W US Open została nam tylko Iga

niepoprawni.pl 3 godzin temu

Prawie 50 lat temu Phil Collins i Genesis wydali płytę „Zostało nas tylko trzech”, co odpowiadało ówczesnej sytuacji personalnej w zespole.

Nasze Dobro Narodowe żadnej płyty, o ile mi wiadomo, jeszcze nie wydało, ale gdyby się z tym akurat nosiło, to spokojnie mogłoby po II rundzie tegorocznego US Open zatytułować ją „Zostałam sama. Jak palec”. I dodać podtytuł: „Jak to często drzewiej bywało”.

Trochę to moje zagajenie przepełnione goryczą i, z tego tytułu, mimo wszystko dla pozostałej piątki naszych najlepszych singlistów, może lekko niesprawiedliwe (w końcu każde z nich kiedyś w karierze II rundę Wielkiego Szlema przynajmniej raz przebrnęło), ale naprawdę można chyba było przed turniejem liczyć z ich strony na więcej. Szczególnie ze strony Chwalińskiej i Linette, bo Hurkacz i Majchrzak to przynajmniej I rundę przeszli, a HuHu i w drugiej, choć ją przegrał, pokazał się z bardzo dobrej strony, natomiast Fręch to przynajmniej przegrała z bardzo dobrą tenisistką. Bardzo słabego występu Mai Chwalińskiej i Magdy Linette nie można, moim zdaniem, usprawiedliwiać tym, iż pierwsza wciąż nie może się dostosować do swojej nowej pozycji w stadzie, a druga ma już 34 lata. Obie przegrały z rywalkami znacznie niżej od siebie notowanymi, to raz. Dwa, iż zaprezentowały tenis, ujmijmy to eufemistycznie, słaby. W wypadku Mai choćby bardzo, jeżeli nie wyjątkowo, słaby. I tyle na temat tych, co odpadli.

Przejdźmy nareszcie z powrotem do Igi. Naprawdę dobry mecz w I rundzie z Chinką Łang Xiu. Ta Chinka jest dużo lepsza niż wskazuje to jej ranking. Zwycięstwo pewne, choć niewątpliwie, co mógłby sugerować wynik, nie wywalczone łatwo. O dzisiejszym meczu trudno się wypowiadać, bo Podoroska to jednak dziewczyna z innej bajki. Była co prawda 6 lat temu w Paryżu w półfinale (przegrała go akurat z Igą), ale wtedy była fuksem, a od tego czasu sukcesów nie odniosła praktycznie żadnych. Tutaj grała tylko dlatego, iż miała zamrożony ranking. Jej wygrana w pierwszej rundzie z 89-tą tenisistką świata, Szwajcarką Waltert, która nie jest przecież zawodniczką z pierwszych stron gazet, to była niemal sensacja. Mimo to przewaga Polki nie była aż taka, jak można by się było przed meczem spodziewać. Iga grała w miarę solidnie, ale żeby na podstawie tego meczu snuć jakieś hurraoptymistyczne prognozy na kolejne rundy? Ja bym z tym zaczekał. Co nie oznacza, iż jestem jakimś przesadnym pesymistą. Po prostu. Za mało jest na razie w tym równaniu niewiadomych.

Teraz spotkanie z Bouzkovą, potem, miejmy nadzieję, IV runda i mecz albo z Keys, która dziś uciekła spod topora, co w żaden sposób nie może kwestionować tezy, iż na hardzie potrafi być świetna, albo ze zwyciężczynią meczu Żeng-Putincewa, czyli najprawdopodobniej z Żeng. Sytuacja jest o tyle nieprzyjemna, iż cała trójka pokonywała Polkę w turniejach Wielkiego Szlema (Keys w Australii, Putincewa w Anglii) albo w zawodach, na których Idze najbardziej zależało, czyli na Igrzyskach (Żeng, i to, żeby było śmieszniej, w Paryżu).

No ale jak się chce występować w listopadzie w WTA Finals, to takie przeszkody trzeba pokonywać. Inaczej lipa.

Podsumowując. Pozostaje kibicować, trzymać kciuki, zarywać noce i… liczyć na powtórkę z rozrywki, to znaczy wynik identyczny z tym sprzed lat czterech.

Odezwę się w przedmiotowej sprawie dopiero tuż przed albo tuż po finale. Wcześniej nie da rady, bo żona już przypilnuje, żebym urlop z nią, a nie ze Świątek spędzał. Mimo, iż sama tenis, ten babski, pasjami ogląda.

Ale urlop to urlop. Nie ma zmiłuj.

Idź do oryginalnego materiału