, trzech różnych pracowni, w tym dwa w ostatnich dniach. Żaden z niech nie pokazał załamania notowań Koalicji Obywatelskiej, owszem jakaś korekta nastąpiła, ale na poziomie połowy dopuszczalnego błędu statystycznego. Największy odnotowany spadek to 1,7% w sondażu dla Rzeczpospolitej, w pozostałych KO ma jeszcze więcej powodów do radości, zważywszy na aktualne nastroje społeczne i olbrzymie problemy tej partii. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź na to pytanie jest łatwa chociaż wielopunktowa. Po pierwsze przez cały czas działa polaryzacja i chociaż to jedna z najnudniejszych diagnoz, wcale się nie zdezaktualizowała.
Po drugie Kolacja Obywatelska straciła wyborców umiarkowanych, ale nadrobiła te straty pożarciem „przystawek”. Osierocony elektorat Trzeciej Drogi to w zdecydowanej większości „anty-PiS” i oni po prostu nie mają dokąd pójść, poza KO i po części Konfederacją. Po trzecie, ale najważniejsze w kontekście stałych notowań, trzeba wiedzieć, iż KO jest dużą partią, której stały elektorat oscyluje na poziomie 30 proc. (plus minus 5). Dużo większy skandal od afery szpitalnej mógłby odjąć parę punktów, ale szybciej rozpadnie się sama partia, niż fanatyczny elektorat takiej partii jak KO i zresztą każdej innej partii, choćby śmiertelnego wroga PiS.
Nie wierzymy nikomu, nie wierzymy w nic! Patrzymy na fakty i wyciągamy wnioski!

7 godzin temu












