Rosyjskie ataki na czarnomorskie porty odcięły znaczną część eksportu zboża z Ukrainy, a Kijów znów spogląda w stronę Gdańska. Na paryskiej giełdzie MATIF pszenica przebiła 241–243 euro za tonę, lądowe szlaki przez Polskę nie zastąpią jednak morza. Dla polskich rolników powrót tematu tranzytu brzmi jak echo kryzysu z lat 2023–2024.
Morze Czarne znów pod ostrzałem
Nasilone rosyjskie uderzenia w cywilne statki i infrastrukturę portową odcinają zboże z Ukrainy od jego najtańszej drogi na świat. Morze przez lata pozostawało głównym kanałem eksportu, którym Kijów wysyłał co najmniej 3,5 miliona ton ziarna miesięcznie. Gdy trasa czarnomorska się kurczy, reakcja rynku jest natychmiastowa. Na paryskiej giełdzie MATIF pszenica przebiła 241–243 euro za tonę, kukurydza sięgnęła 254–257 euro, a rzepak wspiął się do 546 euro.
Gdańsk zamiast Odessy? Rachunek się nie zgadza
Alternatywą miałyby być trasy lądowe przez Unię Europejską, a docelowo polskie porty. Problem w tym, iż ich przepustowość nie dorównuje morzu. Tranzyt przez Gdańsk i inne europejskie terminale obsługuje dziś około 1,6 miliona ton, czyli znacznie mniej niż dawał wywóz morski. Do tego dochodzą niskie stany wody na Dunaju, które ograniczają kolejny z awaryjnych szlaków. Leonid Kozaczenko, szef Ukraińskiej Konfederacji Agrarnej, w rozmowie z agencją UNIAN ostudził nadzieje. Jak ocenił, przerzucenie całego wywozu na unijne trasy lądowe przez Polskę problemu nie rozwiąże, bo zwyczajnie brakuje mocy przerobowych.
Kijów puka, Warszawa milczy
Sprawę na poziom polityczny wyniósł szef ukraińskiej dyplomacji. Andrij Sybiha napisał w serwisie X o rosyjskich atakach na cywilne jednostki na Morzu Czarnym i ich skutkach dla bezpieczeństwa żywnościowego, a temat poruszył w rozmowie z polskim ministrem Radosławem Sikorskim. Odpowiedzią znad Wisły jest na razie cisza. Polskie władze nie zajęły stanowiska w sprawie otwarcia tranzytu przez Gdańsk, choć wcześniej Warszawa odnosiła się do tego pomysłu wyraźnie niechętnie. To milczenie nie jest przypadkowe.
Cień kryzysu z 2023 roku
Dla polskiej wsi temat zboża z Ukrainy wciąż jest raną. Gdy w 2022 roku Bruksela zniosła cła i otworzyła „korytarze solidarnościowe”, tanie ziarno zamiast płynąć tranzytem dalej, osiadało na krajowym rynku i zbijało ceny skupu. Efektem były protesty rolników, blokady przejść granicznych i jednostronne embargo wprowadzone przez Polskę jesienią 2023 roku, wbrew stanowisku Komisji Europejskiej. Ta pamięć ciąży nad każdą rozmową o nowym tranzycie. Rolnicy pytają, kto zagwarantuje, iż ziarno wysłane do Gdańska rzeczywiście opuści Polskę, a nie trafi po cichu do krajowych elewatorów.
Tranzyt tak, ale na polskich warunkach
Formalnie furtka jest wąska i obwarowana. Przewóz produktów rolnych z Ukrainy przez terytorium Polski dopuszcza się tylko wtedy, gdy kończy się w portach w Gdańsku, Gdyni, Świnoujściu, Szczecinie albo Kołobrzegu, bądź poza granicami kraju. Embargo na wprowadzanie ukraińskich towarów na rynek wewnętrzny wciąż obowiązuje. Sama Ukraina utrzymuje na 2026 rok system licencjonowania wywozu pszenicy, kukurydzy, rzepaku i słonecznika do Polski oraz kilku innych sąsiadów. Pytanie, które wraca, jest więc nie tyle logistyczne, co polityczne. Czy Gdańsk stanie się bramą, która pomoże sojusznikowi i da zarobić polskiemu portowi, czy raczej tylnymi drzwiami dla kryzysu, który polska wieś zna aż za dobrze?
Źródło: Money.pl










