Ukraina znów chce pieniędzy. Zapłaci polski rolnik

4 godzin temu

Jak wynika z informacji opisanych przez Nasz Dziennik, Ukraina zabiega o około 2 mln euro unijnego finansowania na rozwój sektora rolnego. Środki miałyby zostać przeznaczone na działania związane z modernizacją i zwiększeniem konkurencyjności ukraińskiego rolnictwa. Sprawa budzi jednak kontrowersje w kontekście wcześniejszych problemów z napływem ukraińskich produktów rolnych na rynek państw Unii Europejskiej, w tym Polski, oraz obaw polskich rolników dotyczących nierównych warunków konkurencji.

Ukraina znów chce naszych pieniędzy. Trudno oprzeć się wrażeniu, iż w relacjach między Kijowem a Unią Europejską coraz częściej pojawia się osobliwa odmiana „solidarności”, w której jedna strona ma otrzymywać pieniądze, preferencje i dostęp do rynku, a druga ma w zamian cierpliwie przyjmować konsekwencje gospodarcze tej hojności.

Najnowsza sprawa dotycząca zabiegania o około 2 mln euro na rozwój ukraińskiego rolnictwa doskonale wpisuje się w ten schemat: Ukraina chce kolejnych środków europejskich, a jednocześnie jej potężny sektor rolny pozostaje jednym z tych obszarów, w których liberalizacja dostępu do unijnego rynku może uderzać bezpośrednio w producentów z państw członkowskich, przede wszystkim tych położonych przy wschodniej granicy.

I tutaj pojawia się pytanie, którego w Brukseli najwyraźniej nie wszyscy chcą sobie zadać: dlaczego europejski podatnik ma finansować rozwój konkurenta, który następnie będzie konkurował z europejskim rolnikiem na jego własnym rynku? Można oczywiście tłumaczyć, iż chodzi o odbudowę ukraińskiej gospodarki, zwiększenie produkcji żywności czy wzmocnienie bezpieczeństwa żywnościowego, ale trudno udawać, iż nie istnieje druga strona tego równania. Ukraina dysponuje ogromnym potencjałem rolniczym, a jej znaczenie jako dostawcy produktów rolno-spożywczych dla UE w ostatnich latach wyraźnie wzrosło.

Tymczasem polski rolnik nie funkcjonuje w gospodarczym laboratorium, w którym można dowolnie zwiększać konkurencję, a następnie zakładać, iż wszyscy uczestnicy rynku jakoś sobie poradzą. Płaci za nawozy, paliwo, energię, pracę i coraz bardziej rozbudowane wymogi administracyjne oraz środowiskowe, podczas gdy europejska polityka rolna nakłada na niego kolejne obowiązki, ograniczenia i koszty.

Jeżeli w tym samym czasie Unia finansuje zwiększanie potencjału produkcyjnego Ukrainy i ułatwia dostęp jej towarów do europejskiego rynku, trudno nie zauważyć fundamentalnej sprzeczności: oto europejski podatnik może zostać poproszony o współfinansowanie rozwoju konkurencji dla własnego gospodarstwa.

Jeszcze bardziej niepokojące jest to, iż pamięć o aferze z tak zwanym „zbożem technicznym” jest wciąż świeża. W 2022 roku do Polski sprowadzono około 100 tys. ton zbóż deklarowanych jako techniczne, przy czym łączny import zbóż z Ukrainy wyniósł około 2,45 mln ton. Późniejsze kontrole i postępowania pokazały, iż problem z kontrolą przepływu oraz rzeczywistym przeznaczeniem części tych towarów nie był wyłącznie politycznym wymysłem.

Problem nie polega więc na tym, iż ktoś stworzył sobie wyimaginowane zagrożenie dla polskiego rolnictwa, ale na tym, iż wcześniejsze doświadczenia pokazały, jak łatwo mechanizmy stworzone w imię „solidarności” mogą zostać wypaczone przez interes ekonomiczny.

A mimo to z Kijowa przez cały czas płynie oczekiwanie, iż Europa powinna nie tylko otwierać swój rynek, ale również dokładać pieniądze do zwiększania ukraińskiej produkcji. To już nie jest zwykła prośba o pomoc w sytuacji wojennej. To coraz bardziej przypomina model, w którym rachunek za rozwój jednego sektora gospodarki wystawia się europejskiemu podatnikowi, a ryzyko ponoszą europejscy producenci. Szczególniecierpi Polska, gdyż przez lata pełniła funkcję korytarza dla ukraińskich towarów rolnych. Doświadczenia z lat 2022–2023 pokazały, iż deklarowany „tranzyt” zwykle zostawał u nas na stałe.

Można więc z pewną dozą sarkazmu zapytać: czy naprawdę mamy do czynienia z nową europejską doktryną rolną, według której polski rolnik powinien najpierw spełnić wszystkie unijne normy, ograniczać produkcję, ponosić coraz większe koszty i walczyć o przetrwanie, aby następnie z jego podatków sfinansować zwiększenie produkcji rolnika znajdującego się poza Unią, który będzie później sprzedawał swoje towary na tym samym europejskim rynku?

Jeśli tak, pozostaje tylko pogratulować autorom tej koncepcji niezwykłej konsekwencji — trudno byłoby bowiem wymyślić skuteczniejszy sposób na przekonanie europejskich rolników, iż wspólna polityka rolna rzeczywiście jest „wspólna”.

Ukraina ma oczywiście prawo zabiegać o pomoc, środki inwestycyjne i dostęp do rynków, tak jak każde państwo broniące własnych interesów gospodarczych; problem zaczyna się wtedy, gdy jej interes przedstawiany jest jako automatycznie ważniejszy od interesu państw członkowskich, a każdą próbę ochrony własnego rynku przedstawia się niemal jako brak solidarności. Tymczasem solidarność nie może oznaczać gospodarczego samobójstwa, a wdzięczność za pomoc nie może być traktowana jako blankietowa zgoda na podporządkowanie interesów polskiego rolnictwa interesom ukraińskiego eksportu.

Jeżeli więc Unia Europejska chce finansować rozwój ukraińskiego rolnictwa, powinna jednocześnie zagwarantować, iż koszty tej polityki nie zostaną przerzucone na europejskich producentów, a zwłaszcza na tych, którzy już raz przekonali się, czym może skończyć się bezrefleksyjne otwarcie rynku. Niestety, wszystko wskazuje na to, iż zamiast „solidarności europejskiej” znów sfinansujemy ukraińską produkcję, ukraiński dostęp do unijnego rynku bez spełniania unijnych norm, a polski rolnik dostanie na pocieszenie kolejne, wyśrubowane wymogi i hasła o swoje rzekomej „niskiej konkurencyjności” względem Ukraińców.

Na koniec będzie jeszcze musiał za to wszystko podziękować, bo przecież w innym przypadku zostanie okrzyknięty „ruską onucą” i „agentem Putina”.

Polecamy również: Niemieckie baseny: fala napaści seksualnych imigrantów

Idź do oryginalnego materiału