When Zen meets Daiquiri – czyli manifest gonzo po terapii, poetyka bezsilności, reportaż z miejsca zdarzenia, kiedy miejscem jest człowiek

3 tygodni temu

Gdzieś pomiędzy świtem a pierwszym kwaśnym porannym oddechem – ostatnim wspomnieniem poprzedniego dnia, przy resztkach zimnej herbaty i pozostawionej na tarasie popielniczce pełnej niedopałków, zaczyna mi drążyć dziurę w czaszce wczorajsza myśl: o czym nasz świat jest opowieścią? Bo przecież nie o ideach. O człowieku?

Gdzieś pomiędzy świtem a pierwszym kwaśnym porannym oddechem – ostatnim wspomnieniem poprzedniego dnia, przy resztkach zimnej herbaty i pozostawionej na tarasie popielniczce pełnej niedopałków, zaczyna mi drążyć dziurę w czaszce wczorajsza myśl: o czym nasz świat jest opowieścią? Bo przecież nie o ideach. O człowieku? Czerwona księga, krytycznie zagrożone gatunki, oba giną, czy to z wycieńczenia, czy przygniecione własnym ciężarem gromadzonych historii. Czy ta myśl, pozornie płytka, utopi autora?

W informacyjnym bełkocie, w benzynowym dymie, w jazgocie miasta, dźwiękach spadających rakiet, w morzach algorytmów, ciągle, przybite jak gęsie tusze do wrót stodoły, wisi zadane sobie wczoraj sobie niewinne pytanie: co dziś waży więcej – idea czy człowiek? I za każdym razem, kiedy ktoś próbuje mi odpowiadać z powagą profesora, który nigdy nie wyszedł poza korytarz swojego wydziału, mam ochotę dać mu w ryj. Bo okrutna prawda, której nie chcemy przepuścić przez palce, wypowiedzieć na głos i oprowadzić po salonie brzmi: a co przetrwa? To nie pytanie o sens, logikę, fizykę czy filozofię. To wojna. A na co światu zwycięzca, gdy zabraknie żywych?

Nabój bez pistoletu – czysty potencjał, który nigdy nie pociągnie za spust, czy pistolet bez naboju – metalowy trup, kilka złotych w ostateczności zarobionych w skupie złomu?

Cała historia tego obłąkanego gatunku to parada martwych idei i popielonych ludzi. Chrystus, Barbara Zdunk, Adam Smith, Che Guevara, Kennedy, choćby biedny Hunter S. Thompson, który palnął sobie w łeb, kiedy idea wolności nie wytrzymała zderzenia z rachunkami za gaz i świadomością, iż świat sprzedał duszę za kolorowy telewizor i lawa lampkę z pływającym weń glutem.

Nałogowo tworzone przez nas idee, te małe kanibale rosnące w siłę, karmiące się tym, co wepchniemy im w pysk, jak dzikie zwierzę, które w końcu przestaje potrzebować swojego tresera. Komunizm, kapitalizm, wolność, Bóg, rewolucja – święte słowa przykrywające gnijące trupy tych, którzy wierzyli za bardzo. Nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż człowiek, który służy czemukolwiek innemu poza sobą. Bo wtedy można usprawiedliwić każde świństwo: wojnę, obozy, krzyże, pomniki pełne obeschłych kwiatów i zapachu dopalających się zniczy. „Święta sprawa”, a po niej tylko cisza i kurz.

Idea. jeżeli mnie zapytasz złotych człowieka, który widział z bliska idee rozjeżdżające ludzi jak lisy na ruchliwej autostradzie, odpowiem zawsze: człowiek. Idee – kuloodporne duchy, nie krwawią, kiedy zawiodą. Nie płaczą, kiedy składana jest ofiara. Nie dźwigają odpowiedzialności. Tylko przechadzają się z ust do ust, z epoki w epokę – czystsze, bardziej abstrakcyjne, coraz mniej ludzkie, siedzące na papierowym tronie i każące się czcić, aż ktoś wreszcie odważy im się wsadzić w zad beczkę prochu, odpalając lont. Te piękne halucynacje, mgła wisząca w powietrzu, kuszący zapach benzyny, a potem ktoś zawsze krzesa iskrę.

I człowiek – głupi, biedny człowiek – który pije, płacze, wrzeszczy, kocha, zdradza, czuje, któremu najczęściej wszystko jedno, dopóki ma wystarczająco paliwa i odwagi, żeby nie zgasnąć przed świtem. Jest w tym nieszczęściu jakaś nadzieja, iż ten flagelant, idiota w końcu pojmie, iż jedyną ideą jest… On.

Na taras wdarły się dwa koty próbujące gniewnie stworzyć trzeciego. Potłuczone coupette, porozrzucane niedopałki i wściekły pies biegający po kuchni, czekający tylko, aż otworzę mu drzwi. Zegarowy czas wciąż daje mi przewagę nad majaczącym gdzieś na horyzoncie światem. Jeszcze szybka drzemka, potem pobieżna prasówka, świadomość nieuchronnej porażki. A jednak wciąż wymyślam powód, by w każde jutro, które za parę chwil okaże się dzisiejszym dniem wstawać z łóżka i ruszać dalej. pozostało tak dużo pracy…

Idź do oryginalnego materiału