Wielki dramat wielkiego faworyta i zdecydowanego lidera Vuelta a Espana

niepoprawni.pl 2 godzin temu

Pogacar nie wygra Vuelty!

Tego nie spodziewał się pewnie nikt. A już liderujący wyścigowi z przewagą niemal 4 minut (po zaledwie sześciu etapach) Słoweniec, to na pewno.

Dzisiaj, na etapie numer siedem, zaledwie 32 km przed metą, w zupełnie niegroźnej, wydawałoby się sytuacji, jadąc w dodatku otoczony z przodu i z tyłu kolegami z drużyny, Pogacar, nagle przeleciał przez kierownicę i wyrżnął jak długi raniąc się boleśnie w kilku miejscach. Pierwsze komunikaty mówiły o urazie czaszkowo-mózgowym (efekt uderzenia głową o asfalt) i zwichniętym stawie barkowym bądź złamanym obojczyku. Listę obrażeń uzupełniałyją mocno rozcięty łuk brwiowy i liczne otarcia. Wyglądało to naprawdę bardzo groźnie, a zaraz po fakcie Słoweniec krwawił niczym (pozwalam sobie na to niezbyt fortunne porównanie tylko dlatego, iż wyścig odbywa się w Hiszpanii) byk po corridzie. Nic dziwnego, iż już po chwili został zabrany do szpitala. Tym samym zakończył udział w wyścigu.

Najnowsze, oficjalne już, informacje ze szpitala podają, iż Słoweniec doznał wstrząśnienia mózgu, przemieszczonego złamania obojczyka (bezwzględnie wymagana operacja), stabilnego (cokolwiek to znaczy) złamania kręgu szyjnego nr C7 i licznych otarć skóry, z których najpoważniejsze jest rozcięcie łuku brwiowego.

Do tej pory nie ma oficjalnej wersji komunikatu UCI w sprawie upadku Słoweńca i jego przyczyn. Sytuacja jest o tyle wyjątkowa, iż jechał otoczony z wszystkich stron przez kolarzy swojej grupy. Jeden z nich, Siwakow, też zresztą leżał, ale oprócz podartej koszulki i lekkich otarć skóry, nic mu się nie stało i razem z całą resztą zespołu dojechał potem do mety.

Coś, co jeszcze dziś chwilę przed 17-tą wydawało się niemożliwe, stało się faktem. Tadej Pogacar, zwycięzca trzech z pierwszych sześciu etapów Vuelty, zdecydowany lider tego wyścigu i stuprocentowy kandydat na końcowego zwycięzcę tego touru, już w nim nie jedzie. Więcej. Jest prawie pewne, iż nie będzie mógł za miesiąc bronić zdobytego dwa lata i rok temu tytułu mistrza świata. Nie wystartuje też z dużym prawdopodobieństwem w kolarskim monumencie Il Lombardia, w którym można się było spodziewać nie tylko jego udziału, ale przede wszystkim jego skutecznej walki o, szóste już z rzędu, zwycięstwo.

Pan Jaroński podczas transmisji, podsumowując wycofanie się Pogacara z wyścigu i to, iż siłą rzeczy wyścig będzie miał nowego lidera, był uprzejmy stwierdzić „umarł król, niech żyje król”. Bardzo mi się to nie spodobało.

Po pierwsze dlatego, iż ten nowy król to będzie tylko nieudany ersatz prawdziwego nie sięgający poprzedniemu do pięt. Jak by to powiedzieli hiszpanie: „rey equivocado”. Po drugie nie przechodzi się nad taką koleją rzeczy do porządku dziennego tak łatwo i bez jakiejkolwiek głębszej refleksji.

Tak mi się przynajmniej wydaje.

Idź do oryginalnego materiału