Wetomat bez refleksji. Nawrocki blokuje państwo

12 godzin temu
Zdjęcie: Nawrocki


„Wetomat” znów ruszył. Prezydent Karol Nawrocki zawetował w jeden dzień trzy ustawy, a Kancelaria Prezydenta poinformowała o tym z dumą godną sukcesu legislacyjnego. W istocie jednak nie chodzi o jakość prawa, ale o utrwalanie roli głowy państwa jako politycznego hamulcowego. To znany już z poprzednich lat model prezydentury: nie inicjować, nie moderować, ale blokować — najlepiej głośno i w moralnym uniesieniu.

Nawrocki w opublikowanym oświadczeniu nie pozostawił wątpliwości co do własnej interpretacji roli prezydenta. „Są granice, których przekroczyć nie wolno. Dlatego zdecydowałem o trzech ustawowych wetach” — napisał, dodając, iż „presja wet działa”, bo rząd pod jej wpływem „poprawia złe prawo”. To klasyczna narracja prezydenta-opiekuna, który musi ratować obywateli przed nieodpowiedzialnym parlamentem i rządem. Problem w tym, iż taka logika czyni z weta narzędzie rutynowe, a nie wyjątkowe — i systemowo osłabia proces legislacyjny.

Najgłośniejsze było weto wobec ustawy wdrażającej unijne przepisy o usługach cyfrowych. Prezydent nazwał zaproponowane rozwiązania „absurdalnymi” i ostrzegał przed oddaniem kontroli nad treściami internetowymi „urzędnikom podległym rządowi”. Posłużył się przy tym porównaniem do Rok 1984 autorstwa George Orwell, co w polskiej debacie publicznej stało się już niemal odruchem warunkowym. „Jako prezydent nie mogę podpisać ustawy, która w praktyce oznacza administracyjną cenzurę” — oświadczył Nawrocki.

Problem polega na tym, iż retoryka orwellowskiej cenzury skutecznie przykrywa realną debatę o proporcjach i zabezpieczeniach. Weto nie zostało wsparte szczegółową analizą prawną ani propozycją alternatywnych mechanizmów ochrony wolności słowa. Zamiast tego pojawił się emocjonalny obraz „zaufanych sygnalistów” tropiących „nieprawomyślne” treści. To język publicystyczny, nie prezydencki — nośny medialnie, ale ubogi merytorycznie.

Drugie weto, dotyczące zmian w Narodowym Centrum Badań i Rozwoju, zostało uzasadnione obawą przed „centralizacją, upartyjnieniem i zastraszaniem środowiska naukowego”. Trudno nie zgodzić się, iż nauka powinna być chroniona przed polityczną ingerencją. Tyle iż Nawrocki znów wystąpił wyłącznie w roli recenzenta, nie mediatora. Prezydent nie zaproponował żadnej ścieżki kompromisu ani trybu konsultacji, które pozwoliłyby poprawić ustawę bez jej całkowitego blokowania.

Trzecie weto — wobec zmian na rynku ubezpieczeń — prezydent uzasadnił troską o osoby starsze i „mniej kompetentne cyfrowo”. „To ustawa, która wzmacnia duże korporacje kosztem obywateli” — przekonywał. Brzmi to jak fragment exposé rzecznika praw konsumenta, nie wyważona ocena konstytucyjna. Ochrona słabszych jest ważna, ale prezydenckie weto nie może zastępować debaty regulacyjnej ani pracy nad poprawkami.

Wszystkie trzy decyzje łączy jedno: konsekwentne budowanie obrazu prezydenta jako jedynej zapory przed „złym prawem”. „Wetomat” Nawrockiego działa sprawnie, ale działa też mechanicznie. W dłuższej perspektywie taka prezydentura nie wzmacnia państwa — przeciwnie, utrwala konflikt i zamienia konstytucyjne weto w narzędzie bieżącej polityki. A to już nie jest straż Konstytucji, ale polityczny automatyzm ubrany w patos.

Idź do oryginalnego materiału