Lotniskowiec USS „Theodore Roosevelt” opuścił San Diego 27 września i zmierza na Bliski Wschód, gdzie ma zastąpić USS „George Washington”. Ruch może przejściowo zwiększyć amerykańską obecność do trzech grup lotniskowcowych, wzmacniając presję na Iran i ryzyko dalszej eskalacji, której skutki odczuje także Europa.
Lotniskowiec wyszedł z San Diego
USS „Theodore Roosevelt” rozpoczął rejs z bazy w San Diego 27 września. Jak podał serwis USNI News, grupa lotniskowcowa ma wejść do obszaru odpowiedzialności Dowództwa Centralnego USA i zluzować USS „George Washington”, działający na wodach Bliskiego Wschodu od sierpnia. W skład wysłanego zespołu wchodzi także krążownik USS „Chosin”.
Nie jest to rutynowa zmiana w spokojnym rejonie. Amerykanie utrzymują rozbudowane siły morskie w związku z konfliktem z Iranem i napięciem wokół cieśniny Ormuz. Waszyngton pokazuje, iż chce zachować możliwość prowadzenia uderzeń, osłony żeglugi oraz szybkiego reagowania na irańskie działania. To demonstracja siły, ale zarazem dowód, iż konflikt wymaga od USA coraz większego zaangażowania.
Trzy grupy lotniskowcowe w regionie
Na Bliskim Wschodzie operują w tej chwili USS „George Washington” i USS „George H.W. Bush”. Według informacji Associated Press USS „Theodore Roosevelt” może dotrzeć tam przed wycofaniem jednego z obecnych zespołów. Pod koniec października USA mogą więc przejściowo dysponować w regionie trzema grupami lotniskowcowymi. Równolegle w stronę Bliskiego Wschodu skierowano grupę desantową USS „Makin Island” z marines.
Taka koncentracja okrętów daje Waszyngtonowi szeroki wybór środków nacisku. Nie przesądza jeszcze o nowej operacji, ale zwiększa gotowość do jej przeprowadzenia. W polityce siły liczą się zdolności, a nie deklaracje. Iran otrzymuje czytelny sygnał, iż Stany Zjednoczone nie zamierzają oddać inicjatywy na morzu.
Cieśnina Ormuz i cena eskalacji
Największą stawką pozostaje bezpieczeństwo żeglugi w cieśninie Ormuz. Każde pogorszenie sytuacji na tym szlaku uderza w rynek ropy, koszty transportu i ubezpieczenia statków. Wrześniowe uderzenia na irańskie tankowce już pokazały, jak gwałtownie konflikt podnosi presję na handel morski. Koszt nie zatrzymuje się na granicach regionu. Trafia do rachunków przedsiębiorstw i portfeli rodzin w Europie, także w Polsce.
Waszyngton musi przy tym dzielić uwagę między Bliski Wschód, Indo-Pacyfik i obronę wschodniej flanki NATO. Problemy długiego rejsu USS „Abraham Lincoln” przypomniały, iż choćby największa flota ma ograniczenia kadrowe, techniczne i logistyczne. Każdy kolejny miesiąc intensywnych działań zużywa ludzi, okręty i zapasy amunicji.
Polska potrzebuje twardego rachunku interesów
Dla Polski ta rotacja nie jest egzotycznym obrazkiem z odległego morza. Długotrwałe związanie amerykańskich sił na Bliskim Wschodzie może ograniczać swobodę działania USA w Europie, a kryzys w Ormuzie może podnieść ceny energii i transportu. Konflikt z Iranem pochłonął już dziesiątki miliardów dolarów, więc pytanie o trwałość amerykańskiego zaangażowania w kilku regionach jednocześnie jest całkowicie zasadne.
Polska powinna patrzeć na ruch USS „Theodore Roosevelt” bez złudzeń i bez paniki. Sojusz ze Stanami Zjednoczonymi pozostaje filarem naszego bezpieczeństwa, ale nie zastąpi własnej armii, zapasów i odporności energetycznej. Państwo poważne nie buduje strategii na założeniu, iż cudze zasoby zawsze będą dostępne. Właśnie dlatego wydarzenia na Bliskim Wschodzie są dla Warszawy kolejnym argumentem za wzmacnianiem narodowej umiejętności obrony.
Źródło: Kresy.pl, USNI News, Associated Press.
Źródło: Kresy.pl














