Węgierskie MSZ złożyło 25 sierpnia zawiadomienie do prokuratury w sprawie podejrzeń oszustwa przy zakupie prawie 17 tys. respiratorów za 300 mld forintów, czyli ok. 964 mln dolarów, z czasów rządu Viktora Orbána. Minister Anita Orbán mówi o 130 tys. odzyskanych plików i sprzęcie, którego państwo realnie nie mogło użyć. Dla Polski to przestroga, iż kryzysowe zakupy wymagają twardej kontroli.
Zawiadomienie po audycie MSZ
Węgierskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych skierowało sprawę pandemicznych zakupów respiratorów do prokuratury. Według Reutersa chodzi o prawie 17 tys. urządzeń kupionych w 2020 r. za 300 mld forintów, czyli ok. 964 mln dolarów. Minister Anita Orbán poinformowała, iż zawiadomienie opiera się na 88 gigabajtach danych i 130 tys. odzyskanych plików.
To nie jest zwykła księgowa awaria. To pytanie o państwo, które w momencie strachu i realnego zagrożenia zdrowotnego mogło zostać potraktowane jak kasa do obsługi polityczno-biznesowych pośredników. jeżeli prokuratura potwierdzi podejrzenia, Węgry dostaną rachunek za model rządzenia, w którym lojalność układu bywa ważniejsza niż kontrola pieniędzy obywateli.
Respiratory ponad możliwości systemu
Jak podaje Associated Press, resort mówi o możliwym oszustwie, naruszeniu obowiązków powierniczych i innych przestępstwach. Sprawa dotyczy zakupów z marca i kwietnia 2020 r., gdy rząd Viktora Orbána sprowadzał respiratory z Chin. Już wtedy krytycy wskazywali, iż państwo kupuje więcej sprzętu, niż może faktycznie uruchomić przy dostępnej liczbie lekarzy, pielęgniarek intensywnej terapii i łóżek.
To sedno problemu. Respirator sam nie leczy, jeżeli nie ma personelu, procedur i miejsca na oddziale. Państwo, które w panice kupuje urządzenia bez rachunku realnych możliwości, nie buduje bezpieczeństwa. Buduje magazyn kosztów. Według obecnego MSZ większość respiratorów z 2020 r. przez cały czas ma leżeć w magazynach, a koszty przechowywania nieużywanego sprzętu poszły w miliony dolarów.
Pośrednicy i chiński kierunek
Węgierski wątek jest szczególnie drażliwy, bo pandemiczne zakupy prowadził resort spraw zagranicznych, a nie wyłącznie klasyczna administracja zdrowotna. Za poprzednich rządów Péter Szijjártó odpowiadał za bliskie relacje z Chinami i nadzorował zarówno zakup respiratorów, jak i sprowadzenie szczepionek Sinopharm. Późniejsza kariera byłego ministra w chińskim koncernie BYD tylko zaostrzyła pytania o granice między polityką, gospodarką i interesem państwa.
Starsze ustalenia organizacji Transparency International Hungary pokazywały, iż flota ponad 17 tys. urządzeń kosztowała węgierskich podatników ponad 300 mld forintów, a część transakcji przechodziła przez spółki pośredniczące. Serwis śledczy Direkt36 już w 2020 r. pisał, iż Węgry płaciły za sprzęt z Chin wyjątkowo drogo na tle innych państw UE.
W polskiej debacie o Węgrzech zbyt łatwo wpada się w obóz bezkrytycznych pochwał albo bezmyślnej pogardy. DN pisał wcześniej, iż Viktor Orbán może stracić władzę, gdy opozycja zaczęła przejmować inicjatywę. Dziś widać, iż polityczna zmiana w Budapeszcie oznacza także próbę rozliczenia starych mechanizmów władzy.
Lekcja dla prawicy
Fidesz przez lata przedstawiał się jako obrońca suwerenności, granic i interesu narodowego. W wielu sporach z Brukselą miał rację co do zasady: państwo narodowe nie może być administracyjną filią unijnych ideologów. Ale suwerenność bez uczciwości wewnątrz państwa gnije od środka. Narodowy interes nie polega na tym, iż swoim wolno więcej.
Dlatego sprawa respiratorów jest bolesna także dla prawicy. o ile formacja mówi o narodzie, rodzinie, bezpieczeństwie i państwowej sprawczości, musi mieć czyste ręce przy publicznych pieniądzach. Inaczej daje amunicję tym, którzy każdą politykę suwerenności chcą sprowadzić do korupcji, prowincjonalizmu i prywatnych interesów.
Nie chodzi o przyjmowanie narracji liberalnych elit, które rozliczenia często traktują selektywnie. Chodzi o własny standard. Prawica, która chce być czymś więcej niż techniką zdobywania stanowisk, musi odróżniać lojalność wobec narodu od lojalności wobec kolegów z aparatu. To różnica zasadnicza.
Stawka także dla Polski
Dla Polski wniosek jest prosty. Kryzys, pandemia, wojna, presja migracyjna czy nagłe zakupy wojskowe nie znoszą obowiązku kontroli. Przeciwnie, wtedy kontrola jest najważniejsza, bo decyzje idą szybko, kwoty rosną, a opinia publiczna słyszy argument: bezpieczeństwo nie ma ceny.
Bezpieczeństwo ma jednak rachunek. Płacą go rodziny, pracownicy i przedsiębiorcy. jeżeli państwo wydaje miliardy, obywatel ma prawo wiedzieć, kto dostał kontrakt, kto był pośrednikiem, ile zarobił i czy sprzęt rzeczywiście służy ludziom. Twarde państwo narodowe nie boi się takich pytań. Boi się ich tylko aparat, który pomylił władzę ze swoim majątkiem.
Węgierska prokuratura dopiero zbada zawiadomienie. Obowiązuje domniemanie niewinności. Polityczna lekcja już jednak istnieje: suwerenność wymaga instytucji, które potrafią pilnować własnych pieniędzy tak samo twardo, jak pilnują granic i kompetencji państwa.
Źródło: WP Wiadomości, Reuters, Associated Press, Transparency International Hungary, Direkt36.
Źródło: WP Wiadomości













