Ważne, by nie zmarnować życia

5 godzin temu

– W ciągu ponad czterdziestu pięciu lat poprzez modlitwę i działania edukacyjne w intencji obrony życia poczętych dzieci, dzięki pomocy Bożej i wielu ludzi, zwłaszcza kapłanów, dotarliśmy do wielu milionów ludzi w Polsce i na świecie – mówi dr inż. Adam Kisiel, tegoroczny laureat Nagrody „Przyjaciel Życia”.

Kiedy powstawało dzieło Krucjaty Modlitwy w Obronie Poczętych Dzieci, był Pan młodym mężczyzną. Dlaczego podjął Pan decyzję o tym, by zaangażować się w ruch pro-life?

Dr inż. Adam Kisiel: Dlaczego? Bo miałem dużo szczęścia. Tak to dzisiaj odbieram. Początek mojej działalności był czasem dużej duchowej przemiany naszego narodu, na co główny wpływ miał wybór kardynała Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową i jego pierwsza pielgrzymka do ojczyzny.

Czy wartości obrony życia od poczęcia wyniósł Pan z domu?

Niewątpliwie. Miałem sześcioro rodzeństwa, mieszkaliśmy w skromnych warunkach, ale byliśmy wychowywani w szacunku do wiary katolickiej i do drugiego człowieka. Mama zawsze myślała o innych. Przez pewien czas po wojnie mieszkał u nas osierocony chłopiec, a także biedniejsi od nas kuzyni. Mimo tego, iż mieliśmy jeden pokój, kuchnię i przedsionek, nie brakowało nam tego, co najważniejsze, czyli miłości i dobrych wzorców.

Tylko nadmienię, iż wszyscy, a była nas piątka braci, byliśmy ministrantami. Tę posługę przy ołtarzu kontynuowałem na studiach, a choćby później. Dziś także zdarza się, iż pełnię rolę ministranta, jeżeli jest taka potrzeba. Jestem przekonany, iż wiarę wymodliła nam mama. Pamiętam, iż wieczorami, po całym dniu ciężkiej pracy, klękała przy łóżku do modlitwy. To świadectwo jej wiary i zaufania Panu Bogu było zasadnicze w kształtowaniu postaw w naszym dorosłym życiu.

W jednym z niedawnych wywiadów mówił Pan o tym, iż Pańska mama była nakłaniana do aborcji.

Miałem niespełna trzynaście lat, kiedy moja mama była w siódmej ciąży. Wtedy do naszego domu przychodzili różni ludzie, którzy mówili mamie, iż ten „problem” można „rozwiązać”. Oczywiście warunki nie były łatwe, ale rodzice nie brali aborcji pod uwagę. W dniu, w którym mama miała udać się do lekarza na badania, do jej płaszcza przyczepiłem kartkę z napisem, iż chcemy mieć rodzeństwo i iż będziemy mamie pomagać. To był naturalny odruch, choć wtedy jeszcze nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, jak w zasadzie wygląda aborcja. Dziś nasz najmłodszy brat jest szczęśliwym ojcem czwórki dzieci, bardzo aktywny, odwiedza nas i wspomaga na różne sposoby. Ma najwięcej siły i zdrowia, przykładem swojej rodziny daje świadectwo wiary.

W latach sześćdziesiątych aborcja w Polsce była legalna i powszechna. Czy w tamtym czasie spotykał Pan osoby, które dokonały aborcji?

O tym, jak powszechne było to zjawisko, opowiadała mi między innymi moja ciocia. Kiedy byłem na studiach i podejmowałem pierwsze działania na rzecz obrony życia poczętych dzieci, odbyłem z nią wstrząsającą rozmowę. Otóż przez pewien czas pracowała jako pomoc domowa u lekarza laryngologa. Wyznała mi, iż właśnie ów laryngolog (sic!) wykonywał, jak to się mówiło, „skrobanki” w swoim domu. A moja ciocia musiała zwłoki dzieci wyrzucać do ubikacji. Oczywiście aborcji dokonywano także w szpitalach i w państwowych gabinetach. Niektórzy woleli udawać, iż o niczym nie wiedzą, ale niestety – trudno byłoby znaleźć osobę, która w swoim bliższym lub dalszym otoczeniu nie zetknęła się z procederem zabijania poczętych dzieci.

W Krakowie dołączył Pan do duszpasterstwa akademickiego przy kolegiacie świętej Anny i tam poznał innych ludzi, którym nie była obojętna obrona życia poczętego.

To prawda, iż w duszpasterstwie na ten temat mówiło się dużo. Nasz duszpasterz, ksiądz Franciszek Płonka, był wyróżniającym się, Bożym kapłanem, który nie bał się poruszać trudnych tematów. Uczył nas wytrwałej modlitwy, formował nasze sumienia i dbał o nasz duchowy rozwój. Jeździł z nami na kajaki, na obozy, na górskie wyprawy. Te wydarzenia bezpośrednio przygotowały nas na to, co miało nastąpić w naszej Ojczyźnie – na duchową przemianę narodu, poruszenie, które było spowodowane wyborem kardynała Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową.

Ojciec Święty był wielkim orędownikiem życia poczętego!

I już w czasie pierwszej pielgrzymki wzywał nas do tego, byśmy się zaangażowali właśnie w obronę życia. W czerwcu 1979 roku w Nowym Targu mówił: „I życzę, i modlę się o to stale, ażeby rodzina polska dawała życie, by była wierna świętemu prawu życia. jeżeli się naruszy prawo człowieka do życia w tym momencie, w którym poczyna się on jako człowiek pod sercem matki, godzi się pośrednio w cały ład moralny, który służy zabezpieczeniu nienaruszalnych dóbr człowieka. Życie jest pierwszym wśród tych dóbr”. A dzień wcześniej, w Kalwarii Zebrzydowskiej powiedział, iż najważniejszym wezwaniem papieskim, najistotniejszym orędziem, jest wezwanie do modlitwy. Te jego słowa były bezpośrednim impulsem do modlitwy i działań na rzecz obrony życia.

Mógł Pan działać ramię w ramię z takimi osobami jak pani doktor Wanda Półtawska czy pan inżynier Antoni Zięba. To wyjątkowe postaci, które zapisały się w historii walki o życie nie narodzonych dzieci.

Pani doktor Wanda Półtawska prowadziła w tamtym czasie Studium Teologii Rodziny przy Papieskim Wydziale Teologicznym (później Papieskiej Akademii Teologicznej), pracowała w Duszpasterstwie Rodzin działającym przy krakowskiej kurii i tam ją poznałem. Z kolei inżyniera Antoniego Ziębę poznałem w Politechnice Krakowskiej, gdzie był asystentem w Katedrze Mechaniki Budowli. Inżynier Zięba po pierwszej pielgrzymce Ojca Świętego dał się poznać jako zręczny organizator i obrońca życia. To właśnie on przywiózł z Wiednia kolorowe zdjęcia dużego formatu, które przedstawiały rozwój prenatalny dziecka, a także przerażające zdjęcia szczątków dzieci zabitych w łonach matek. Gdy mi je pokazał – od razu wiedziałem, iż musimy zacząć działać. Postanowiliśmy przygotować taką wystawę właśnie w Krakowie.

Gdzie pojawiła się pierwsza wystawa?

Zadecydowaliśmy, iż ustawimy ją przy kościele ojców Misjonarzy na Miasteczku Studenckim w Krakowie, bezpośrednio po juwenaliach studenckich. Wybraliśmy to miejsce, ponieważ dowiedzieliśmy się, iż w 1979 roku około dwieście studentek różnych krakowskich uczelni dokonało aborcji. Czasem choćby nie wiedziały, kto jest ojcem ich dziecka. Do aborcji namawiały koleżanki, partnerzy, nierzadko rodzice. To była moralna tragedia miasta.

Jaki był społeczny odbiór tej pierwszej wystawy?

Natchnieniem Bożym było to, iż przy wystawie zostawiliśmy duży, stukartkowy zeszyt, który miał być księgą pamiątkową. Sporo było w nim po prostu podpisów, ale były też takie adnotacje, przez które ktoś dziękował nam za ukazanie prawdy o życiu poczętym. I co najważniejsze, były tam cztery wpisy kobiet, studentek, które postanowiły urodzić dziecko, mimo iż były nakłaniane do aborcji. Tę księgę pokazaliśmy później księdzu kardynałowi Franciszkowi Macharskiemu, a on zadecydował, iż dzieło będzie kontynuowane. To on też utwierdził nas w przekonaniu, iż musimy działać dwutorowo: poprzez czyn, ale także poprzez modlitwę.

I tak powstała pierwsza Krucjata Modlitwy w Obronie Poczętych Dzieci.

Ruszyliśmy 12 października 1980 roku, w Ogólnoświatowym Dniu Modlitw w Intencji Rodzin, który ustanowił Jan Paweł II. Był to też przeddzień kolejnej rocznicy objawień fatimskich. Wtedy oprócz modlitwy mieliśmy zamiar pisania listów do osób, za które się modliliśmy, ale na wysyłanie listów nie wyraził zgody ksiądz kardynał. Opatrznościowo – bo dokładnie czternaście miesięcy później rozpoczął się w Polsce stan wojenny. Gdybyśmy wysyłali listy, władze komunistyczne miałyby adresy wszystkich członków Krucjaty. To, jak pokazała historia, mogłoby się skończyć nękaniem, internowaniem i wszelkimi innymi represjami. Pan Bóg nas przed tym ochronił. Postanowiliśmy objąć duchową troską wszystkich, od których zależały decyzje społeczne i polityczne w Polsce. Modliliśmy się za sekretarzy KC, premiera, ministrów, sędziów, ginekologów, a także za księży biskupów i księdza prymasa. Lista obejmowała około trzy tysiące nazwisk.

Jak zebraliście pierwszych członków tego modlitewnego poruszenia?

Jeździliśmy na dziesiątki spotkań z księżmi, do duszpasterstw. Zabieraliśmy głos w kościołach, nierzadko podczas ogłoszeń parafialnych. Udało nam się zebrać półtora tysiąca osób, które podjęły się codziennego uczestniczenia we Mszy Świętej i ofiarowania Komunii Świętej w intencji obrony życia oraz ponad tysiąc chorych, którzy ofiarowali swoje cierpienia w tej intencji. Pierwsza Krucjata trwała trzy miesiące.

Po tym czasie postanowiliście kontynuować modlitwę.

Rozumieliśmy, iż przemiana świadomości społecznej i zniesienie prawa zezwalającego na przerywanie ciąży nie będą łatwe, iż potrzebna będzie wytrwała modlitwa i wielka praca edukacyjna. Złagodziliśmy wymagania: prosiliśmy o codzienne odmawianie przez cały rok dziesiątka Różańca Świętego, Litanii Loretańskiej, podejmowania wyrzeczeń, a obowiązek uczestniczenia we Mszy Świętej ograniczyliśmy do jednego dnia w miesiącu w dzień powszedni. Kolejne lata Krucjaty rozpoczynaliśmy przed Cudownym Obrazem Matki Bożej Częstochowskiej podczas pielgrzymek na Jasną Górę, najpierw 3 maja, a po kilku latach w Dzień Świętości Życia – w sobotę poprzedzającą uroczystość Zwiastowania Pańskiego.

Dzieło Krucjaty się rozwijało, zmieniały się także warunki dołączenia do tego ruchu, jednak nie zmieniło się jedno – idea duchowej troski o życie poczęte, a zagrożone aborcją. Ile osób na przestrzeni tych ponad czterdziestu pięciu lat dołączyło do Krucjaty?

Na pewno możemy mówić o stu tysiącach Uczestników Krucjaty. Podkreślić jednak należy, iż te szacunki są niepełne, ponieważ nie każdy, kto modlił się w intencjach Krucjaty, formalnie zgłaszał swój udział organizatorom. Nierzadko na przykład całe klasy uczniów szkół średnich, wiedzione dobrym przykładem nauczyciela, postanawiały podjąć modlitwę w intencjach Krucjaty.

Czy były takie momenty w Pana służbie na rzecz obrony życia, kiedy chciał Pan zrezygnować?

Nie, zrezygnować nigdy. Ale oczywiście były takie chwile, kiedy byłem bardzo zmęczony. Nierzadko wykonywaliśmy wystawy w nocy, zwłaszcza w stanie wojennym, gdy z powodu godziny policyjnej nie było możliwości późnego powrotu do domu. Mieliśmy możliwość pracy w piwnicy domu parafialnego przy kolegiacie świętej Anny. Nie było łatwo, ale nigdy nie przeszło mi przez myśl, iż nasze działania nie mają sensu. Listy, ulotki, materiały informacyjne w stanie wojennym musiały być przepisywane na maszynach do pisania lub techniką sitodruku, bo kserokopiarki były zaplombowane, a druk był cenzurowany. Dzięki Panu Bogu nie brakowało ludzi do pomocy.

Modlitwa była fundamentem i osią Pańskich działań, ale równie dużo czasu poświęcał Pan na działania edukacyjne.

To wynikało z faktu, iż obracałem się w takim, a nie innym środowisku. Inżynier Zięba zaczął działać z rozmachem i w pewien naturalny sposób pracowaliśmy ramię w ramię. Przygotowywaliśmy więc ulotki, wystawy, prelekcje, wykłady, zdjęcia i filmy. Po zniesieniu cenzury w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku pojawiły się możliwości wydawania czasopisma o tematyce pro-life, drukowania książek i broszur. Na przestrzeni tych ponad czterdziestu pięciu lat dotarliśmy z pewnością do wielu milionów ludzi w Polsce, a także na świecie. Nasze materiały drukowane były nie tylko w języku polskim, ale także po angielsku, niemiecku, francusku czy rosyjsku.

Na koniec chciałabym, skoro tyle mówimy o modlitwie, zapytać o to, czy ma Pan jakąś ulubioną formę modlitwy?

Przede wszystkim codziennie uczestniczę we Mszy Świętej. W ciągu dnia modlę się na różańcu, w niedzielę zawsze odmawiam jego cztery części. W inne dni tygodnia zależy to od tego, ile trzeba „omodlić” intencji, zwykle odmawiam więcej niż część Różańca Świętego. Codziennie około godziny 15.00 odmawiam Koronkę do Bożego Miłosierdzia, a rano Koronkę do Najświętszego Serca Pana Jezusa ułożoną przez świętego Ojca Pio. Często modlę się także litaniami: Loretańską, którą znam na pamięć od lat młodzieńczych, do Ducha Świętego, do Najświętszego Serca Pana Jezusa, do świętego Józefa. Nie mogę nie wspomnieć modlitwy świętego Bernarda, która zaczyna się od słów: „Pomnij, o Najświętsza Panno Maryjo…”. Czytam także Pismo Święte…

Trzeba modlić się nieustannie – tego uczył nas Pan Jezus: „Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą” (Mt 7,7–8). Nie wolno zapominać o tym, iż mamy prosić Pana Boga o wszystko. Oczywiście należy także dziękować i uwielbiać Pana Boga: za cud życia, za każdy oddech, za wszelkie łaski, którymi obficie jesteśmy obdarzani. Jednak sam często zdaję sobie sprawę, iż głównie proszę, bo jest tak dużo problemów, których sami nie rozwiążemy… Bardzo często też inni ludzie, gdy znajdą się w trudnej sytuacji, proszą nas o modlitwę. I my te prośby powinniśmy przedstawiać Panu Bogu. Stąd czas na modlitwę błagalną wydłuża się, a przecież prosimy także o wstawiennictwo Matki Najświętszej i różnych świętych… Najważniejsze jest to, by każdy się modlił wytrwale, a formę wybrał taką, która mu najbardziej odpowiada. I żeby przy końcu swojego życia mógł usłyszeć, iż jego życie nie zostało zmarnowane.

Na zakończenie pragnę zacytować fragment modlitwy beatyfikacyjnej Czcigodnej Sługi Bożej Małej siostry Jezusa Magdaleny, założycielki zgromadzenia Małych Sióstr Jezusa:

„Panie, proszę Cię o wiarę, która przenosi góry i wyrywa skały (…). Z tą wiarą powtarzam Ci: Jestem niczym, ale Ty jesteś wszystkim. Nie mam nic, ale Ty posiadasz wszystko. Nie mogę nic, ale Ty możesz wszystko. To, o co Cię dziś proszę przez wstawiennictwo Małej siostry Jezusa Magdaleny… jest o wiele łatwiejsze od przeniesienia góry, a to obiecałeś w zamian za wiarę wielkości ziarnka gorczycy. Panie, z nieskończoną ufnością mówię Ci «dziękuję». Amen”.

Idź do oryginalnego materiału