Trzy konferencje prasowe, cała plejada polityków prawicy, dramatyczne ostrzeżenia przed likwidacją szpitali i nieuchronną katastrofą. A wszystko dlatego, iż samorząd województwa opolskiego postanowił połączyć dwie dobrze funkcjonujące placówki, zachować ich personel i zakres leczenia oraz stworzyć możliwość pozyskania 70 mln zł na Centrum Pediatrii. PiS i Konfederacja zgodnie ogłosiły alarm. Problem w tym, iż im dłużej słucha się ich argumentów, tym trudniej ustalić, przed czym adekwatnie chcą ratować mieszkańców Opolszczyzny.
We wtorek przed sesją sejmiku można było odnieść wrażenie, iż opolskiej ochronie zdrowia grozi kataklizm. Politycy prawicy ustawiali się przed mikrofonami, jeden po drugim ostrzegając przed konsolidacją szpitali. Każdy miał własną teorię katastrofy. Jedni widzieli zagrożenie dla pracowników, inni dla pieniędzy, jeszcze inni dla samego istnienia szpitala przy Reymonta.
Takiej zgodności opolskiej prawicy dawno nie oglądaliśmy. Wystarczyło, iż samorząd województwa zaproponował zmianę, której politycy PiS i Konfederacji nie kontrolują. I nagle wszyscy zostali specjalistami od zarządzania szpitalami.
Zacznijmy od podstawowego faktu, który w tym politycznym harmidrze najwyraźniej przeszkadza. Konsolidacja Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego i Klinicznego Centrum Ginekologii, Położnictwa i Neonatologii nie jest operacją ratowania bankrutów. Obie placówki dobrze funkcjonują. Nie chodzi o likwidację oddziałów, zwalnianie pracowników ani zamykanie szpitala przy Reymonta. Samorząd deklaruje, iż pozostaną tam te same oddziały, ta sama kadra, te same procedury i choćby dotychczasowe kierownictwo. A jednak Katarzyna Czochara ostrzega, iż konsolidacja doprowadzi do zniszczenia dobrze funkcjonującego szpitala ginekologiczno-położniczego.
Jak? Tego z przedstawionych argumentów trudno się dowiedzieć. Bo o ile szpital ma przez cały czas działać w tym samym miejscu, wykonywać te same świadczenia, zatrudniać tych samych ludzi i zachować swoją specjalizację, to wypadałoby przynajmniej wyjaśnić mechanizm owego zniszczenia. Samo wypowiedzenie słowa „katastrofa” nie pozostało dowodem, iż katastrofa nastąpi. Ale w polityce PiS takie szczegóły bywają drugorzędne. Najpierw trzeba przestraszyć ludzi. Uzasadnienie można dopracować później.
Szczególnie interesujący wkład do debaty wniosła posłanka Katarzyna Czochara. Na konferencji prasowej w Opolu znalazła bowiem czas, żeby poinformować, iż Donald Tusk zajmuje się jakimiś „turbanikami”, a jego rząd powinien podać się do dymisji. Przyznam, iż trudno o bardziej przekonujący argument przeciwko konsolidacji dwóch opolskich szpitali. Dyskutujemy o przyszłości opieki nad matką i dzieckiem, o rozwoju pediatrii, o 11 tysiącach dzieci leczonych poza regionem, a posłanka PiS przenosi nas nagle w świat turbaników i dymisji premiera. Związek z tematem jest mniej więcej taki, jak między akredytacją szpitala a ceną pietruszki. Ale przynajmniej wszystko staje się jasne. Kiedy kończą się argumenty dotyczące szpitali, zawsze można wrócić do Tuska. Tusk jest przecież uniwersalnym wyjaśnieniem wszystkich nieszczęść. Także tych, które jeszcze nie nastąpiły.
Czochara powołuje się również na przykład szpitala w Białej, którego konsolidacji nie zdecydowano się procedować w powiecie prudnickim. Tyle iż to osobny proces, dotyczący innej placówki i innych uwarunkowań. Dlaczego decyzja podjęta w Prudniku miałaby automatycznie przesądzać o przyszłości szpitali w Opolu? Nie wiadomo. Ważne, iż można zażądać wycofania uchwały.
Wojciech Komarzyński przekonuje, iż fuzje tak dużych podmiotów przeprowadza się w cyklu dwuletnim, a marszałek próbuje wszystko robić na kolanie. Brzmi poważnie. Niemal jak wykład z zarządzania strategicznego. Tyle iż nie przedstawiono podstaw, z których miałoby wynikać, iż każda konsolidacja musi trwać dokładnie dwa lata. Oczywiście, proces wymaga czasu. Trzeba uzgodnić kwestie majątkowe, pracownicze, organizacyjne i finansowe. Nikt rozsądny temu nie przeczy. Ale uchwała sejmiku nie oznacza, iż następnego ranka oba szpitale obudzą się jako jeden podmiot z nowymi pieczątkami, a pracownicy będą szukać swoich oddziałów. To zgoda na przygotowanie i wynegocjowanie formalnego porozumienia. Właśnie dlatego szczegóły mają zostać dopracowane po podjęciu uchwały. Komarzyński chciałby najwyraźniej, żeby najpierw wynegocjować ostateczne warunki operacji, na której rozpoczęcie sejmik nie wyraził jeszcze zgody. interesująca koncepcja. Trochę tak, jakby żądać gotowego domu, zanim pozwoli się rozpocząć budowę.
Marcin Ociepa, organizator niedawnego „okrągłego stołu” w sprawie ochrony zdrowia, ostrzegał, iż radni głosują niejako w ciemno. A zaraz potem przyznał, iż kierunek konsolidacji jest słuszny. Czyli kierunek dobry, ale głosować nie wolno. Dlaczego? Bo nie znamy jeszcze wszystkich szczegółów. Tyle iż właśnie po to podejmuje się uchwałę otwierającą negocjacje, żeby te szczegóły ustalić.
Można oczywiście domagać się dodatkowych gwarancji. Można postulować większą przejrzystość procesu. Można wskazywać konkretne zagrożenia. Ale przedstawianie zgody na rozpoczęcie negocjacji jako ostatecznej decyzji podjętej w ciemno jest zwyczajnie mylące. Ociepa chciałby prawdopodobnie wystąpić w roli rozsądnego mediatora. Problem polega na tym, iż jego polityczni koledzy i koleżanki nie tyle mediują, ile zapowiadają zniszczenie szpitala.
Trudno jednocześnie być strażakiem i dostarczać paliwo do pożaru.
Karol Tobolak z Ruchu Narodowego pyta o koszty połączenia systemów informatycznych, problemy kadrowe i ewentualne straty finansowe. Są to kwestie, które rzeczywiście należy policzyć i wyjaśnić. Ale z samego faktu, iż połączenie systemów będzie kosztować, nie wynika jeszcze, iż całe przedsięwzięcie jest nieopłacalne. Każda większa reorganizacja wymaga nakładów. Także taka, która w przyszłości przyniesie korzyści. Gdyby sam koszt zmian był wystarczającym argumentem przeciwko zmianom, nie należałoby modernizować szpitali, budować nowych oddziałów ani kupować specjalistycznego sprzętu.
Bo przecież wszystko kosztuje.
Tobolak pyta również, czy województwo na pewno otrzyma 70 mln zł na Centrum Pediatrii. Nie, nie ma takiej pewności. Marszałek Szymon Ogłaza powiedział to wprost. Pieniądze będą przyznawane w konkursie. Można je otrzymać, można też przegrać rywalizację z innymi projektami. Ale czy z tego wynika, iż nie należy próbować? Według takiej logiki nie warto ubiegać się o żadne dofinansowanie, ponieważ zawsze istnieje ryzyko, iż ktoś inny otrzyma więcej punktów. Konfederacja odkryła więc niebezpieczeństwo związane z konkursami: nie każdy uczestnik wygrywa. Odkrycie godne osobnej konferencji prasowej. Tymczasem samorząd zapowiada, iż Centrum Pediatrii chce zbudować również wtedy, gdy ministerialnego dofinansowania nie uda się zdobyć. A mówimy o regionie, z którego około 11 tysięcy dzieci korzysta z leczenia poza województwem. Może warto czasem pomyśleć o nich, zamiast bez końca wyliczać, dlaczego niczego nie należy zmieniać.
Bortniczuk znalazł winnych. Tym razem lekarzy. Jego zdaniem problem polskiej ochrony zdrowia wynika między innymi z nadmiernych zarobków lekarzy i niektórych dyrektorów szpitali. Przywołuje przykłady bardzo wysokich wynagrodzeń, mówi o niedostatecznym finansowaniu przez NFZ, a konsolidacje przedstawia jako sposób na ukrycie problemów systemu. Tylko co to wszystko ma wspólnego z konkretnym połączeniem dwóch opolskich placówek? Czy w Klinicznym Centrum Ginekologii, Położnictwa i Neonatologii wykazano nadmierne zatrudnienie? Czy przedstawiono dowody, iż planowana konsolidacja ma ukryć jego straty? Czy wiadomo, jakie konkretnie oddziały miałyby zostać zlikwidowane?
Nie.
Zamiast tego otrzymujemy opowieść o wynagrodzeniach lekarzy, stratach szpitala w Nysie i problemach NFZ. To poważne zagadnienia, ale nie stanowią automatycznie argumentu przeciwko konsolidacji USK i szpitala przy Reymonta. Co więcej, Bortniczuk sam przyznaje, iż system finansowania ochrony zdrowia wymaga zmian. Trudno się z nim nie zgodzić. Pozostaje tylko drobne pytanie: kto przez osiem lat rządów Zjednoczonej Prawicy miał możliwość te zmiany przeprowadzić? Przecież Bortniczuk nie był wówczas politycznym turystą zwiedzającym Sejm. Należał do obozu władzy, a przez część tego okresu był ministrem. Teraz tłumaczy nam, co należałoby naprawić. Dziękujemy za diagnozę. Szkoda, iż recepta nie powstała wtedy, kiedy jego polityczne środowisko miało władzę.
Osobną rolę w całej historii odgrywają obawy pracowników. I tu trzeba zachować proporcje. Pytania o gwarancje zatrudnienia, akredytację, świadczenia socjalne czy organizację pracy są uzasadnione. Nie ma powodu ich wyśmiewać. Ale czym innym jest pytanie, a czym innym ogłaszanie na jego podstawie nieuchronnej katastrofy. Ryzyko utraty certyfikatu jakości wymaga formalnego rozstrzygnięcia. Samorząd zabiega o rozwiązania przejściowe, które pozwoliłyby zachować finansowe korzyści z dotychczasowej akredytacji.
Warunki zatrudnienia mają zostać zapisane w negocjowanym porozumieniu. A placówka przy Reymonta ma przez cały czas działać w tym samym miejscu. To nie oznacza, iż wszystkie problemy zostały już rozwiązane. Oznacza natomiast, iż istnieją konkretne sposoby ich rozwiązywania. Politycy prawicy wolą jednak przedstawiać każdą niewiadomą jako dowód, iż przedsięwzięcie trzeba zatrzymać.
Gdyby stosować tę zasadę konsekwentnie, w Polsce nie udałoby się zrealizować żadnej poważniejszej inwestycji.
Trudno nie zauważyć politycznego kontekstu całego widowiska. PiS, Ruch Narodowy, Nowa Nadzieja, politycy OdNowy. Różne środowiska, różne ambicje, ale wspólny przeciwnik: zarząd województwa i popierająca go większość sejmiku. Każdy znalazł coś, czym można postraszyć mieszkańców. Jeden utratą pieniędzy. Drugi likwidacją szpitala. Trzeci problemami kadrowymi. Czwarty zbyt szybkim tempem. Piąty zarobkami lekarzy.
A Katarzyna Czochara dorzuciła Tuska i „turbaniki”.
Trudno o bardziej wymowny obraz politycznego charakteru tej awantury. Nie sposób udowodnić, iż każdy uczestnik protestu działa z politycznych pobudek. Wielu pracowników naprawdę obawia się o swoją przyszłość i ma pełne prawo domagać się odpowiedzi. Ale zachowanie polityków, którzy wykorzystują te obawy do kolejnych wystąpień przeciwko władzom województwa, zasługuje na zdecydowaną krytykę. Zwłaszcza iż nie przedstawili przekonującego dowodu, iż konsolidacja musi oznaczać likwidację szpitala przy Reymonta.
Ostatecznie 20 radnych zagłosowało za konsolidacją, 8 było przeciw, a 2 wstrzymało się od głosu. Nie zamknięto szpitala. Nie zwolniono personelu. Nie zlikwidowano oddziałów. Rozpoczął się proces, który ma doprowadzić do wynegocjowania warunków połączenia. Przed samorządem pozostaje wiele pracy. Trzeba dopilnować gwarancji pracowniczych, kwestii akredytacji, majątku i finansowania. Trzeba też przekonać pracowników, iż ich dorobek nie zostanie zaprzepaszczony. Ale politycy, którzy już dziś ogłaszają zniszczenie szpitala, powinni przynajmniej poczekać, aż wydarzy się coś, co potwierdzi ich przepowiednie. Bo na razie najbardziej spektakularnym wydarzeniem nie jest żadna katastrofa w opolskiej ochronie zdrowia. Jest nim polityczna mobilizacja prawicy przeciwko przedsięwzięciu, które może przynieść regionowi nowoczesne Centrum Pediatrii.
I jeszcze jedno.
Gdyby Marcin Ociepa, Katarzyna Czochara, Kamil Bortniczuk i ich polityczni koledzy wykazywali podobną determinację w naprawianiu ochrony zdrowia wtedy, gdy ich obóz rządził Polską, być może dzisiaj mielibyśmy mniej problemów do rozwiązywania. A tak pozostaje nam oglądać kolejne konferencje prasowe. PiS i Konfederacja zgodnie ostrzegają, iż konsolidacja może zniszczyć opolską ochronę zdrowia. Tymczasem jedyną rzeczą, którą na pewno udało im się wspólnie zorganizować, jest polityczny alarm. Bez dowodu, iż pożar rzeczywiście wybuchł.
Fot. melonik











