Wielkie słowa, małe dowody. Ziobro i mit dyktatury

9 godzin temu
Zdjęcie: Ziobro


Zbigniew Ziobro znów wystąpił w roli proroka katastrofy, tym razem komentując wejście prokuratorów i policji do siedziby Krajowej Rady Sądownictwa. „Każda dyktatura w końcu upada. Tusk upadnie gwałtownie i głośno” – grzmi były minister sprawiedliwości z bezpiecznej odległości, bo z Węgier. W jego narracji „nasyłanie służb na konstytucyjny organ” to już „przekroczenie granicy”, zza której „nie ma powrotu do cywilizowanego świata”. Brzmi groźnie, ale problem polega na tym, iż za tymi słowami nie stoi adekwatnie żaden argument.

Ziobro buduje swoją opowieść jak zwykle: dużo patosu, dużo wielkich słów, mało faktów. „Brzydzą się nim już choćby w Brukseli, bo w Unii Europejskiej nie ma miejsca na Łukaszenkę bis” – dodaje, sięgając po porównanie, które ma szokować. Tyle iż porównanie Tuska do Łukaszenki jest retorycznym fajerwerkiem bez treści. Nie dowiadujemy się, na czym konkretnie miałaby polegać „dyktatura”, ani dlaczego działania prokuratury miałyby być z definicji bezprawne.

Tymczasem rzeczywistość jest dużo bardziej przyziemna. Prokuratura Krajowa poinformowała, iż czynności w siedzibie KRS realizowane są na podstawie postanowienia z 13 grudnia o żądaniu wydania rzeczy i przeszukaniu. Postępowanie dotyczy „ukrywania dokumentów poprzez odmowę ich wydania” oraz sytuacji, w której osoby odwołane z funkcji przez cały czas podejmują czynności jako nieuprawnione. To nie jest opis stanu wojennego ani zamachu stanu, ale standardowa procedura śledcza.

Ziobro jednak konsekwentnie ignoruje te szczegóły. Woli mówić o „konstytucyjnym organie”, jakby sam fakt istnienia KRS automatycznie wyłączał możliwość prowadzenia wobec niej jakichkolwiek czynności procesowych. To stara sztuczka: przeniesienie sporu z poziomu faktów na poziom symboli. Zamiast dyskusji o dokumentach i uprawnieniach mamy opowieść o cywilizacji kontra barbarzyństwo.

Co więcej, trudno nie zauważyć ironii w tym, iż właśnie Ziobro straszy „dyktaturą”. To on przez lata jako minister sprawiedliwości i prokurator generalny łączył władzę polityczną z prokuratorską, forsował kontrowersyjne zmiany w sądownictwie i był bohaterem krytycznych raportów Komisji Europejskiej. Gdy teraz mówi o „przekraczaniu granic”, brzmi to jak moralny wykład wygłaszany przez autora wielu wcześniejszych „przekroczeń”.

Jego wypowiedź ma jeszcze jedną cechę charakterystyczną: brak jakiejkolwiek próby polemiki z argumentami drugiej strony. Prokuratura wskazuje konkretne podstawy prawne i cel działań – „odebranie i zabezpieczenie dowodów”. Ziobro odpowiada hasłami o „dyktaturze” i „Łukaszence bis”. To nie jest spór merytoryczny, tylko zderzenie komunikatu urzędowego z politycznym manifestem.

W stylu Polityki można by powiedzieć: Ziobro uprawia publicystykę zamiast analizy. Jego diagnoza świata sprowadza się do prostego schematu: my – obrońcy konstytucji, oni – tyrani. Taki podział dobrze wygląda na Twitterze, gorzej w realnej debacie. Bo kiedy pyta się o szczegóły, o to, co dokładnie jest nielegalne w działaniach prokuratury, zapada cisza.

W efekcie zostajemy z paradoksem: polityk oskarża innych o brak cywilizowanych standardów, sam nie oferując żadnych cywilizowanych argumentów. „Granica została przekroczona” – powtarza Ziobro. Tylko iż nie potrafi wskazać, gdzie ta granica przebiega ani na czym polega jej naruszenie. To raczej granica między polityczną retoryką a rzeczywistością, której były minister konsekwentnie nie chce dostrzec.

Idź do oryginalnego materiału