W powszechnej debacie publicznej i politycznych narracjach energetyka jądrowa jest najczęściej synonimem absolutnej niezależności energetycznej. Obietnica ta silnie oddziałuje na wyobraźnię: w przeciwieństwie do elektrowni węglowych, które wymagają nieustannego strumienia tysięcy wagonów z węglem, czy elektrowni gazowych, uzależnionych od przepustowości rurociągów i terminali LNG, reaktor jądrowy wydaje się „wyspą”. Załadowany raz, potrafi nieprzerwanie generować gigawaty czystej energii przez kilkanaście miesięcy (12 do choćby 24 miesięcy w zależności od cyklu). Dla wielu decydentów w małych i średnich państwach ten pojedynczy fakt wystarczy, by uznać technologię jądrową za bilet do pełnej suwerenności energetycznej.
To jednak niebezpieczne uproszczenie, sam reaktor – najdroższy i najbardziej widoczny element systemu – jest de facto jedynie wysoko zaawansowanym „piecem”. Aby ten piec działał, wymaga paliwa, którego proces powstawania należy do najbardziej skomplikowanych, zmonopolizowanych i wrażliwych geopolitycznie łańcuchów dostaw na świecie. Energetyka jądrowa nie eliminuje uzależnienia od importu. Ona jedynie zmienia jego naturę z logistycznej (masowy transport) na głęboko technologiczną i geopolityczną. Surowa ruda uranu wyciągnięta z ziemi nie nadaje się do zasilenia reaktora. Zanim materiał ten trafi do rdzenia, musi przejść przez czteroetapowy, wysoce wyspecjalizowany cykl, zwany Front-End Nuclear Fuel Cycle.

Wydobycie i mielenie (Mining & Milling): Pozyskanie rudy (metodami tradycyjnymi lub poprzez ługowanie podziemne – ISR) i jej chemiczne oczyszczenie do postaci tzw. „żółtego ciasta” (yellowcake – U3O8). Jak wskazują wytyczne Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA), stworzenie od zera kopalni uranu to proces wymagający gigantycznych nakładów kapitałowych i czasu. Od momentu rozpoczęcia poszukiwań do wydobycia pierwszej tony mija nierzadko od 10 do 15 lat. choćby takie potęgi atomowe jak Stany Zjednoczone (odpowiadające za 20% globalnej produkcji energii jądrowej) importują niemal cały potrzebny sobie uran. Konwersja (Conversion): Stałe „żółte ciasto” musi zostać przekształcone w gaz – sześciofluorek uranu U-235 (UF6). Jest to niebezpieczny i złożony proces chemiczny. Na świecie istnieje garstka komercyjnych zakładów konwersji (głównie we Francji, Kanadzie, USA, Chinach i Rosji), co tworzy pierwsze potężne wąskie gardło w globalnych dostawach. Wzbogacanie (Enrichment): Naturalny uran zawiera 0,7% rozszczepialnego izotopu U-235. Aby podtrzymać reakcję łańcuchową w najpopularniejszych reaktorach lekkowodnych (PWR/VVER), gazowy UF6 wiruje w tysiącach wirówek, by podnieść stężenie U-235 do poziomu 3,5-5%. Z uwagi na ryzyko proliferacji (rozprzestrzeniania broni jądrowej), technologia ta jest ściśle chroniona i zdominowana przez kilka państw. Fabrykacja (Fabrication): Wzbogacony gaz wraca do postaci stałej (pastylek dwutlenku uranu – UO2), które są następnie z mikrometryczną precyzją układane w rurkach cyrkonowych, tworząc kasety paliwowe. Geometria, termodynamika i fizyka tych kaset muszą być idealnie dopasowane do konkretnego typu reaktora.
Aby zrozumieć dzisiejszą kruchość łańcucha dostaw uranu i gwałtowne skoki jego cen, należy spojrzeć na burzliwą historię tego surowca. Rynek uranu nie przypomina stabilnego rynku miedzi, czy węgla. To rynek naznaczony głębokimi traumami, wielkimi oczekiwaniami i geopolitycznymi wstrząsami, które doprowadziły do trwającego dekady niedoinwestowania.
Złota era i zimnowojenny kac: Światowe wydobycie uranu osiągnęło swój absolutny szczyt w latach 1950-1970. Roczna produkcja przekraczała wówczas 70 000 ton, napędzana wyścigiem zbrojeń oraz euforycznymi wizjami powszechnej, niemal darmowej energii z atomu. Kiedy ten spodziewany, gigantyczny boom nuklearny nie zrealizował się w pełni w latach 80. (częściowo z powodu awarii w Three Mile Island i Czarnobylu), branża została z gigantyczną nadpodażą i rosnącymi zapasami. Paradoks rozbrojenia: Jak pokój zamroził kopalnie uranu. Punktem zwrotnym, który na zawsze zmienił strukturę rynku, był koniec Zimnej Wojny. W 1993 r. Stany Zjednoczone i Rosja podpisały historyczne porozumienie znane jako program „Megatons to Megawatts”. Na jego mocy wysoko wzbogacony uran (HEU) pochodzący z demontażu ok. 20 000 radzieckich głowic nuklearnych został rozcieńczony do postaci paliwa cywilnego (LEU) i sprzedany do amerykańskich elektrowni.
Dla światowego bezpieczeństwa był to triumf – przez dwie dekady choćby 10% energii elektrycznej w USA pochodziło z dawnej radzieckiej broni. Jednak dla sektora wydobywczego był to wyrok. Zalanie rynku tym tanim surowcem ze „źródeł wtórnych” doprowadziło do całkowitego załamania cen. Kopalnie przestały być rentowne. Przez niemal 20 lat (aż do zakończenia programu w 2013 r.) inwestycje w poszukiwanie nowych złóż uranu na świecie praktycznie zamarły.
Szok Fukushimy i „Stracona Dekada”: Kiedy wydawało się, iż tanie zapasy ze źródeł wtórnych w końcu się wyczerpują, a kopalnie będą mogły wrócić do pracy, w 2011 r. nastąpiła awaria w japońskiej elektrowni Fukushima Daiichi. Reakcja łańcuchowa na rynkach była natychmiastowa. Japonia wyłączyła całą swoją flotę 54 reaktorów, a kraje takie jak Niemcy ogłosiły przyspieszone odejście od atomu (Atomausstieg). Zapotrzebowanie na uran runęło. Rozpoczęła się tzw. „stracona dekada” energetyki jądrowej. Ceny spotowe uranu spadły do katastrofalnego poziomu poniżej 20 USD za funt. W reakcji na to, choćby więksi producenci musieli zamknąć lub przenieść w stan „uśpienia” (tzw. care and maintenance) swoje największe i najbogatsze kopalnie – jak np. kanadyjski gigant McArthur River firmy Cameco, z którego wydobycie po prostu przestało się opłacać. Wydatki na eksplorację i rozwój nowych technologii wydobywczych (jak opisywane przez MAEA ługowanie in-situ) zostały drastycznie zredukowane.
Zwrot w polityce energetycznej: Niemiecki eksperyment, a globalny renesans atomu
Aby w pełni zrozumieć obecną presję na łańcuch dostaw uranu, musimy przyjrzeć się dwóm skrajnie odmiennym zjawiskom z ostatniej dekady: spektakularnemu wycofaniu się Niemiec z energetyki jądrowej oraz następującemu zaraz po nim, ogólnoświatowemu przebudzeniu, napędzanemu przez geopolitykę i nowe technologie.
Niemiecki Atomausstieg – przestroga dla Europy: Decyzja Niemiec o odejściu od atomu nie była nagła, ale to katastrofa w Fukushimie w 2011 r. stała się politycznym katalizatorem, który przyspieszył ten proces. Rząd w Berlinie uznał technologię jądrową za nieakceptowalne ryzyko dla społeczeństwa, forsując wizję Energiewende – transformacji opierającej się wyłącznie na odnawialnych źródłach energii (OZE), wspieranych przejściowo przez gaz ziemny. Konsekwencje tego podejścia brutalnie zweryfikowała historia. Wyłączanie stabilnych, bez emisyjnych reaktorów wymusiło na Niemczech potężne uzależnienie od taniego gazu z Rosji (rurociągi Nord Stream 1 i 2), jako paliwa stabilizującego system. Kiedy w 2022 r. wybuchła wojna na Ukrainie, a dostawy rosyjskiego gazu zostały drastycznie odcięte, niemiecki system energetyczny znalazł się na krawędzi zapaści. Z braku alternatyw, kraj ten musiał ratować się zwiększonym spalaniem najbardziej emisyjnego węgla brunatnego. Choć w obliczu kryzysu parlament przedłużył o kilka miesięcy życie trzech ostatnich reaktorów (Isar 2, Emsland i Neckarwestheim), w kwietniu 2023 r. Niemcy ostatecznie odłączyli je od sieci. Niemiecki przypadek to klasyczne studium błędu w kalkulacji bezpieczeństwa energetycznego. Zamieniono technologiczną zależność od stabilnych dostaw uranu (który można magazynować na lata w przód) na natychmiastową, fizyczną zależność od ciągłych dostaw gazociągami z wrogiego państwa. Podczas gdy Niemcy wygaszali swoje elektrownie, reszta świata (w tym potęgi takie jak USA, Francja, Wielka Brytania, ale też państwa średnie takie jak Polska) wyciągnęły z kryzysu energetycznego zupełnie odwrotne wnioski. Atom przestał być postrzegany jako zło konieczne, a stał się filarem bezpieczeństwa narodowego. Najbardziej zaskakującym, nowym graczem na rynku uranu stały się jednak giganty technologiczne (Big Tech). Rozwój zaawansowanej sztucznej inteligencji (AI) wymaga budowy potężnych centrów danych. Ośrodki te są niezwykle energochłonne i – w przeciwieństwie do farm wiatrowych, czy słonecznych, potrzebują absolutnie stabilnego zasilania przez 24 godz. na dobę, 7 dni w tygodniu (tzw. baseload power). Ponieważ firmy takie jak Microsoft, Google, czy Amazon mają jednocześnie rygorystyczne cele klimatyczne (Zero-Carbon), jedynym fizycznie możliwym rozwiązaniem jest dla nich energia jądrowa.
Nowa presja na rynek surowcowy
Ten nagły wybuch entuzjazmu (rządowego i korporacyjnego) zderzył się ze „straconą dekadą” w branży wydobywczej uranu. W 2024 r., w odpowiedzi na rosnące zapotrzebowanie (i obawy przed rosyjską dominacją), Departament Energii USA (DOE) otrzymał aż 2,7 mld dolarów z budżetu na pilną odbudowę krajowego łańcucha dostaw uranu i produkcji paliwa. Cena spotowa uranu, która przez lata oscylowała w granicach 20-30 USD, na przełomie 2023 i 2024 r. przebiła barierę 100 USD za funt. Pojawiło się też nowe ryzyko: wiele zaawansowanych projektów reaktorów SMR wymaga zupełnie nowego typu paliwa – HALEU (uranu wzbogaconego do poziomu 5-20%, a nie standardowych 3-5%). Do niedawna jedynym komercyjnym dostawcą HALEU na świecie była rosyjska spółka TENEX (część Rosatomu).
Analiza wydobycia uranu: geologiczna loteria i geopolityczna szachownica
W dyskusjach o niezależności energetycznej często zapomina się o podstawowym fakcie: uran, podobnie jak ropa naftowa, padł ofiarą geologicznej loterii. W przeciwieństwie do węgla, czy gazu łupkowego, nie występuje on w opłacalnych ekonomicznie ilościach i stężeniach w każdym zakątku globu. Natura stworzyła w tej kwestii ścisły oligopol, który bezlitośnie dyktuje warunki pozostałym graczom. Zaledwie 15 państw dysponuje ponad 95% globalnych, zidentyfikowanych zasobów konwencjonalnych tego surowca. Jednak w świecie atomu posiadanie złóż pod ziemią to nie to samo, co kontrolowanie bieżącego wydobycia i eksportu. Rynek ten opiera się na trzech głównych filarach i kilku wysoce ryzykownych frontach pobocznych.
Kazachstan: Obecnie to nie zachodnie potęgi, ale Kazachstan jest absolutnym liderem, odpowiadającym za ponad 40% światowej produkcji uranu (poprzez państwowego giganta Kazatomprom). Jego sukces nie wynika jednak tylko z geologii, ale z geologii połączonej z technologią. Kazachstan wydobywa uran niemal wyłącznie metodą In-Situ Recovery (ISR). Jak wskazują opracowania inżynieryjne, zamiast kopać potężne, drogie kratery w ziemi, w metodzie ISR w tłoczy się pod ziemię roztwory chemiczne (najczęściej słaby kwas siarkowy), które rozpuszczają uran w porowatych skałach, a następnie wypompowuje się gotowy płyn na powierzchnię. Choć technologia ta jest niezwykle tania i wydajna, stawia ona Europę w niewygodnym położeniu ze względu na lokalne uwarunkowania geopolityczne. Kazachstan jest krajem śródlądowym, trwale wpiętym w strefę wpływów Moskwy i Pekinu. Co więcej, znaczne udziały w kazachskich kopalniach (np. poprzez spółkę Uranium One) posiada rosyjski państwowy Rosatom. Stąd też potencjalne uzależnienie reaktora w Europie Środkowej od kazachskiego uranu oznacza więc nieustanne ryzyko tranzytowe i polityczne.
Kanada, a dokładniej prowincja Saskatchewan i basen Athabasca, to z kolei „jubiler” branży uranowej. Tamtejsze rudy (np. w kopalniach Cigar Lake, czy McArthur River należących do firmy Cameco) są najbardziej niezwykłymi złożami na planecie – stężenie uranu bywa tam choćby stukrotnie wyższe niż średnia światowa. Wydobycie tak bogatej rudy jest ekstremalnie trudne i niebezpieczne. Ze względu na podziemne wody, Kanadyjczycy muszą dosłownie zamrażać grunt przed rozpoczęciem wierceń, a wydobycie odbywa się z użyciem zdalnie sterowanych robotów, aby chronić górników przed promieniowaniem. Kanada produkuje ok. 15% światowego uranu i stanowi kluczowy, stabilny i bezpieczny filar dostaw dla państw NATO i Unii Europejskiej.
Australia: Światowym liderem pod względem zidentyfikowanych zasobów jest Australia (ok. 28% globalnych rezerw). Co fascynujące, niemal jedna piąta światowego uranu znajduje się na terenie jednego, gigantycznego australijskiego złoża – Olympic Dam, gdzie uran jest wydobywany jako „produkt uboczny” przy pozyskiwaniu miedzi. Mimo gigantycznych zasobów, Australia odpowiada za stosunkowo niewielki ułamek globalnej produkcji (ok. 8-9%). Dzieje się tak ze względu na rygorystyczne przepisy środowiskowe oraz obostrzenia natury politycznej w poszczególnych stanach (np. w Australii Zachodniej), które zakazują otwierania nowych kopalń uranu. To dobitnie pokazuje, iż posiadanie zasobów na papierze w demokratycznym kraju nie gwarantuje elastyczności podaży w czasach kryzysu.
Afrykańska ruletka i neokolonializm surowcowy: Aby uzupełnić luki w dostawach, europejskie kraje (historycznie zwłaszcza Francja i jej koncern Orano) mocno polegały na imporcie z Afryki – z Nigru, czy Namibii. Ostatnie lata to jednak brutalna weryfikacja tego kierunku dostaw. Zamach stanu w Nigrze latem 2023 r. i antyfrancuska retoryka nowej junty wojskowej doprowadziły do wstrzymania eksportu i wycofania zachodnich pracowników, uderzając bezpośrednio w bezpieczeństwo surowcowe Paryża. Równocześnie chińskie korporacje państwowe (CNNC, CGN) od lat systematycznie i po cichu wykupują większościowe udziały w największych afrykańskich kopalniach (np. Husab i Rössing w Namibii), zabezpieczając własny popyt kosztem Zachodu.
Wniosek dla Europy i państw bez zasobów: Dla małego i średniego państwa w Europie bilans geologiczny jest bezlitosny – własne, historyczne złoża (np. w Czechach, czy wschodnich Niemczech) są w większości wyeksploatowane lub ich wydobycie jest ekonomicznie absurdalne i nieakceptowalne społecznie ze względu na gęstość zaludnienia. Wchodząc w energetykę jądrową, państwo to staje się natychmiast częścią globalnej geopolitycznej szachownicy. Będzie zmuszone konkurować o surowiec, którego produkcja jest kontrolowana przez rosyjskie wpływy w Azji Środkowej, chiński kapitał w Afryce oraz wysoce wyspecjalizowane, ale zdeterminowane własnymi interesami korporacje z Ameryki Północnej. Surowa ruda uranowa z całą pewnością nie gwarantuje geopolitycznego spokoju.

Fizyka w służbie geopolityki: Magia gęstości energetycznej i pułapki technologiczne
Dlaczego, mimo tak skomplikowanego, pełnego politycznych pułapek i wąskich gardeł łańcucha dostaw, państwa w ogóle decydują się na energetykę jądrową? Odpowiedź kryje się w bezprecedensowej gęstości energetycznej uranu. Zjawisko to sprawia, iż choć samo pozyskanie paliwa jest trudne, zarządzanie nim na poziomie samej elektrowni oferuje potężny bufor bezpieczeństwa, nieznany w przypadku paliw kopalnych. Aby wyprodukować 1 MWh energii elektrycznej (ilość wystarczającą do zasilenia przeciętnego europejskiego domu przez kilka miesięcy), standardowy reaktor lekkowodny (PWR) potrzebuje ok. 3 do 4 gramów wzbogaconego uranu. W przeliczeniu na surową rudę wyciągniętą prosto z kopalni, jest to zaledwie ok. 20-25 gramów naturalnego uranu. Nowoczesny reaktor o mocy elektrycznej 1000 MWe potrzebuje ok. 20 do 27 ton świeżego paliwa rocznie. To ładunek, który mieści się na kilku ciężarówkach. W przeciwieństwie do elektrowni węglowej, która wymaga nieustannego, codziennego łańcucha pociągów, elektrownia jądrowa pozwala na fizyczne zmagazynowanie zapasu paliwa na 3, 5 a choćby 10 lat do przodu na terenie samej elektrowni. To właśnie ten „bufor magazynowy” chroni państwo przed nagłymi szantażami geopolitycznymi i stanowi o sile systemu – uderzenie w łańcuch dostaw uranu odczuwa się dopiero po latach, a nie po tygodniach (jak w przypadku odcięcia kurka z gazem).
Wybór reaktora to wybór sojuszy
Zużycie paliwa i stopień zależności technologicznej drastycznie różnią się jednak w zależności od wybranego rdzenia reaktora. To tutaj małe państwa podejmują kluczową decyzję geopolityczną. Reaktory lekkowodne (PWR/BWR/VVER) – wysoka wydajność, pełne uzależnienie. To absolutny standard na świecie (stanowią ok. 80% wszystkich reaktorów, w tym m.in. francuskie EPR, amerykańskie reaktory ciśnieniowe PWR z pasywnym chłodzeniem – np. AP1000 firmy Westinghouse, czy rosyjskie VVER). Muszą one korzystać z nisko wzbogaconego uranu (LEU, stężenie izotopu U-235 podniesione do ok. 3,5-5%). Charakteryzują się bardzo rzadką wymianą paliwa (co 12, 18 lub choćby 24 miesiące). Nowoczesne paliwo nisko wzbogacone pozwala na gigantyczne „wypalenie” rzędu 45-55 GWd/t (gigawatodni na tonę). Wybór tej technologii skazuje państwo na opisany we wcześniejszych rozdziałach czteroetapowy cykl paliwowy. Wymusza to zakup usługi konwersji i wzbogacania u zagranicznego monopolisty (np. we Francji, w USA, czy w Rosji).
Co więcej, w przypadku rosyjskich reaktorów VVER, paliwo ma specyficzny, heksagonalny (sześciokątny) przekrój, w przeciwieństwie do kwadratowego, występującego na Zachodzie. Złamanie rosyjskiego monopolu wymagało od firm takich jak Westinghouse lat kosztownej inżynierii wstecznej, by stworzyć „zachodnie zamienniki”, które nie uszkodzą rosyjskiego reaktora. Reaktory Ciężkowodne (CANDU / PHWR) – Krok w stronę autarkii Rozwiązanie opracowane oryginalnie przez Kanadę to genialne obejście „wąskiego gardła” wzbogacania. Dzięki zastosowaniu ciężkiej wody D2O jako moderatora, zwiększającego ekonomię neutronów, reaktory te potrafią podtrzymać reakcję łańcuchową używając naturalnego uranu (0.7% U-235). Posiadając reaktor typu CANDU, państwo całkowicie omija najdroższe i najbardziej zmonopolizowane etapy łańcucha dostaw (konwersję i wzbogacanie). Surowy uran z kopalni (yellowcake) można stosunkowo łatwo przerobić na pastylki UO2 we własnym, niezbyt skomplikowanym zakładzie. Z tej ścieżki „niezależności” skorzystały np. Indie, czy Rumunia. Naturalny uran wypala się znacznie szybciej (burn-up na poziomie 7.5 GWd/t). Oznacza to znacznie większe objętościowo zużycie surowca (reaktor wymaga ciągłego, codziennego przeładowywania paliwa podczas pracy – tzw. on-line refuelling). Ponadto, kraj staje się uzależniony od innego, bardzo drogiego komponentu – dostaw samej ciężkiej wody. Oczywiście ostatecznym rozwiązaniem będą reaktory na neutrony prędkie FNR/FBR (Fast Neutron Breeding Reactors) pozwalające na „spalanie” uranu U-238. W przyszłości reaktory te będą spalarnią odpadów radioaktywnych.
Wnioski dla bezpieczeństwa Polski: Atomowa geopolityka zamiast pełnej autarkii
Z punktu widzenia Polski, która jest typowym przykładem średniego państwa nieposiadającego własnych (ekonomicznie opłacalnych) złóż uranu oraz narodowych technologii konwersji i wzbogacania, wnioski z analizy rynku uranowego są fundamentalne dla kształtowania bezpieczeństwa narodowego. Decyzja o budowie elektrowni jądrowych nie jest jedynie projektem energetycznym, ale potężnym zobowiązaniem z zakresu polityki zagranicznej. Koniec iluzji o pełnej samowystarczalności. Polska musi porzucić myślenie o energetyce jądrowej w kategoriach absolutnej autarkii (takiej, jaką historycznie dawał nam własny węgiel). Transformacja jądrowa oznacza w rzeczywistości zamianę uzależnienia od surowców kopalnych (często z kierunków wschodnich) – na całkowite uzależnienie od wysoce zmonopolizowanego, globalnego łańcucha dostaw przetworzonego paliwa jądrowego. Wchodzimy na rynek zderzający się w tej chwili ze „ścianą 30 lat niedoinwestowania”, ekstremalnie wrażliwy na zawirowania geopolityczne. Wybór technologii (PWR) jako wektor wieloletniej zależności Planowane przez Polskę wielkoskalowe elektrownie (amerykańskie AP1000 i potencjalnie koreańskie APR1400) oraz małe reaktory modułowe (SMR), to reaktory lekkowodne (również działające na nisko wbogaconym paliwie GNF2, odpowiednik PWR/BWR). Zgodnie z analizą, Polska świadomie zrezygnowała z drogi „suwerenności przemysłowej” (reaktory na uran naturalny typu CANDU) na rzecz najwyższej wydajności, co bezwzględnie skazuje nas na zamawianie gotowego paliwa za granicą. To oznacza, iż bezpieczeństwo naszych elektrowni będzie bezpośrednio uzależnione od trwałości strategicznych sojuszy (głównie z USA i partnerami zachodnimi), którzy dysponują mocami wzbogacania i fabrykacji. Mimo braku własnego paliwa, Polska zyskuje potężny atut bezpieczeństwa fizycznego. Niezrównana gęstość energetyczna uranu (gdzie gramy odpowiadają tonom węgla) pozwala na zmagazynowanie zapasów gotowych kaset paliwowych na 3, 5, a choćby więcej lat pracy elektrowni na terenie samego zakładu. W razie szantażu surowcowego, blokad morskich, czy załamania rynku, polski system elektroenergetyczny będzie miał kilkuletni bufor czasu w znalezienie alternatywnych dostawców. Tego poziomu bezpieczeństwa fizycznego nie oferuje również gaz (uzależnienie od ciągłości dostaw LNG/rurociągów). Zważywszy, iż uruchomienie nowej kopalni uranu trwa 10-15 lat, a globalny renesans jądrowy wywołał gigantyczny popyt (konkurencja nie tylko ze strony innych państw, ale i korporacji technologicznych napędzających AI), Polska nie może czekać z zabezpieczeniem łańcucha dostaw. Kontrakty na dostawy rudy uranowej, jej konwersję, wzbogacenie i fabrykację muszą być negocjowane i podpisywane równolegle z umowami na wylanie fundamentów. Paliwo musi być traktowane jako strategiczny zasób państwowy, a nie tylko komercyjny towar zamawiany na wolnym rynku. Dla Polski program jądrowy to system naczyń połączonych z polityką bezpieczeństwa. Nie daje on suwerenności surowcowej, ale daje bezpieczeństwo operacyjne, pod warunkiem, iż Warszawa już dziś włączy się w globalny wyścig o kontrakty paliwowe i zacieśni sojusze z państwami, które kontrolują „wąskie gardła” zachodniego łańcucha dostaw.
Autor: R. E. Przekop, K. Szutkowski, A. Araszkiewicz, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu
Źródło: Artykuł pochodzi z wydania 3/2026 magazynu ,,Nowa Energia”

4 godzin temu












